Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekcje z Kozą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lekcje z Kozą. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 października 2017

Przypadkowa Lekcja z Kozą: Genus neutrum

Wyjaśniając tytuł, genus to po łacinie płeć, gatunek, a także rodzaj gramatyczny: męski, żeński i nijaki, masculinum, femininum et neutrum. I o ten ostatni się w tym poście rozbija.

Myślałam, że jeśli chodzi o rodzaje i odmianę zaimków wskazujących Koza ma je w małym palcu, ale nie.
Spacerowałyśmy sobie we dwie z córką i gadałyśmy po polsku... O, sielska chwilo!
No, prawie sielska, bo osiedle ciągle nie było posprzątane po huraganie.



























Podobnych obrazków było sporo, więc Koza co rusz wzdychała:
- Patrz na te drzewo!
- Nie te drzewo, tylko to drzewo - próbowałam delikatnie poprawiać córkę.
- Zobacz na tamte drzewo! A te jakie!
- Młoda, nie mówi się tamte drzewo, tylko tamto drzewo! Słyszysz o na końcu? To rodzaj nijaki. Tak jak okno... pudło... To okno... to pudło... Zważ, że nawet się rymuje.
Ale uwagę Kozy, głuchej na ubogie rymy, przykuwało co zakręt kolejne te drzewo.
Skręcałam się, nie chcąc szesnastolatce fochów robić (jej i tak są lepsze). Do czasu. Przy którymś z pni nie wytrzymałam.
- Powtórz za mną: TO drzewo. TEN, TA, TO... Nie znasz rodzajów?
Na co Koza po angielsku:
- Mother! It's 2017! Don't be so gender!*

* - Mamo! Jest rok 2017! Nie bądź taka sztywno płciowa!


wtorek, 28 marca 2017

Lekcja Pięćdziesiąta Czwarta: W stronę Kozaka

Ciągnę Kozę za uszy do nauki polskiego. Ciągle o niego drżę, bo dla mnie wciąż oscyluje w granicach ryzyka egzystencjalnego. Ale postronek dawno zerwany, a Koza spora (za moment stuknie jej szesnaście wiosen), toteż zwykle się wywinie.

Brak mi sił, żeby staromodnie przymusić, na przykład banując komórkę. Chodzę permanentnie skołowana. Stoję przed otwartą spiżarką i nie wiem, jak tam się znalazłam. Szukam sedesu po kuchni, na jedną parę okularów nakładam drugą. Rozumiem, jak czuła się moja mama, gdy podeszła z zapaloną zapałką do pralki i zdziwiła się, że nie ma palników. To ostatnie mi co prawda nie grozi, bo nie używam zapałek, gotując. Ale fakt pozostaje faktem: kawał czasu potwierdzi, że zbyt często nie ogarniam życia i Kozie w to graj.

- Położyłam ci na biurku czytankę z ćwiczeniami - mówię, sugerując, że musi zając się polskim sama.
- Nie mam czasu. Muszę czytać lekturę - odpowiada dzieciak po angielsku.
- Dasz radę zrobić jedno i drugie. Książka jest krótka! (To Noc Elie Wiesela.)
- Mam sprawdzian z matematyki.
- Czy wczoraj nie było?
- Wczoraj była kartkówka. Jutro - sprawdzian.
- Przecież mówiłaś, że i tak dostaniesz pałę. Zabieraj no się za polski.
- A właśnie, że za kartkówkę dostałam 100 punktów!
- Czego chodzisz bez papci?
- Bo jest globalne ocieplenie?

Koza coraz śmielej podryguje, ponieważ mija pół roku, odkąd dostała skrzydeł. Po prawdzie to tylko rozmiar XS, ale podfruwajka chwilami dorosła się robi, bo oto zaczęła dorabiać.

Żadne zawrotne sumy, lecz powód, dla którego poproszono o Kozę po prostu mnie powalił. Pracodawca chciał, aby miła, sympatyczna dziewczyna, jaką od czasu do czasu zatrudni do dziecka, mówiła po polsku. I w okolicy trafiła się taka jedna. Moja Koza.

Satysfakcja, jaką czuję po latach, szczególnie tych ostatnich, kiedy podważałam sens siłaczki nad siadaniem do polskiego, dopiero się wykluwa. Jestem zbyt oszołomiona i nie potrafię opisać, co w duszy roście. Inkaustu i słów brakuje. Z jednej strony nie chcę zapeszać radości, z drugiej mam ochotę pokazać słońcu zwycięską motykę.

Sienkiewicza może Koza nie przeczyta. Nie pozna klasyki polskiej literatury jaką w Polsce przerabia licealista. Nie przeczyta moich pamiętników, listów, które do niej piszę, kiedy nie widzę innej drogi rozmowy. Wątpię, czy zajrzy na ten blog, choć wie, że istnieje. W porzo. Niech już tak zostanie. Ja poczytam Sienkiewicza, żeby mu przykro nie było.
- Wraże Uroczyszcze - mruczę, sprzątając po kolacji.
- Do mnie mówisz? - Koza wyciąga z ucha słuchawkę.
- Wraże Uroczyszcze - powtarzam głośno. - Niezły połamaniec, co? Dasz radę wymówić, czy za trudne?
Koza patrzy na mnie z politowaniem.
- Wraże Uroczyszcze - woła z kanapy Kozak, z angielskim akcentem, ale nie ma wątpliwości, że chodzi o ż i cz, kiedy je wymawia. 
Dobrowolnie!

And that's my cue. To mój znak, że na mnie już czas.
Wiem, kiedy odejść, dać Kozie pożyć.

Wymyka się. 
Prędzej dziś zainteresuje kurs prawa jazdy niż lekcja polskiego z matką.
Taka kolej rzeczy. 

Ale nature abhors a vacuum - natura nie lubi próżni. 
Dlatego skradam się w stronę syna:
- Taś, taś, Kozaczku...


sobota, 22 października 2016

Lekcja Pięćdziesiąta Trzecia: Poprawka na dolegliwość polityczną

Natchnął ją obrazek z książki do ortografii.
- Hełm? - pyta Koza wątpiąco, wskazując na czubek litery „h”.
- A nie?
- Narysowany jest kask.
Poszłam po okulary. Sprawdzam. Faktycznie - kask.


                źródło: Ortografia. Komiksy, ćwiczenia, zadania. Ewa Owsińska-Miedzińska.


- Podmienili w zapisie na hełm - tłumaczę - żeby użyć więcej wyrazów z samo ha. Nie ma w polskim dużo potocznych słów na tę literę. Wybrali chyba wszystkie pasujące do historyjki dla dzieci: hałas, hamulec, huśtawka...
- Mogli dodać hamburger - przerywa mi Koza.
- Czy ja wiem...
- Albo hot dog. Sama słyszałam te wyrazy w Polsce.
- Fast foody raczej za dobrze się nie kojarzą.
- Hip Hop!
Krzywię się jeszcze bardziej.
- Hashtag!
- Hulajnoga i hashtag? No, mogło by być całkiem ciekawie.
- Hillary? Happy end? Heroina?
A właśnie, że nie. Floryda będzie głosować nad legalizacją medycznej marihuany. Oczywiście chcę. Jest ponoć świetna na depresję. A ta ma wiele twarzy, skaczących sobie do oczu, poczynając od szacownych państwa poniżej.


                                                            zdjęcie stąd

niedziela, 8 listopada 2015

Lekcja Pięćdziesiąta Pierwsza: W temacie czyste kulturoznawstwo

Pracujemy z Kozą nad artykułem.
Autor, Brytyjczyk mieszkający w Polce, pisze o przygodach towarzyszących mu w odnalezieniu się w jej kulturze i języku.

Artykuł jak najbardziej stosowny, bo nic nowego donieść nie mogę, poza tym, że jak wczoraj, tak i dziś Koza odnajduje się bez problemu w gadżetach, jedynych dwóch zdezelowanych, jakie ma - w kompie i w komórce. W języku matki - nie.

Aż dziw bierze, że można czytać prawie płynnie tekst z polskiego Newsweeka, a nie rozumieć w nim połowy wyrazów.
Nie powinnam się dziwić, bo uczyłam obcokrajowców i wiem, że na tym polega bałamutna uroda polszczyzny, iż raz opanuje się wymowę i z powodzeniem można przeczytać i menu w pierogarni i sprawozdanie z obrad sejmu. (Inna rzecz, co się z treści pojmie i co nam z tego zaszkodzi.) Ale zdziwko jest silniejsze ode mnie. Wrodzone.

Po skończeniu lekcji z córką przycichłam. Koza wyjmuje z uszu włożone weń przez chwilą słuchawki. 
- A co ty tak posmutniałaś? - pyta po angielsku.
- Co?
- Czemu jesteś taka smutna? - znów pada zdanie w języku miejscowym. - Uśmiechnij się. Hej! Mama?
Wykonuję polecenie.
Nie staram się zbytnio i Koza postanawia opowiedzieć mi dowcip.
- Znasz kawał o cyfrach rzymskich?
O tych samych, których nadal nie potrafi odpowiednio przeczytać, gdy widzi je w polskich czytankach i o czym pisałam zawczasu? Nie, nie znam.
- Przychodzi starożytny Rzymianin do współczesnego baru, pokazuje dwa palce, wskazujący i środkowy i mówi "tyle piw poproszę". Barman stawia przed nim dwa, a on się piekli o pozostałe trzy... Ha, ha, ha!
Uśmiecham się.
- No, dałaś się rozweselić - rzecze ona. - Twoje szczęście, bo już myślałam, że przechodzisz kryzys wieku średniego.
- Czy ty w ogóle wiesz, co to jest kryzys wieku średniego?
- Wiem. I wiem, że ty swój już przeszłaś. Przez moment myślałam, że przechodzisz drugi.
- Ja przeszłam midlife crisis??
- Parę lat temu kupiłaś sobie Kindla, czy nie?
- I co z tego?
- A potem tablet!
- No i co?
- Jedni kupują nowe samochody, a ty chciałaś się odmłodzić na swój sposób. Czyli czytać, jak większość ludzi inteligentnych.
Pardon, ale tu się Koza myli! Statystki pokazują, że mimo czarnych scenariuszy, ebooki i tym podobne wcale nie wyparły wydań papierowych. To tylko 30% rynku wydawniczego. Stara kartka dobrze się trzyma, lecz nie powiem teraz o tym Kozie, bo nie daje mi dojść do głosu.
- Nie udało ci się pójść z duchem czasu, co?
Nie odpowiadam. Koza miele gębą dalej:
- I teraz Kindle i tablet leżą nieużywane. Ładujesz je chociaż? W sumie, skoro ma już tak leżeć, to tablet mogłabyś mi pożyczyć.
HA! Niedoczekanie!
- Ty mi lepiej jeszcze raz powiedz, co masz w tygodniu zrobić z polskiego.
Teraz Koza wygląda, jakby przechodziła kryzys wieku średniego.
- I po polsku mi powiedz, co masz zadane - dodaję.
Koza się waha, ale zaczyna dukać.
- Mam wypisać resztę wyrazów, których nie rozumiem. Takich jak kinder jajko.
- Powtórz po mnie: kinder-sztuba.
- Kinder-sztuba. Jedno i to samo... I ustąpić miejsca strasznym.
- Star-szym.
- Niech im będzie.
Wzdycham i pytam.
- Co jeszcze?
- Napisać, co ja wiem o kulturze polskiej. O zwyczajach na święta. Co w Polsce ludzie robią na przykład w Boże Narodzenie.
- Tak. I uwzględnij Wielkanoc i Wszystkich Świętych.
Tu pada wzmianka o bracie.
- E, mama, a pamiętasz, jak chciał jeść pomarańcze z drzewka na cmentarzu? Mogę o tym napisać? Albo, jak pokłuł się przy jednej krypcie kaktusem? I może dodam imieniny?
- O! Czemu nie? Kapitalny pomysł - cieszę się i z nadmiaru radości skracam poprzednio wydane instrukcje. - Po zdaniu na zwyczaj wystarczy.
- Tylko po jednym zdaniu? Super! To napiszę to teraz i będę miała z głowy - Koza myśli pragmatycznie i głośno zarazem. I znów po angielsku.

Właściwie jest mi wsio rawno, czy odświeży sobie pamięć teraz, czy jutro. Jest mi to bez różnicy, bo ważniejsze, że dłużej pomyśli o Polsce.

Nie ruszam się od stołu. Udaję, że szukam czegoś w rozsypanych papierach, żeby pobyć jeszcze obok dziecka. W tygodniu nie mamy dla siebie za wiele czasu. I - nie ukrywam - przyjemnie być świadkiem tego, że Koza jednak potrafi pomyśleć o czymś poza jej wersją problemów dorosłych. Patrzę, jak intensywnie myśli. I myśli. I zapisuje tytuł pracy na pustej kartce, Obczaje Polske”.




czwartek, 4 grudnia 2014

Lekcja Pięćdziesiąta: Nie na jawie - in my dreams

Odkąd ogłoszono we wrześniu, że na tegorocznym bożonarodzeniowym koncercie chóru odtworzymy amerykańskie szlagiery gwiazdkowe z lat 30-tych i 40-tych, ciągle chodzi mi po głowie piosenka I'll Be Home for Christmas (Na święta będę w domu) wylansowana przez Binga Crosby'ego. Zazwyczaj słucham tej piosenki i użalam się nad sobą. Ostatnio jednak rozmyślam o tych, dla których piosenka powstała: o żołnierzach II-giej wojny światowej.

Przy okazji łapię się na tym, że jeśli w przypływie rozmyślań dostrzegę Kozę, moją córkę, od razu ustawiam ją do szeregu pytaniami, na które wiem, że dziewczyna nie ma ochoty.
- To w którym roku wybuchła II-ga wojna światowa?
- Tysiąc o-siem-set... - zaczyna po angielsku - tysiąc osiemset... tysiąc dziewięćset... - Dziecko wie, że rozbija się nie o same fakty, ale też o moje sponiewierane rodzinnymi stratami emocje, więc sobie na nich lekko pogrywa. Poprawiwszy błąd, którego przecież nie było, a zaledwie świetny dowcip, MAMO!!! czeka, aż ochłonę ze zgorszenia.
- OK. A dalej?
- Nie pamiętam!
Patrzę na córkę spode łba.
- Trzydziesty dziewiąty - rzecze wreszcie.
- A w którym się skończyła?
- Pięć lat później.
- Zastanów się.
- Sześć lat później.
- Czyli w którym roku?
I potrafię tak w kółko. 
Koza też.

I'll Be Home for Christmas napisano z myślą o amerykańskim żołnierzu ostatniej wojny światowej i właśnie takiego poznałam tydzień temu, gdy z krewnymi i znajomych obchodziliśmy Thanksgiving, Święto Dziękczynienia. Podsłuchałam z drugiego końca stołu, że dzisiejszy weteran miał osiemnaście lat, zgłaszając się na komisję poborową, i że latał potem nad Europą transportując spadochroniarzy. Napadłam go przy deserze prosząc o wspomnienia z tego okresu i ze wszystkich zwierzeń utknęła mi myśl wypowiedziana mimochodem.
- Byliśmy młodzi i tak naprawdę nie mieliśmy pojęcia, co robimy.
I druga, dodana na odchodne:
- Wygraliśmy tę wojnę liczebnością. W odpowiednim momencie było nas [aliantów] więcej, niż wojsk wroga.
I to tyle o micie niepokonanej armii amerykańskiej.

Max, bo tak prosił zwracać się do siebie rozmówca, wrócił z wojny do domu na Gwiazdkę nie tylko in his dreams, w marzeniach, jak wzmiankuje ostatnia linijka tekstu. Rzeczywiście dotarł w rodzinne strony. Poznał w Indianie Polkę trzeciej generacji, mówiącą jeszcze po polsku, zakochał się z wzajemnością...

Moi dziadkowie już o historiach wojennych mi nie opowiedzą, ale wiem, że pochodzili z tych samych okolic, z tego samego miasteczka. Mieszkali na równoległych ulicach, a poznali się dopiero w 1942 roku. On, wysoki, przystojny, czarnobrewy, o długich palcach muzyka. Ona drobniejsza i przepięknie uśmiechnięta, w sukienkach szytych na miarę. Znali się może trzy miesiące, gdy zapadła decyzja o ślubie, a krótki, początkowy staż małżeński po przymusowym wcieleniu dziadka do armii niemieckiej przerwał wyjazd do Danii. Potrafiąc grać na kilku instrumentach, dziadek trafił do orkiestry. Żałuję, że nie zapytałam w porę, dlaczego pewnego dnia zagrał na środku niemieckich koszar (?) polski hymn państwowy? Czy chciał popełnić samobójstwo? Czy była to brawura czy odwaga? W rodzinie mówi się, że było jak w Pianiście, kiedy niemiecki kapitan, zachwycony grą daruje Szpilmanowi życie. Egzekucja ominęła dziadka tylko dlatego, że żal było pozbywać się utalentowanego muzyka. Ale co poczuł, gdy dowiedział się znów innego dnia, że ma odstawić nuty i strzelać z działa przeciwlotniczego do alianckich samolotów? Opowiadał, że tak marnie celowo celował, aż odsunięto go od zadania. A zaraz potem dostał się do niewoli amerykańskiej, gdzie nagle jeden po drugim niemieccyżołnierze mówiący po polsku zaczęli wiązać sobie na ramionach biało-czerwone kolory. Wyłowiwszy z więźniów kolumny Polaków, Amerykanie przerzucili ich do Anglii i stamtąd można było wreszcie zawalczyć oficjalnie po właściwej stronie. 

Wcielenie na siłę do Wehrmachtu albo kulka w łeb i wywózka najbliższych do obozu. Co wybrać? Czy gdyby dziadek nie poznał babci, nie zakochał się, mniej ceniłby życie i odmówiłby założenia niemieckiego munduru? Czy straciwszy głowę dla uroczej, siedemnastoletniej panny Kowalskiej nadzwyczajnie w świecie się ocalił?
Historia nie jest czarno-biała, mówię Kozie. Nawet ta zupełnie wczorajsza, kiedy oboje z Kozakiem - siostra z bratem - przyszliście na siebie wspólnie poskarżyć. I widać to na przedwojennych zdjęciach, że kontrast kontrastem, a jest też sporo szarości.

I'll Be Home for Christmas.
Ciekawa jestem, kiedy pierwszy raz moi dziadkowie usłyszeli tę piosenkę.
Nauczywszy się na obczyźnie angielskiego, dziadek, jak przypuszczam, tekst by zrozumiał, bo jest prosty. Może trochę trudności sprawiłoby słowo mistletoe - jemioła, pod którą świąteczny pocałunek jest gwarancją ziszczenia marzeń zakochanych. Przynajmniej według konwencjonalnej, okolicznościowej komedii romantycznej made in USA.

Moi dziadkowie nie całowali się pod jemiołą zawieszoną u sufitu (czy na drzwiach wejściowych). Tego jestem prawie pewna. Całowali się pod groźbą rozłąki w środku potwornej wojny, a nie mam najmniejszych wątpliwości, oglądając ich kilka wspólnych zdjęć, jakie przetrwały, że podejmując szybką decyzję o ślubie byli zakochani po czubki swych eleganckich fryzur z lat 40-tych. Wiadomo, myśl o rozstaniu przeraża, jaka więc siła w wojennej i powojennej beznadziei pozwoliła im trwać ze sobą, najpierw na kilkuletnią odległość, potem na długo, długo w domu, który dziadek wybudował, harując jak wół? Ile lat, patrząc na męża, widziała w nim babcia zabójczo przystojnego młodziaka, który miał gadanego jak mało kto? Wielka szkoda, że nie mogę zapuścić się na chwilkę do przeszłości, żeby dowiedzieć się, czy perorował swym zwyczajem, kiedy pierwszy raz zobaczył babcię? Czy jąkał się niczym struny mandoliny, którą przyszedł dziewczynie nastroić?

Miłość, podobnie do każdej innej historii, rzecz złożona. W każdej są dwie strony medalu i nie zamierzam żadnej z nich wygładzać. Pozwalam im żyć takimi, jakimi są, nawet jeśli ciągną wstecz lub w niezawiniony wstyd. Chcę, żeby dzieci miały świadomość, że to, co dziś mają, to składowa poświęceń wielu pokoleń, ale też uczuć, które przetrwały. I chcę, żeby Koza wiedziała, nawet zbudzona w środku nocy, że druga wojna światowa nie rozpoczęła się od japońskiego nalotu na amerykańskie Pearl Harbor 7-go grudnia 1941 roku.

- Hej, to w którym roku urodzili się Twoi dziadkowie z Polski? - męczę córkę.
Odpowie, jak zwykle już po angielsku.
- Byś mogła spróbować po polsku? - zachęcam na ile starcza sił.
- Eee... już się po polsku nagadałam...
- KIEDY?
- W nocy. Śniło mi się, że byłam w Polsce i te moje gadatliwe kuzynki nie dały mi spokoju! I dorośli to samo! Mamy za dużą rodzinę!

piątek, 12 września 2014

Lekcja Czterdziesta Dziewiąta: Zakończona haniebnie

Poczytała sobie Koza pierwsze strony kontrowersyjnych dla matki Dzienników Nikki” (patrz: poprzedni post), a potem przyznała, że zaczęła skakać z rozdziału do rozdziału, tam, gdzie pamiętała, że było ciekawiej.
Dotarła do jakiejś historyjki z tatuażem i sama, bez próśb o polski, zaczęła relacjonować zdarzenie swą sfatygowaną polszczyzną.
Najpierw powoli, jak żółw ociężale,
ruszyła dziewczyna w fabułę nieśmiale.
Ruszyła baniaczkiem i ciągnie z mozołem.
I kręci się, kręci się słowo za słowem. (O tym, jak to tata Nikki rozjechał niechcący samochodem jeden z ważnych gadżetów szkolnych.)
I biegu przyśpiesza i gna coraz prędzej...
A matka się cieszy. Nie będzie dziś zrzędzić!
- I Nikka rozmawia do tych koleżanek... - wyjaśnia Koza, a ja nie poprawiam, jak nie poprawiałam wcześniej, żeby nie peszyć. -... że to nie jej wina i... Ej!!!
O...
Wykoleiła się!
Za moimi plecami znalazło się coś, co zdołało przerwać tok myślenia. 
Szkoda, szkoda. Tak dobrze szło! 
Do rejsowego, japońskiego pociągu daleko, ale jeszcze kawałek i by prawie dudniło i stukało rytmicznie jak w porządnym parowcu.
- Ja tylko ściałem... - „Coś” okazało się „kimś”. Młodszym bratem. O wiele! I to bratem nastolatki! Nie ma nic gorszego na świecie niż taki brat.
- A co to jest? - pyta to ciekawskie jajo.
- Nie bierz! - Koza podnosi głos bez cienia akcentu i zaczyna gnać w niebezpiecznym kierunku. - Powiedziałam, nie bierz! To nie dla ciebie!
Nic tu po mnie. Lepiej się usunąć, żeby zachować w pamięci poprzednią, miłą rozmowę. Przecież dziś każde słowo po polsku w ustach Kozy jest dla mnie...
- ZOSSSSTAW! NATYCHMIAST! - wali buch, buch.
... na wagę złota.
- WY-NO-CHA!
Pięcha młodszego - w ruch!

I tak rozpędza się katastrofa.

wtorek, 9 września 2014

Lekcja Czterdziesta Ósma: Wybaczcie, jeżeli nie znacie angielskiego, ale był konieczny

Grzebałam w biblioteczce Kozy i ciśnienie mi się podniosło.

Książki stały równo. Nic z tych rzeczy, kiedy matka wpada czystki robić u dzieci. (Gdy w domu mnie latem nie było, Koza pięknie poustawiała swoje czytadła, za co pochwała się należy!)
Po prostu znów złapałam za „Dzienniki Nikki” - polską wersję amerykańskich powieści dla „wczesnonastolatek” - Dork Diaries Rachel Renée Russell. Młodsza Koza zaczytywała się w tej serii parę lat temu i na moją prośbę przysłano mi wtedy tłumaczenie pierwszego tomu.
Zdenerwowałam się, bo znów stanęły mi przed oczami stracone pieniądze na ten zakup i przesyłkę. A za stracone je uważałam dlatego, że przekład zaliczam do byle jakich, a in the long run (w rezultacie) - krzywdzących.

Już na pierwszych kilku stronach widać, że

1. tłumacz nie zna amerykańskiego angielskiego lub nie ma dobrego słownika

Tłumaczy „but I figured I couldn’t go wrong” „to i tak nieźle”.
I figured” – niesłychanie popularny zwrot w potocznym amerykańskim – znaczy „dojść do wniosku, że”; „can’t go wrong” znaczy tu mniej więcej „nie rozczarować się”, „nie ma mowy o rozczarowaniu,” a w książkowym kontekście „nie pożałować zakupu” (bohaterka komórkę sobie sprawiła). Proponuję więc „ale doszłam do wniosku, że nie pożałuję zakupu”.

Dalej o telefonie po polsku można przeczytać, że był w promocyjnej cenie. Ale w oryginale nie ma nic o promocji (sale) a o wyprzedaży i to końcowej, mianowicie „clearance”. Taka wyprzedaż sugeruje, że towar nie schodził i trzeba było cenę obniżyć do 70 czy 80 czy więcej procent, żeby po prostu się go pozbyć. I ten żart, że telefon pochodził ze spadów umyka w tłumaczeniu.

Reasumując, punk 2. brzmi: tłumacz nie zna się na realiach rządzących amerykańskim handlem, a zakupy przecież to sport, który Amerykanie lubią uprawiać najczęściej i na wiele sposobów. Tu akurat nie powinno się iść na skróty.

3. tłumacz gubi się w grze słów

Juicy gossip” w tłumaczeniu to „gorące plotki”, a „Juicy Couture designer cell phone” przetłumaczono „Gorący Telefon”. [Tłuste literki moje.]

Juicy Couture to markowa firma i „Gorący Telefon” tego w ogóle nie oddaje.

Gdyby tak przetłumaczyć „juicy gossip” na „plotki w pikantnym stylu”, a „Juicy Couture designer cell phone” na „telefon markowej firmy Pikanty Styl”, zachowana zostaje gra słów „juicy gossip” i Juicy Couture”. (I sugestia poprawkowa: pojawiające się wówczas na stronie 3 nieporozumienie z telefonem można wytłumaczyć np. tak: „powiedziałam dzwońcie ‘z ploteczkami w pikantnym stylu na moją nową komórkę’, a NIE ‘z nowymi ploteczkami na moją komórkę z Pikantnego Stylu’ ”.) 

4. tłumacz pomija slang

I was like, ‘Hello’ ” – witamy w tekście amerykańską plagę językową ostatnich lat, wyrażenie „I was like”, które tutejsi nauczyciele próbują tępić w mowie u dzieci i młodzieży! Koniecznie trzeba oddać to niechlujstwo odpowiednim, innym polskim błędem językowym. Od jakich słów nieładnie zaczynać w polszczyźnie zdania? „Więc”, „no i”? Na pewno się coś jeszcze znajdzie. (Pomożecie?) O, na przykład "i". I :-) kiedy autorka podkreśla u niedojrzałej bohaterki wszędobylski tudzież byle jaki styl mówienia typowej amerykańskiej nastolatki, w tłumaczeniu odzywa się ona o dziwo bardzo poprawnie:
„- Halo? – powiedziałam.”

5. tłumacz gubi się w gramatyce na poziomie średniozaawansowanym

Na stronie 7 ktoś woła: „OH. NO. SHE DIDN’T!”
Jedna z poprawnych wersji tłumaczenia patrząc na kontekst to „NIE! NIE WIERZĘ!” a nie „O, NIE, NIE ZROBIŁA TEGO!”
She didn’t” – patrząc od strony gramatycznej, przedstawia się następująco: she - „ona” (trzecia osoba) i operator czasu przeszłego prostego „did” plus przeczenie „not”. Nie ma tu czasownika. Żadnego. Tym bardziej czasownika „robić”.

Przetłumaczenie powyższego na „nie zrobiła tego” to błąd, jaki robią polscy uczniowie może w szkole średniej, może w liceum, ale tłumacz? „Nie zrobiła tego” w języku angielskim to „She didn’t do it.”

She didn’t” jest celowo niekompletnym wyrażeniem w języku amerykańskim (być może i innym angielskim), bo ma podkreślić niedowierzanie, a ściślej ten moment, kiedy odbiera człowiekowi mowę i reszta zdania nie chce przejść przez usta. Jeszcze dosadniejszym „NIE WIERZĘ!” byłoby nawet rozparcelowanie operatora i przeczenia: „She did not!”. A jak komu „nie wierzę” nie leży, to niech sobie wstawi „coś ty!”. Opcji jest sporo.

6. tłumacz nie ma czasu na niuanse, wiem, mało który tłumacz ma, ale zawsze tych smaczków szkoda, szczególnie, kiedy usuwa się humor

Talk about major HEARTBREAK!” nie jest w oryginale aż tak melodramatyczne jak to przedstawiono w języku polskim - „ZŁAMAŁA MI TYM SERCE” (pomijam, że polska wersja w ogóle tu nie trzyma się oryginału). Zdanie angielskie sugeruje rozczarowanie, ale też ironię, a w tym kontekscie nawet i złość. Potwierdza to poprzednie zdanie, a konkretnie wyrażenie „just a stupid little book”. W ten sposób odezwie się w języku angielskim rozgniewane dziecko. W dodatku "talk about major HEARTBREAK" brzmi śmiesznie w angielszczyźnie. A „ZŁAMAŁA MI TYM SERCE” za bardzo śmieszne czy ironiczne nie jest, stąd prędzej przetłumaczyłabym zdanie jako „Zafundowała mi niezły CIOS W SERCE!”

Mogłabym dalej rozprawiać o tym przekładzie, o tym, jak przedstawia się kolejny raz polskiemu czytelnikowi byle jakie tłumaczenie (wiem, czemu, wiem), ale wystarczy, że stałam przed gablotką Kozy i trzepałam paluchami po stronicach i że córka musiała tyrady wysłuchać. Bo przy Kozie, Kochani, to sami swoi - nie wyrażałam się o nieścisłościach tłumaczenia tak układnie jak tutaj.

Co tu robi w ogóle ten post?

Kiedy poszłam sobie ochłonąć, miętoląc w ustach ostatnie złości pod adresem tłumacza, Koza wzięła książkę do ręki, bo... nic nie działa w marketingu tak skutecznie jak antyreklama?

I teraz nie wiem, Drogi Tłumaczu, czy w efekcie mam Panu dziękować czy nie.

Bez nagonki Koza czyta rzecz po polsku. Może nie przebrnie przez więcej, niż kilkanaście stron - jak jej matka - ale fakt faktem, że czyta. 

A ja jestem w kropce. Czy nagłe zainteresowanie Kozy oznacza, że nie pożałuję zakupu”?


poniedziałek, 8 września 2014

Lekcja Czterdziesta Siódma: Chińskie kamienie młodości i zanik pamięci na sen.

- Can you take me, or do you want me to ask daddy?
A po co zaraz tatę angażować? Skoro córka prosi, żebym ją zawiozła do koleżanki na popołudnie, to przecież zawiozę. 

Plan jest prosty. Jadąc pięciominutową trasą będę do Kozy dużo mówić po polsku. Trzeba, bo w lato bez mego nadzoru zangielszczyła się do bólu. Momentami polskiego nie rozpoznaje. Ta, która pierwsze pełne zdanie w swoim życiu wypowiedziała po polsku: Mama pi, tata pacy”. - Mama śpi, a tata jest w pracy. (Wychodzi na to, że leniwą matką byłam, co?)
Dzisiaj nawet byle jakim polskim Koza nie zaszczyci. Najgorzej, że ciągnie mnie w swój angielskomyślący świat, a ja, stara baba, daję się zapędzić w kozi róg. 

Pięć minut do koleżanki. Pięć minut od koleżanki. Razem to przecież aż dziesięć minut nawijki po polsku. Ja będę gadulić, Koza może słuchać, jeśli muza w słuchawkach nie będzie jej dudnić za głośno.

Wiem, że nie nadrobię strat z wiosny. Nie nadrobię strat z lata. I uwaga! Nie będę nic nadrabiać! Precz z nadrabianiem! Ten rok za bardzo mną potrząsnął i jeszcze do siebie nie doszłam, więc po co udawać, że się da, jeśli prawdopodobnie się nie da? Strata goniąca stratę też ludzka rzecz i przyjmuję to na biust. Ale jestem teraz w domu. A w domu z przyzwyczajenia i tak zwracam się do Kozy po polsku, chociaż ona do mnie - tak jak w pierwszych słowach tego wpisu - mówi już wyłącznie po angielsku.

- Przyślij mi SMS-a, kiedy mam po Ciebie przyjechać - instruuję Kozę wyskakującą z samochodu.
- 'kiej - Spoks woła Koza i śmiga do drzwi, które ktoś już od środka otwiera.

Mija popołudnie, przychodzi wiadomość: You can pick me up. (Możesz po mnie przyjechać”.) To wystukuję standardową odpowiedź i siadam za kierownicą.

Gadka szmatka z mamą koleżanki, Koza żegna kumpelkę, wsiadamy do minivana, trzaskamy dverjami, odpalam silnik i słyszę po angielsku:
- Mama, a co ty mi napisałaś?
- Kiedy? Gdzie?
- Kiedy przysłałaś SMS-a. O co chodzi z tym kamieniem?
- Z jakim kamieniem?
- No dobra! Minerałem!
- Wybacz, Rybka, ale nie wiem... - rozglądam się stojąc na pierwszym skrzyżowaniu przy znaku stopu - ...nie wiem, o czym mówisz.
- Napisałaś dziejd...
- Co tam takiego napisałam? - ruszam przed siebie ostrożnie, bo na tym skrzyżowaniu często wymuszają pierwszeństwo.
- Dziej-ej-di-i! - literuje po angielsku Koza.
Jest taki kamień, prawda, zielonkawy. Mam nawet z okruszków nefrytu bransoletkę. Jednak nie przypominam sobie, żebym słała dziecku SMS-a o nefrycie.
- Nic takiego nie... - HA! I owszem. Napisałam. Cztery literki składające się w jeden wyraz: J-A-D-E. 
Każdemu by tak wyszło bez polskiej klawiatury. Mój amerykański nie-smartfon nie ma takiej opcji. Ale żeby brak ogonka tak zniekształcił słowo, że Koza nie kuma?

Niestety. Tylko pomarzyć można o dawnych czasach, kiedy to-to mówiło do mnie exlusively in Polish. Mama pi... do dziś mnie rozczula. Nie pamiętam, czy kiedy stanęła w sypialni miała na sobie piżamkę w biedronki i inne stonki, ale i tak słodko mi się na obecność Kozy zrobiło, gdy usłyszałam przez sen w ciemny, zimowy ranek jej pierwsze zdanie. I od razu, zwróć uwagę Luby Czytelniku, zdanie złożone! Mama pi, tata pacy - przymknijmy oko na to, że bez spójnika. 

Mama pi... i pospałaby jeszcze, mama, pospała. Na skołowanie najlepszy jest sen.

Oh, yeah? I have news for you, mama! Czyli niosę ja tobie wiadro zimnej wody! Dzieciak już nawet prostego jadę nie rozumie! Twój ciężki rok wsadź se gdzieś! Ty się, matka, lepiej OBUDŹ! 


Ps. Zapisała się do czytania mamajanka. Mamo Janka - pozdrawiam!

środa, 19 lutego 2014

Lekcja Czterdziesta Szósta: Nie ma tego niedorzecznego, co by na sensowne nie wyszło

O czym pisałam ostatnio, nawiązując do domowych lekcji polskiego?
A! O średniowiecznym władcy!
I że Koza czyta sobie czasem po polsku raz z większym zrozumieniem, raz z mniejszym. Dziś będzie o tym słabszym kojarzeniu faktów przy jednoczesnym rozważaniu o hierarchii w średniowiecznym społeczeństwie i wymyślamiu listy gości na przyjęcie urodzinowe.

Zadaję Kozie kilka pytań na koniec „wykładu” o średniowiecznej władzy. Potem wychodzę. Niech dziecko bez bata nad głową odpowie na zagadnienia pisemnie, a ja pójdę robić swoje.

Koza zadowolona. Przepisze kawałek zdania stąd, kawałek stamtąd. Wstawi jakiś fragment obok innego i nie musi się cackać. Wie, że im szybciej się z zadaniem upora, tym szybciej powróci do obmyślania szczegółów szykującej się imprezy, jaka ma się odbyć z nadchodzących kozinych 13-tych urodzin. Po prostu widać, że gdy tylko odeszłam w kuchenną siną dal, główka córki pracowała na pełnych obrotach. Ale niezupełnie nad średniowieczem, bo przedłożono mi potem „do kontroli” następującą składankę: „...kto wzniecał bunt przeciw panującemu, nie tylko łamał prawo, lecz także popełniał ciężki grzech i przyczynił się do rozwoju kulturalnego naszego kraju”.

Yyyy...
Za taki skrót myślowy... to... to należy się Kozie... tylko jedno:
Amen, sister!*


*(Na wesoło po naszemu... „Popieram i to w całej rozciągłości!” ;-)

Ps. 1 Zdanie kompletnie swobodnie złożone przez Kozę pochodzi z fragmentów dwóch różnych zdań z podręcznika do historii i społeczeństwa „Wczoraj i dziś” autorstwa Grzegorza Wojciechowskiego.

Ps. 2 (Witam nowych czytelników, tym razem oficjalnie: Allochtonkę, Piotra, i kolejną Anię, i Lidię K., Agnieszkę J., kammaę, Makową Panią, Martę Wilson i Elę G. Obyście z tych lekcji wychodzili o wiele bogatsi, tak jak Koza ;-)

czwartek, 23 stycznia 2014

Lekcja Czterdziesta Piąta: „A kysz!” widziadłom z pomroki dziejów. (Strzeżcie się pary minimalne!)

Nieznośnym zwyczajem poruszyłam tematy, o których Koza nie usłyszy w swoim L1, w angielskim, ani od nauczycieli, ani od koleżanek, ani w TV. Przynajmniej nie w tym kontekście, w którym chcę, żeby te wyrazy zarejestrowano. Notujemy słowa takie jak „średniowiecze”, „osada”, „przywódca”, „plemię” itp.
- I na czele plemienia Polan stał książę Mieszko I...
- Na czele to chyba może stać tylko mucha. Albo komar. I wtedy robisz tak. 
Plac! Koza wali się w czoło i spstrykuje niewidzialnego owada.
OK, robimy mały „skok w bok” dla rozróżnienia obu „czół”, po czym wracam do osi czasu, opowiadam o czymś, co trwało kilka stuleci.
- Widzę... no widzę... - mruczy Koza - od szóstego wieku do iksowego...
- Do dziesiątego.
- Jak wolisz. I co dalej?
Nie ma „dalej”. Ponownie pokazuję rzymskie liczebniki, do których w amerykańskiej szkole publicznej nie przywiązuje się większego znaczenia, bo wieki zapisuje się cyframi arabskimi. Koza zgrzyta zębami, ale ustawia na kartce proste i skośne „patyczki”.
- Dobra, to przejdźmy do ciekawszych rzeczy. Pokażę ci jak wyglądały średniowieczne grody.
Przez twarz córki przemknął cień zainteresowania.
- W średniowieczu pełniły przede wszystkim funkcję obronną.
- Obronną? You mean defensive?
- No właśnie! Żeby ustrzec się przed wrogami, stawiano wokół nich mury obronne.
Koza się skupia.
- Przed jakimi wrogami?
- O, średniowiecze to były bardzo niespokojne czasy! Zawsze trzeba było być gotowym stawać do broni, bo chętnych do splądrowania książęcego grodu i zagarnięcia cudzej ziemi było wielu.
Nie muszę tłumaczyć Kozie słowa „plądrować”, bo jest bardzo podobne do plunder [wym. plander].
- To widzę, że w Polsce było jak w Egipcie - mówi córka. (A Egipt, jak może pamiętacie z posta o maciorze, jest Kozie akurat bliski sercu ;-)
- Mieszkańcy słowiańskich grodów dzielili się na kilka grup, a każda z nich miała swoje zadania do wykonania. Łączyło je zaś to, że pracowano nie tylko na swoje przetrwanie, ale tak naprawdę na rzecz władcy. „Poczkaj” momencik... zaraz ci pokażę taki przykładowy gród... i kto gdzie w nim mieszkał... Była tu gdzieś makieta...
- OK. You’ve totally lost me now - rzecze Koza i dziwnie się śmieje.
- A czego nie rozumiesz?
- Dlaczego opowiadasz mi jakieś ghost stories?
- To nie historie o duchach. Tak wyglądały początki państwa polskiego...
- Ale co mają zombies do tego państwa polskiego?
- Jakie zombies?
- A mieszkańcy grobów to niby co są? Żywy deadnięty to zombie, a zombies nie są prawdziwe!


Ps. Ale prawdziwe są nowe czytelniczki! I „asiami” i Sylwia Kowalska... I Anna hugoandmatilda...
Pominęłam kogoś? Proszę mi to „częprędzej” wytknąć, zaraz ochoczo pozdrowię!

niedziela, 22 grudnia 2013

Lekcja Czterdziesta Czwarta: W biegu

Coraz gorzej Kozie przychodzi mówienie po polsku. 
Czyta w miarę, ale nic jakoś z tego nie wynika. Non-stop zwraca się do mnie po angielsku.
Czuję, że stanęłyśmy w miejscu, a jedyne, co się rozwija to kozie unikaty, czyli uniko-komunikaty przed robieniem czegokolwiek z polskiego.
- Dlaczego muszę to czytać? - Koza patrzy niechętnie na lekturę in Polish.
Powodów jest wiele, ale zaprząta mi głowę przegląd świątecznego menu, więc podaję pierwszy z brzegu.
- No dlaczego? Dlaczego? Jestem ciekawa, o czym jest ta książka, a sama nie mam czasu na czytanie. Przeczytasz, to mi opowiesz.
Córka podaje mi książkę odwróconą tyłem do góry.
- Tu jest streszczenie. Przeczytaj sobie i będziemy obie miały wolny wieczór - mówi, taksując bałagan w kuchni. Bierze pogniecioną papierową torebkę po suszonych grzybach. Rozprostowuje, otwiera, wkłada doń usta i nos. Robi inhalację.
- Co za piękny zapach! - Rozmarzone ślepia wznoszą się ku niebiosom. - Czy można w Polsce kupić taki spray zapachowy? Spryskiwałabym sobie nim pokój...
Stoję z książką córki w rękach. Z jednej strony serce mi się kraje. Nie wycisnę z dziecka ani sylabki słowiańskiego słowa... Z drugiej strony serce roście. Gada dziewczę po obcemu, ale przecież swojska krew! Od listopada wierci mi dziurę w brzuchu o pierogi z kapustą i grzybami, o paszteciki do barszczu...
Co by nie ponarzekać, czasem niedaleko pada pomarańcza od jabłoni...

***

Nie piszę, bo spiętrzyły się pozablogowe sprawy niecierpiące zwłoki i doszło na koniec świąteczne koncertowanie. 
Ktoś z widowni podczas jednego z koncertów nawet telefonem filmik strzelił naszemu chórowi, gdyby więc kto miał ochotę zapraszam do podlinkowanego video pod spodem. (Przesuńcie tylko film dokładnie o minutę do przodu, żeby odsłuchać właściwą rzecz).

Tu trza kliknąć. Otworzy się Wam O, Holy Night? Oby...

I tą kolędą życzę Wam świąt, że hej! I takiego samego Nowego Roku, a po naszemu radochy i tężyzny... ku chwale ojczyzny! 


środa, 6 listopada 2013

Lekcja Czterdziesta Trzecia: O tajemnicach plejstocenu

Od czasu Lekcji Czterdziestej Beethoven ma u nas przerypane.
Co zacznę kulturalny temat z Kozą - kto skomponował to czy tamto - Córa ironicznie ucina temat, mówiąc, że Beethoven. 

Próbuję zmieniać tok rozmowy i zagaduję przy innej okazji o wynalezienie druku. I tłumaczę, że za tę rewolucję odpowiedzialny był...
- Beethoven!
Koza celowo rzuca Beethovenem jak mięsem, żebym tylko przestała jej opowiadać o sprawach, które ją średnio interesują. Nadużywa imienia kompozytora nadaremno, gdy pytam, kto zjadł ostanie czekoladki. 
Bethoveen w naszym domu jest też odpowiedzialny za myszkowanie w mojej garderobie i za nieopróżnienie zmywarki. Stał się sprawcą wszelkich szczęść i nieszczęść.

W obliczu tych faktów nie wiem, skąd mi się znów zachciało brnąć w tematy muzyczne, a tym bardziej tłumaczyć genezę Mszy Nelsońskiej. Ale ględzę, ględzę wytrwale. Koza wytrwale zaś i czyta komiksy nad śniadaniem i słucha mnie jednym uchem.

Truję na dodatek niczym odkrywczym: że mamy dobrze, bo żyjemy w epoce dostępności do muzyki. Że kiedyś przeciętny człowiek urodził się i umarł nie usłyszawszy niczego większego poza przyśpiewką z fujarką i bębenkiem. Że tylko ktoś nadziany mógł uczestniczyć w słuchaniu innej muzyki. A nawet w jej tworzeniu. Skąd się wzięło Requiem Mozarta, prawda? (A! Stąd mi się zachciało znowu o muzyce! Wszyskich Świętych było!) Skąd szereg oper? Skąd...
- Królowie zamawiali sobie utwory? - Koza nagle powtarza po mnie, nie odrywając się od lektury.
- Oczywiście.
- Hm...
- Chcieli posłuchać czegoś na swoją cześć. Kto by nie chciał?
- A jaki utwór zamówił sobie król Popiel?
???
Zagrzmiał mi pod czachą początek V-tej symfonii Beethovena.
- Żadnego! Rybcia, Popiel sobie niczego nie zamiawiał, bo wtedy orkierstr nie było. Za Popiela jeszcze skrzypiec nie skonstruowano... Ani... Ani... - wymieniać po kolei instrumenty? Wrócić do lekcji historii? Do definicji legedy? Co tu robić? Co tu robić??
Koza wyczuwa, że coś jej nie wyszło. Poprawia się szybko:
- Ano, tak! Przecież król Popiel żył wcześniej... Przed skrzypcami... W tym... w tej... w epoce szczurów!


***

I tym "rysem historycznym" witam Domcię w naszym wariatkowie.

wtorek, 29 października 2013

Lekcja Czterdziestra Druga: Poprzedzona uwagami. (Wszystkie na temat ;-)

Zacznę od uwagi językoznawczej.

Po głębokich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moje starsze dziecko nie jest dwujęzyczne a półtorajęzyczne, bo potrafi dobrze posługiwać się jednym językiem w mowie i w piśmie (język angielski), a drugim średnio (język polski), w dodatku wplątując język większościowy. 

Czyli L1 + L1/2 i bilans wychodzi na jeden język i pół. Dobrze liczę?

Po płytszych przemyśleniach wyznam też, że moja półtorajęzyczna Koza zamienia się coraz bardziej w coś, czego się boję, w nastolatkę.

Rok temu strój na Halloween miała gotowy miesiąc nazad. W tym roku od myślenia o przyszłości ważniejszy jest np. sen i leń - każdy w odpowiedniej dawce. W efekcie mamy co następuje: za dwa dni Halloween, Koza stroju nie ma. Aczkolwiek, winnam dodać ratując jej image, że tyle godności osobistej jeszcze posiada, iż nie pójdzie żebrać o cuksy bez przebrania. A są tacy! Co roku dzwonią mi do drzwi leserzy-bezkostiumowcy, psując innym zabawę. Lekce sobie ważą tradycję rozrywki Halloweenowej. I to w kraju, gdzie tak naprawdę bawić się nie potrafią.

Bo upraszczając, cofnę się w czasie. Do XVII-go wieku. Każę wyobrazić sobie wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i wytknę palcem przybyłych. Oto Purytanie. Straumatyzowani poróżą statkiem stają na nieznanym lądzie. Przyjechali w świętym celu: zgodnie z własną interpretacją Biblii będą tworzyć nowe królestwo Boga na ziemi. I - przy pomocy tubylców - zabierają się za przetrwanie.

I harowali jak dzikie osły, jedli byle co, obrastali robactwem, dziesiątkowały ich choroby... Kto miał czas i siłę się bawić? Przy świeczce czytano Pismo Święte - najważniejszą i często z wyboru jedyną książkę w ordynarnie ubogim purytańskim domu - a Ono nawoływało ciało do stania się świątynią Boga i nic nieczystego nie miało mieć w nim miejsca. I tak m.in. żaden rodzaj tańca w którym razem biorą udział mężczyźni i kobiety, ponieważ wspólne danse to skrót do nierządu.

Rzeczone podejście do zabawy trzymało się całkiem mocno całkiem długo. Jeszcze pod koniec XVIII-go wieku, w czasie drugiej fazy wielkiego przebudzenia religijnego, w kilkunastu natenczas Stanach Zjednoczonych można było przeczytać traktaty o szkodliwości tańca.  

Ale oprócz surowej pobożności napływowych Anglików, Holendrów, czy Niemców, na społeczeństwo amerykańskie zaczęli wywierać wpływ i inni: Irlandczycy, Szkoci, Francuzi (później by trzeba dolać do tej mikstury trochę czupurnej krwi Słowian, Włochów i Greków) i w pewnym momencie purytański model odrzucania wszelkich przyjemności zaczął gasnąć. Dziś taniec jest zakazany w Stanach tylko np. w niektórych kościołach baptystycznych.

Chciałoby się zwalić winę na pierwszych osadników za współczesne amerykańskie, takie sobie w porównaniu z polskimi imprezy. Ale nie wiem, czy wypada.

Piszę więc, co obserwuję. Że mimo poluzowania reguł, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, w USA nie zakorzeniła się szeroko pojęta tradycja karanawału. I tak np. Sylwester nie oznacza otwarcia sezonu imprez tanecznych. Huczne Mardi Gras - dzień przed Środą Popielcową - obchodzi się w zasadzie na Południu i to głównie pochodami, a nie przytupem do muzy z głośnika. American party polega na staniu, jedzeniu i gadaniu. Natomiast tańczący Amerykanin na takim przyjęciu to podrygujący gość ze szklanką lub butelką piwa w dłoni na wprost podobnie wyginającej się gostki z pokrewnym procentowo drinkiem i tyle.

Przeciętny "tosto-zjadacz" tańczyć w parze nie potrafi, chociaż Hollywood może twierdzić inaczej. (Chwycenie partnera czy partnerki za krągłości się nie liczy!) Nie ma w Stanach w zwyczaju wprowadzać dzieci w arkana kroków i obrotów tanecznych poza zapisaniem dziewczynek na balet. Nie organizuje się szkolnych zabaw na parkiecie. Co więcej, nie organizuje się bali przebierańców i jedyną szansą stania się raz w roku kimś innym, kimś w przebraniu, jest 31-go października, w Halloween.
I Kozie nie chce się w nic przebrać? Ten raz w roku?

A może chce się, tylko ja mam o tym pomyśleć?

Moje podejście do czwartkowego święta od lat raczej się nie zmienia

Ciągle próbuję złożyć do kupy amerykańskie wychowanie dzieci (chucha się na nie i dmucha do przesady według zasady Safety 1st grunt to zapewnić bezpieczeństwo) z październikowym machnięciem na tę filozofię reką. Bo bez znaczenia wówczas się staje, czy dziecko potrafi rozróżnić rzeczywistość od fikcji. A można raczej założyć, że powiewająca z drzewa kostucha za rogiem nie jest dowcipna dla smyka z przedszkola i jeśli wyrządzi mu szkodę, to większą niż stłuczone kolano.

Jedni lubią się bać, inni nie. 
Jedni lubią się bać na mniejszą skalę (dekoracje w poziomie - gustowny mini-cmentarzyk na trawniku styka), a inni chcą zdobyć nagrodę osiedlową za najbardziej odstrachany dom w okolicy. Tak jak twórcy tego dzieła:




Co październik tak naprawdę boleję nad czym innym niż straszenie dzieci. Żal mi, że kontakt Amerykanina ze sprawami ostatecznymi zatrzymuje się na atrapie horroru. Że nie ma w tej materii równowagi: teraz zbiorowo świrujemy, potem przystanek alternatywny, Refleksja.

Bez tego zrównoważenia podejście do śmierci w kulturze amerykańskiej jest jak ichni taniec - podwójne zmaganie w pojedynkę, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i każdy z osobna pchły wytrząsa, że zacytuję swego dziadka.

Uważam, że są sprawy, w których w pozycji wyjściowej warto rękę podać.


***


Kiedy Koza trawiła „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, zgodziłam się, żeby czytała sobie pod nosem, ale od czasu do czasu sprawdzałam, czy rozumie. Np. zapytałam, czy wie, co to jest „upiór”.
Koza na to, że ubiór to ubranie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, kochanie, „upiór” przez „p” w środku.
- A, uPiór! To w zasadzie... stworzenie pierzaste... 


Najpierw pojawiły się w ciemnościach oczy - drobne płomyki, niewyraźne jak światła domostw w oddali, lecz pozbawione ciepła, bezlitośnie nieruchome.
Potem wokół wypalonych oczu wyostrzył się zarys głowy bez dolnej szczęki, a w postrzępionym płaszczu zadrgał surowy niepokój. 
Kątem oka dostrzegłam błysk i uniosły się nade mną sierpy szponów pod kapturami obwisłych rękawów.
Struchlałam, nie mogąc się ruszyć. Poczułam na sztywniejącym karku skraplający się lód.

Widmo zastygło.
I przemówiło:

- Ćwir?


***

W czytelnikach pojawiła się Polka z Monachium? Pozdrawiam :-)