środa, 30 listopada 2016

Uczę czytać dwujęzyczne dziecko - Ściąga dla rodzica


Ela z bloga o dwujęzyczności ponownie stworzyła dla polskich dzieci kalendarz adwentowy, pomagający w nauce czytania.
Rozpisała dwie wersje (znajdują się TUTAJ), a ja poniżej dodaję trzecią.

Ćwiczenia są adresowane do dzieci w wieku przedszkolnym, które już znają polski alfabet i rozpoznają podstawowe sylaby, a także dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym. Wymyśliłam te zadania dla Kozaka, ale dzielę się nimi, bo wiem, jak trudno znaleźć czas i zmobilizować i siebie i dziecko do nauki, kiedy języki polski nie jest językiem wykładowym w szkole.

Mój zestaw ćwiczeń opiera się na zainteresowaniach typowego chłopca oraz, podobnie do Eli, na zadaniach, jakie mają pomóc w czytaniu sylabami lub opanować trudniejsze aspekty języka polskiego, np. kojarzenie nazw miesięcy. czy używanie narzędnika.

Ćwiczenia proponuję wydrukować, porozcinać i umieścić w kopertach. 
UWAGA: przed wydrukowaniem należy wpisać imię dziecka w zad. 5.
Można wybrać po jednym pytaniu dziennie. Prostsze można wykonać po dwa. Do pytań pomysłu Eli Ławczys - CO JEDZIE, CO PŁYWA, CO LATA - dodałam kilka słów. Pozostałe 25 są inne od tych na blogu Eli.

Wskazówka dla rodzica: Ty znasz swoje dziecko najlepiej, więc Tobie pozostawiam decyzję, czy zachęcić je, aby pierwsze próbowało sił czytając, szczególnie polecenia. Te mogą okazać się za trudne. 

Również od Ciebie zależy, czy chcesz, aby po przeczytaniu zadanie przepisać i czy podawać prawidłową odmianę tylko ustnie czy również pisemnie. Najważniejsze, aby razem z dzieckiem uczestniczyć w zabawie.

Sylaba



1. CO NIE PASUJE DO ZABAWY KLOCKAMI LEGO?

CEGŁY BELKI KOŁA OPONY PŁYTKI ZAWIASY BETLEJEM

2. PODZIEL NA SYLABY.

HAMULEC, KOLEC, MALEC, PALEC, WALEC, WIDELEC, ZAKALEC

3. ZNAJDŹ I PODKREŚL SYLABĘ CIE.

GRAJCIE
ŚPIEWAJCIE
KŁANIAJCIE
ODDAJCIE

JAKIE JESZCZE ZNASZ POLSKIE WYRAZY Z SYLABĄ CIE?

4. POŁĄCZ W PARY, CO PASUJE.

WYSOKA                                         AUTO
ODLOTOWY                                     RAKIETA
OSOBOWE                                      SAMOLOT

5. CO TU JEST ŹLE? SKREŚL BŁĘDNE ZDANIA.

(IMIĘ TWOJEGO DZIECKA) LUBI LEGO. LEGO TO BUTY. LEGO TO KLOCKI.
POLSKA TO ZUPA. POLSKA TO KRAJ.
STAJENKA MA KOŁA. ROWER MA KOŁA. DESKOROLKA MA KOŁA.

6. CO TU NIE PASUJE? SKREŚL NIEPASUJĄCE SŁOWO W KAŻDYM RZĘDZIE.

ANNA, JOANNA, PANNA,
ZUZANNA, INNA, MARCJANNA,
RYNNA, BRYTFANNA, ŻANNA

7. CO HAŁASUJE?

WĘDKA, WENTYLATOR, WEHIKUŁ CZASU, WAŁEK, WYRZUTNIA, WYWROTKA, WAHADŁOWIEC, WÓZ

8. CO TU NIE PASUJE? SKREŚL NIEPASUJĄCE SŁOWO W KAŻDYM RZĘDZIE.

LATAWIEC, DMUCHAWIEC, JAŁOWIEC,
KONIEC, BIEC, PIEC,
CHŁOPIEC, CZERWIEC, LIPIEC

JAKA LITERKA JEST NA KOŃCU TYCH WYRAZÓW?
JAKIE ZNASZ POLSKIE WYRAZY NA LITERĘ C?

9. KTÓRĄ BLUZĘ BYŚ WYBRAŁ? Cz. 1 (ZAKREŚL JEDEN WYRAZ W KAŻDEJ LINIJCE):

ZE SMOKIEM / ZE STATKIEM
Z KASKIEM / Z CAŁUSKIEM
Z BOISKIEM / Z OGNISKIEM
Z ROBOTEM / Z AUTEM / Z MIECZEM
Z ROWEREM / Z ANANASEM

10. CZYM JESZ ZUPĘ? (ZAKREŚL)

WIDELCEM, PATYKIEM, ŁOPATĄ, MŁOTKIEM, KLOCKIEM, ŁYŻKĄ

CO ROBIMY POZOSTAŁYMI PRZEDMIOTAMI?

11. KTÓRĄ BLUZĘ BYŚ WYBRAŁ? Cz. 2 (ZAKREŚL JEDEN WYRAZ W KAŻDEJ LINIJCE):

Z RAKIETĄ / Z KOPARKĄ/ Z WĘDKĄ
Z ŁÓDKĄ / Z DESKOROLKĄ
Z GRĄ ELEKTRONICZNĄ / Z LUPĄ
Z KLOCKAMI LEGO / Z BALONAMI
Z RYBKAMI / Z PTAKAMI
Z NARTAMI / Z SANKAMI

12. CO JEDZIE?

BALON, AUTO, MOTORÓWKA, POCIĄG, SAMOLOT, AUTOBUS, KOPARKA, TRAKTOR, STATEK, ROWER, ŁÓDKA, MOTOR, HULAJNOGA, TRAMWAJ, TIR, HELIKOPTER, RAKIETA, KAJAK, DRON, WÓZEK

13. CO PŁYWA?

BALON, AUTO, MOTORÓWKA, POCIĄG, SAMOLOT, AUTOBUS, KOPARKA,  TRAKTOR, STATEK, ROWER, ŁÓDKA, MOTOR, HULAJNOGA, TRAMWAJ, TIR, HELIKOPTER, RAKIETA, KAJAK, DRON, WÓZEK

14. CO LATA?

BALON, AUTO, MOTORÓWKA, POCIĄG, SAMOLOT, AUTOBUS, KOPARKA, TRAKTOR, STATEK, ROWER, ŁÓDKA, MOTOR, HULAJNOGA, TRAMWAJ, TIR, HELIKOPTER, RAKIETA, KAJAK, DRON, WÓZEK

15. ILE DNI MA MIESIĄC...Cz. 1 (PRZEPISZ LICZBĘ Z KALENDARZA.)

STYCZEŃ - ......

LUTY - ......

MARZEC - ......

KWIECIEŃ - ......

MAJ - ......

CZERWIEC - ......

16. ILE DNI MA MIESIĄC... Cz. 2 (PRZEPISZ LICZBĘ Z KALENDARZA.)

LIPIEC - ......

SIERPIEŃ - ......

WRZESIEŃ - ......

PAŹDZIERNIK - ......

LISTOPAD - ......

GRUDZIEŃ - ......

17. KTÓRE MIESIĄCE LUBISZ? (ZAKREŚL)

STYCZEŃ, LUTY, MARZEC, KWIECIEŃ, MAJ, CZERWIEC, LIPIEC, SIERPIEŃ,
WRZESIEŃ, PAŹDZIERNIK, LISTOPAD, GRUDZIEŃ

18. ZAKREŚL TE NAZWY MIESIĘCY, W KTÓRYCH JEST 8 LITEREK LUB WIĘCEJ.

STYCZEŃ, LUTY, MARZEC, KWIECIEŃ, MAJ, CZERWIEC, LIPIEC, SIERPIEŃ,
WRZESIEŃ, PAŹDZIERNIK, LISTOPAD, GRUDZIEŃ

19. ZAKREŚL TE NAZWY MIESIĘCY, W KTÓRYCH JEST 7 LITEREK LUB MNIEJ.

STYCZEŃ, LUTY, MARZEC, KWIECIEŃ, MAJ, CZERWIEC, LIPIEC, SIERPIEŃ,
WRZESIEŃ, PAŹDZIERNIK, LISTOPAD, GRUDZIEŃ

20. JEŚLI DODASZ DO PIEROGÓW... Cz.1

...GRZYBY, TO WYJDĄ PIEROGI Z ............................

...JAGODY, TO WYJDĄ PIEROGI Z ............................

...TRUSKAWKI, TO WYJDĄ PIEROGI Z ..................................

...POWIDŁA, TO WYJDĄ PIEROGI Z ......................................

21. JEŚLI DODASZ DO PIEROGÓW... Cz. 2

...SER, TO WYJDĄ PIEROGI Z.......................

...MIĘSO, TO WYJDĄ PIEROGI Z ..........................

...KAPUSTĘ, TO WYJDĄ PIEROGI Z......................

...KASZĘ, TO WYJDĄ PIEROGI Z ....................

...SAŁATĘ, TO NA PEWNO BEDĄ NIEDOBRE!

22. CO WOLISZ?        

HERBATĘ Z MLEKIEM CZY INKĘ Z MLEKIEM?
KANAPKĘ Z JAJKIEM CZY Z SAŁATKĘ Z JAJKIEM?
BUŁKĘ Z MASŁEM CZY GRZANKĘ Z MASŁEM?
LODY Z CIASTEM CZY KONFITURY Z CIASTEM?


23. CO BYŚ WYBRAŁ?

CEBULĘ Z MASŁEM CZY TRUSKAWKĘ Z MASŁEM?
KAPUSTĘ Z MLEKIEM CZY KASZĘ Z MLEKIEM?
CYTRYNĘ Z JAJKIEM CZY MIZERIĘ Z JAJKIEM?
BROKUŁY Z CIASTEM CZY ZRAZY Z CIASTEM?


24. JAKA TO CZAPKA?

MA BAŁWANA. TO CZAPKA Z .................................

MA RENIFERA. TO CZAPKA Z .................................

MA MIKOŁAJA. TO CZAPKA Z .................................


MA CHOINKĘ. TO CZAPKA Z ..................................

MA BOMBKĘ. TO CZAPKA Z ...................................

MA GWIAZDKĘ. TO CZAPKA Z ...............................

                      
25. CO JEST NA BATERIE? (ZAKREŚL)

TELEFON, KSIĄŻKA, KOMPUTER, CIASTO, KOLOROWANKA, TABLET, KLOCKI LEGO, AUTO, CZAPKA, MIECZ, LATARKA, ROWER, BALON


26. PODKREŚL SYLABY CIA, CIE, CIO, CIU, CI. CZY TE WYRAZY DO SIEBIE PASUJĄ?

CIASNE CIASTO
CIENKI CIELAK
CIOSANA CIOCIA
CIUPAGA W CIUP!
CICHA NOC

27. WYRAZY Z POLSKICH KOLĘD: PODKREŚL SYLABY CIĄ I CIĘ,
ZAKREŚL SYLABĘ DZIE.
KTÓRE WYRAZY MOGĄ SIĘ POJAWIĆ W KOLĘDACH?

DZIEŃ, DZIECIĄTKO, JEDZIE, DZIECIĄTECZKO, GDZIE, DZIECIĘ

28. KIEDY ZWRACAMY SIĘ DO INNYCH...

DO MAMY MÓWIMY MAMO.

DO TATY MÓWIMY ................

DO BABCI MÓWIMY ...............

DO DZIADKA MÓWIMY ...........

DO CIOCI MOWIMY ................

DO WUJKA MÓWIMY ..............

niedziela, 27 listopada 2016

Dodatek poświąteczny - poszłam ci ja do sąsiada.

Pukanie do drzwi to pierwsza oznaka świąt. Witam je z otwartymi ramionami. I cień za drzwiami i nadchodzące dni wolne. Na werandzie stoi sąsiad. Niech mu będzie Pete, Pioter po naszemu. Czy będziemy mogli zająć się kotami? Pewnie! Nawet gdy sami gdzieś na krócej jedziemy. Sąsiedzi mają rodzinę bliżej, wyjeżdżają przed nami i wracają po nas.

Biorę przyniesiony klucz, obiecuję, że obie kotki będą pod najlepszą opieką. Sąsiad przeprasza za kłopot. Jaki kłopot! Panie Piotrze, gdybyśmy zostawiali zwierzę w domu, tak samo by nam pan z małżonką pomógł, czyż nie? Tekst zawsze działa. My co prawda zabieramy Kozę z nami, ale gdyby nie, wiem, że mogę liczyć na pomoc. Sąsiad i tak wygląda na nieszczęśnika. Mina - co najmniej jakby chciał zapaść się pod ziemię. (Nie trzeba, naprawdę!)

Ten zwyczaj przekazywania klucza trwa od lat i dialog otwierający okres wypoczynkowy wiele się nie zmienia. I tak, proszę wycieczki, co święta odwiedzamy dom sąsiadów. Chodniczek, dąb, hondzia, schodki, podcień. Daleko nie ma.

Kota można mi powierzyć. Przećwiczyła mnie kocia jednostka specjalna teściowej i miałczki obok to dla mnie pikuś. Ktoś nawet ostatnio chciał mi dawać rady w sprawie opieki nad futrzakiem. Kto to był? Nie pamiętam, ale pamiętam, jak go zbyłam - nie ucz ojca dzieci robić.

Koty sąsiada zaopatrzone są w dozownik na karmę i wodę, więc luzik. Nie umrą z głodu lub pragnienia. Ale kto koty w amerykańskim standardzie posiada, ten wie, że problem leży w czym innym. Kot plus brudna kuweta plus wykładziny nie tworzą zgodnego trio. Trzeba codziennie żwirek łopatką elegancko przegrzebać. Od biedy co półtora. Szczególnie że charakterny, młodszy kocurek sąsiada lubi świeżość, zgodnie z obietnicą z pudełka. Fresh to musz. Miałczy kotek i ma. Tak nauczony.




Badaj czytelniku, że żwirek oporowo wchłania nawet olej silnikowy. Capi przy tem chemicznymi aromatami Febreze jak za cara. Słoń by się w nie zesrał i nikt by nie poczuł, a charakternemu nawet zeschnięta bryłka moczu przeszkadza.

Kuweta jest otwarta, bez wysokich ścianek, bez daszku. Dwudniowe spóźnienie z czyszczeniem i żwirek wita już pod stopami w kuchni, nie tylko w przejściu do pralni i na jej całej długości. Charakterny nie żartuje. W dodatku zrobi kupę przed lodówką Whirlpoola, natomiast krąglejsze fekalia teleportują się w krainę exotique, aż za zmywarkę w wyspie kuchennej, na matę w palmy przy szklanych drzwiach na patio. A gdzie zrobi siku, to raczej pomińmy. Dość rzec, że w miejsce asymilujące się z płynami, włókniste à la Dynasty typu shaggy, kolor jasny brąz, przymocowane listwami przypodłogowymi do ścian.

Dotąd raz dałam ciała, zapominając o kotach na równe trzy dni. Teraz oto. Na usprawiedliwienie powiem, że klucz słabo pasował. Koza musiała szarpać się z zamkiem, podczas gdy ja sprintem leciałam alarm wyłączać na przeciwnej ścianie domu. Wychodząc zaś (w zeszły wtorek?), wyszarpałyśmy klucz w siedemdziesiątej piątej sekundzie, na pięć przed sprowadzeniem straży i policji. I śmietnika na kupy nie było, co rutynę zamotało. Sąsiedzi zapomnieli go chyba w przejściu do pralni ustawić. Po trzecie miotła się zamiotła. W tej przydługiej pralni. Po czwartek nas nie było. A z wyjazdem świątecznym nastąpiła kocia amnezja.

Dzisiaj w porze popołudniowej wróciła mi pamięć. Dawaj po Kozę, bo w pojedynkę do domu sąsiadów przecież nie wejdę! Ten pewnie wygląda już jak u psa wychodek. Biegiem lecim na Szczecin: chodniczek, dąb, podcień, Koza walczy z zamkiem dłużej niż zwykle. Pruję do środka. Dobiegam do manipulatora. Wpykam rok urodzin sąsiada. Myk do pralni, sięgam po żwirek, jak prognozuje pudełko - czeka mnie sytuacja ekstremalna. I... Ej... Dociera, że stoję w ciemnościach. Charakterny! A to małpiszon! Aportuje, odkręca wodę w zlewie, a teraz za pstryczki się zabrał. Olrajt. Ale zobaczymy, kto tu rządzi. Włączam jarzeniówkę, luk w kuwetę, dezorientacja mnie nie opuszcza. Przechodzę nierównym krokiem do kuchni. Ani bobków, ani drobinek żwirku. Ale wtedy zerkam w kąt, gdzie składałam przed wyjazdem zawinięte w reklamówki stolce z uryną. Zdematerializowały się! Wydaję z siebie obcy dźwięk.
- Co się stało? - krzyczy Koza z proga.
- Nie ma kup!
- To chyba dobrze?
Gówno prawda! - myślę wściekła. Co on z nimi zrobił? Zabiję kota! Mam na to całą godzinę i jak babcię kocham, utłukę. Szukam najpierw rozprutych worków i kocich gówien. Po kuchni. W jadalni. W salonie. Znowu w kuchni. Jestem bliska płaczu, gdy mój wzrok pada na miskę charakternego. W wodzie pływa lód. Tak jak lubi. Przeszły mnie ciarki. Trzy dni nikogo nie było i skubaniec nauczył się kostkarkę obsługiwać?
- Mama?
Patrzę na Kozę i widzę za nią otwarte drzwi wejściowe.
- Nie mogę wyjąć klucza z zamka.
Za Kozą zaś jasna plama przy krawężniku. Honda! Ja chromolę! Hondy nie ma! Nie ma żwirku na podłogach, kału w kuchni, worków...
- W nogi! Szybko! Spadamy stąd! - Szarpię Kozę za mankiet i ciągnę do wyjścia.
- Ale co z kotami?
- Koty... w porządku! Szybko!
Wyskoczyłam od sąsiadów jak oparzona. Koza za mną. Zamek puścił. Bieg do domu.
- Co się stało? Mama! No, powiedz mi!
- Wcześniej przyjechali! Nie ma ich akurat w domu, ale już wrócili.
Opadłam na kanapę, nie wiedząc, co gorsze: stajnia Augiasza, jaką z pewnością zastali sąsiady czy nieproszone wejście pod ich nieobecność. Przeanalizowałam wszystko od początku. No tak! Oprócz braku hondy przeoczyłam pozbierane kocie zabawki i torbę przy zlewie. Ale trudno. Stało się. Nic już na to nie poradzę. Było minęło i nikt się nie domyśli, że przyszłyśmy po ptokach.
Mogłam gorzej nabroić. Wbiegając do środka, mogłam wpaść na sąsiada w negliżu. Dopiero byłby obciach!
- Mamo? - pyta Koza.
- Słucham cię, kochana...
- Jak wychodziłyśmy od sąsiadów...
- No?
- Czy włączyłaś z powrotem alarm?

sobota, 26 listopada 2016

Święto Dziękczynienia z dodawaniem

Pojechałam na próbę chóru. Zmęczenie materiału po wygranej Trumpa sięgało zenitu, bo jeszcze wtedy mało kto otrząsnął był się z szoku. Jednymi targała dzika złość, drugimi dzika radość. Zagorzali, co mieli wygrać, musieli zacząć godzić się z klęską. W innym świetle wyników nie widzieli i nie widzą. A ci, którzy wygrali, musieli zacząć godzić się z faktem, że pierwszy raz w tym stuleciu nie da cieszyć się publicznie victorią we własnym kraju. Gdzie amerykańska wolność słowa?

Jechałam zniesmaczona społecznościową wrzawą. Chciałam po prostu znaleźć miejsce w protestanckiej kościelnej ławie i pośpiewać o nie-wyborach. (Chór ćwiczy w kościołach, które go pomieszczą i użyczą do akompaniamentu pianina; nawiasem mówiąc, równo parkującego przy ołtarzu obok flagi państwowej.)

Ale kiedy wyściskałam znajomych i rozpakowałam nuty, zapomniałam o bolączkach. Boczną nawą nadszedł wreszcie dyrygent. Kocham faceta. Mówię to otwarcie. Joshua to typ spod jasnej gwiazdy. Wiecznie uśmiechnięty, zawsze wynajdzie powód do radości. Wyrobił sobie cholernie wysoki współczynnik inteligencji emocjonalnej i nadzwyczajną pamięć. W kontaktach bezpośrednich zaskakuje, bo zwraca się do każdego po imieniu, a samych osób pod batutą ma trzysta z czymś, nie liczę orkiestry.

Krótka rozgrzewka, zabraliśmy się za kolędy. W połowie próby zaczęło rypać mnie w krzyżu. Protestancka bozia wybaczy, ale na poduszce z pianki długo kręgosłup nie lubi. Akurat wybierałam pod tyłek kościelny śpiewnik o twardych okładkach, gdy Joshua przystanął w wąskim transepcie i zapukał w nauszny mikrofon.
- Czy wiecie, że... - zaczął dyrygent, pomajstrował chwilę w kieszeni przy baterii i wrócił do przerwanej myśli. - Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że obok was może właśnie siedzi ktoś, kto nie głosował na tę samą osobę, co wy?
Opadłam na gruby wolumin, aż zabolało.       
Zapadła grobowa cisza.
- Obserwowałem was przed próbą i nie zauważyłem ani jednej kłótni - ciągnął Josh. - Ktoś wygrał, ktoś przegrał, ale ja w tych wyborach na pewno zyskałem. Upewniłem się, że jesteście chórem, o jakim zawsze marzyłem. Ponad podziałami. Bardzo wam dziękuję.

Przedwczoraj, na rodzinnym obiedzie z okazji Święta Dziękczynienia zabrakło gremialnych podziękowań. Owszem, znalazł się na dzień dobry szczery entuzjazm, że znów się widzimy, że benzyna po wyborach staniała, że dojechano bezpiecznie, że nowa fryzura, że Kozak najwyższy w klasie, że Fred, samotny znajomy, dał się jednak zaprosić (tak jak w polską Wigilię - nikt nie powinien tych świąt obchodzić tu sam). Obgadaliśmy plany bratanki ciotecznej, Lizzy, i jej męża, bo przeprowadzają się do Baltimore, ale stamtąd przecież trzy godziny autostradą do kuzyna, więc nie będą tak całkiem sami. Przyklepano okrągłe plery wuja. Czaszka goi mu się całkiem nieźle po wycięciu guza mózgu. Zaczyna widzieć na lewe oko, ale popłakał się równo obydwoma oczami pod uściskami rodziny.

Po pierwszym rozdaniu, po zwyczajowej grace (modlitwa przed jedzeniem) rozmowa przeszła znane sobie etapy od pogody przez chwalenie potraw po dolegliwości. A potem gips. Zagadnęłam, kto pamięta świętodziękczynne wymienianie rzeczy, za jakie chciałoby się podziękować, to rozmowa się nie kleiła. Jedynie wuj wybąkał, że cieszy się, że znów zaczyna widzieć. I znów się popłakał, bo nie wie, czy przejdzie pozytywnie kontrolne badanie wzroku. Mąż Lizzy w samą porę odkorkował wino i polał pijącym-nieprowadzącym. W tym wujowi, co znów przyprawiło o łzy w oku zdrowym i zdrowiejącym. Wznieśliśmy toast. Za zdrowie oczu, przysmaków i kucharek. Gobble! Gobble! (Jak gulgoczą amerykańskie indyki. )




A po winie zaczęły się rozplątywać z poprawności politycznej języki. Zcięły się głosy nad galaretką z żurawiny i tartą z dyni i uznałam, że pora myć naczynia. Nadsłuchiwałam, jak w rodzinne święto, pierwszy raz od lat, łamie się zasady, poruszając tematy tabu i tworząc nowe podziały. Nikt się nie wszejczył. Pyskówek w amerykańskim klanie męża nigdy nie odnotowałam. To nie polska, szlachecka krew. Ale przekonałam się ponownie, że wywody podane na zimno są o wiele gorsze. Nie można później zwalić winy na rausz, co się wywinął spod kontroli. Chciałabym rzec, że może gdyby przyjaciółka Lizzy nie wdała się w opowieść o marnym rynku pracy w Pensylwanii - przecież koleżance ganc egal, nie jej krewni przy stole - to dyskusja nie potoczyłaby się w niebezpiecznym kierunku. Ale byłaby to nieprawda. To nie przyjaciółka Lizzy, a ciotka E. (imię zmienione) wyklęła swych powinowatych za głosowanie na innego kandydata niż ona sama.

W efekcie część gości wyszła wcześniej, bez swojej porcji resztek w menuboxach, stąd na zdjęciu pamiątkowym, pstrykanym późnym popołudniem, pozuje tylko jedna frakcja polityczna. Wuj też dotarł przed obiektyw, chociaż graśla się teraz, gdy niedowidzi. Jeśli się przyjrzeć, widać, że choć już nie płacze, to jest wystraszony. Nie zaliczy badania na wzrok, nie odnowią mu prawa jazdy.

Czyli świąteczny obiad się skwasił. W sumie do przewidzenia. Nie da się zalać robaka krzywd wyborczych u najbliższych tanim winem. Bo w tym cały jest ambaras, by rodzina chciała na raz zmienić tor i ton konwersacji. Mogła porozwodzić się nad dziewięćdziesiątą, nowojorską paradą z okazji Dnia Dziękczynienia, co w tym roku przemaszerowała ulicami przy zaostrzonych antyterrorystycznych środkach bezpieczeństwa. Albo przełączyć kanał telewizyjny na mecz futbolowy. Albo od biedy zdradzić, który odważny pojedzie na zakupy o świcie dnia następnego, w Black Friday, Czarny Piątek, po iPhone 7.

Ja jestem z tych, co nie lubią, gdy rodzina się od siebie odsuwa. Nie cieszy naprawiony odkurzacz. Nie irytują bałwanki z dykty w szuwarach - ostatni wymysł nadgorliwych dizajnerów na moim osiedlu, klapnie wizja projekcji Elfa z Willem Farrellem. Za miesiąc Boże Narodzenie i przykro mi, że ktoś po Stanach rozsianej rodzinie już okolicznościowych życzeń nie przyśle lub doń nie zadzwoni, bo krzywo głosowała. "Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia." WTH? What the heck? Kiego diabła?

WWJD? What Would Jesus Do? Sprzątałam i dokładnie tak myślałam. Co by zrobił, gdyby wiedział, że jego urodziny będą najlepszą okazją dla człowieka, żeby wypiąć się na własną familię? Uważam, że powinien przyjść i jasno się wypowiedzieć także w wielu innych sprawach. Np. broni palnej. Szóste przykazanie katolickiego dekalogu głosi nie zabijaj. Lecz ten, kto zna oryginał, wie, że stoi tam "nie morduj". Czy stolarz z Nazaretu kupiłby więc kieszonkowy Kel-Tec dla samoobrony? Jeśli tak, to podchodziłby pod republikanina. Jeśli nie, mógłby być demokratą. I co z aborcją? Przedłużenie ciała i woli matki - wedle demokratów, czy zabójstwo, przychylając się wizji republikańskiej. A co powiedziałby o prawach gejów? Czy byłby za, jak demokraci? Do tego globalne ocieplenie, w które nie wierzą republikanie...

Wyolbrzymiam, ale przez podobne rozróżnienia Amerykanie sami zagonili się w dwa obozy i nie potrafią zrozumieć czemu ktoś głosował, jak głosował. Jeśliś nie z nami, to przeciw nam. Leszcz z leszczyną, granat w kołysce. A tu nic bardziej mylnego! Moja koleżanka, mówiąca o sobie liberalna demokratka, walcząca feministka, wcale nie sprawia wrażenia osoby mającej nierówno pod sufitem. Dyskusji o prawach gejów nie trawi, bo sądzi, że tym się akurat nie należy i już. Głosowała na Clinton, cierpiąc, że ta jednak w końcu postanowiła ich wesprzeć. Przyjaciółka Lizzy przyznała przy świątecznym stole, że miała dosyć rządów Obamy i liczy na nowe miejsca pracy. Głosowała na Trumpa, rasistka po prostu. Nietypowa, bo rasiści ponoć zasilają formację republikańską, a przyjaciółka jest demokratką, ale zawsze. Mąż Lizzy dostał w Maryland rządową pracę. Dlaczego więc głosował na Donalda? Czyż to nie republikanie trąbią o zmniejszeniu biurokracji?

Wyzwiska nie pomagają niesprawiedliwych łatek ludziom odklejać. Z góry fundujemy jednym szambo, drugim szansę. Nie chcę tak. Marzy mi się, ściętej głowie, żeby zaprzestano klasyfikacji wyborców na podstawie własnych uprzedzeń i sloganów telewizyjnych. Przydałoby się trochę spokoju. I chciałabym, żeby wuj przewidział do końca na lewe oko i zasiadł za kierownicą, bo auta to całe jego życie.

I co to za obiad na Thanksgiving, kiedy zimą powiało. A młodzież niegłupia. Widzi, że biesiadujący słabo mają się ku sobie, wyciąga wniosek, że głosowanie to kuper w banię i wypisanie się z testamentu ciotki E.

O dziwo, najmniej krytycznym obywatelem całego spotkania okazał się mój młodszy dzieć. Nie wytrzymał. Odłożył widelec i na cały głos podsumował towarzystwo:
- Siedemdziesiąt dwa dodać trzy równa się siedemdziesiąt pięć!

I żesz kurde! 
Coś w tym musi być. 
Takie powinny być opinie.
Konkretne.
Odważne.
Racjonalne.
Przejrzyste.
Nie do podważenia. 

wtorek, 15 listopada 2016

Zrozumieć Amerykę. Ogórkowa sprawiedliwość.

Idaho, Montana, Północna Dakota, Południowa Dakota, Minnesota, Wisconsin, Iowa, Nebraska, Wyoming, Utah, Nevada, Kansas, Oklahoma, Nowy Meksyk, Missisipi, Alabama, Alaska... 
Niech się fajta towarzycho! 
I ta ich pszenica, jęczmień, ziemniaki, kukurydza, soja, gorzka żurawina, marchewka, pekany, zielone liściaste warzywa, czereśnie, syrop klonowy i fasole. I bawełna. I łososie.

Lecę po łebkach, z pamięci, i widać, że zastanawiam się, czy nie wrzucić czegoś na ząb, poza bawełną, naturalnie, ale jedno wiem na pewno. Dla powyższych stanów Kolegium Elektorskie, o jakie wciąż toczy się dyskusja, ma jednak sens.

Wystarczy spojrzeć na mapkę sprzed kilku lat. Kolor biały oznacza od 0 do 12 mieszkańców na milę kwadratową. Kolor czarno-granatowy - od 157 mieszkańców aż do 69 tysięcy mieszkańców na milę kwadratową.




             
         Mapa zapożyczona z http://www.inmate-locator.us/united/united-states-population-map-2013


W USA mieszka 300 milionów ludzi, lecz gęstość zaludnienia jest nierównomierna. Stąd pisałam dwa posty wstecz o tym, że większość stanów nie życzyłaby sobie, aby koalicja najbardziej zaludnionych obszarów (Kalifornia, Nowy Jork, Floryda, Teksas, Illinois, Pensylwania, Ohio, Georgia, New Jersey itp.), albo i po prostu wielkich miast, co cztery lata, raz za razem, przegłosowywała losy reszty kraju.

Logiczne, że najwięcej głosów w wyborach bezpośrednich zbierze się tam, gdzie najwięcej ludzi. Tak jest np. w Europie. Ale Europa dla tworzących prawo Stanów w XVIII wieku nie była wzorcem. Z premedytacją i przepisowo odcięto się od jej systemów władzy i wymyślono swój własny. Ten z elektoratem.

Ilość głosów elektorskich różni się w zależności od stanu, bo jest sumą dwóch grup. Zakładamy przy tym, że grupa może być dwuosobowa. Pomijając w takim razie wyjątki, pierwsza jest mała i stała - dwie osoby właśnie. Tyle, ile każdy stan posiada senatorów. Natomiast wielkość drugiej może się zmienić po spisie powszechnym. W tej grupie bowiem jest tyle osób, ile dany stan ma reprezentantów w Kongresie, a ich liczba jest proporcjonalna do populacji stanu. Nie można więc mówić, że to system niesprawiedliwy. Zachowuje proporcje. Kalifornia, najgęściej zaludniona, ma 55 głosów elektorskich: dwóch (odzwierciedlenie liczby senatorów) plus 53 (odpowiednik kalifornijskiego przedstawicielstwa w Izbie Reprezentantów). Idaho ma 2 plus 2, czyli 4. Nowy Jork razem ma 29, Kansas 3.

Zsumować wszystkie głosy elektorskie, wychodzi 538. Żeby kandydat wygrał wybory, musi zdobyć 270. Tak ma działać system pośredni.
Zsumować wszystkie głosy oddane na jednego kandydata w całym kraju i tak by wyglądał system bezpośredni? Teoretycznie, bo w praktyce tego typu stwierdzenie odstaje od rzeczywistości. A już na pewno we współczesnych wyborach w USA.

Gdyby kandydat A i kandydat B wiedzieli, że będą się ścigać w walce bezpośredniej, już na dzień dobry przyjęliby inne strategie. Inaczej wydawaliby pieniądze na własną reklamę. Inne wykrzykiwaliby hasła wybiórcze... tj. wyborcze. I w innych miejscach. Heck! prawie całkowicie olaliby konieczną objazdówkę przedwyborczą. Miejsca nadmienione w pierwszym akapicie... tak nam przykro, naprawdę, super sorry, ale Panie i Panowie, rzeczywiście screw you!  Rozpisując się cenzuralniej: nie robicie nam różnicy i możecie nam ewentualnie naskoczyć.

Kandydaci zakotwiczyliby swoje kampanie tam, gdzie gęsto od ciemnego koloru na mapie powyżej. Co więcej, skupiliby się tylko na tych czarno-granatowych punktach, skąd mieliby sygnały o małym poparciu. W tych strefach właśnie przekonywaliby do siebie never-Trumpów czy never-Hillarych. Trump, którego noga w czasie kampanii nie postała w zdecydowanie sprzyjającej demokratom Kalifornii, musiałby głównie tam agitować wyborców. (I czemu nie? Zjedliby go tam zrazu żywcem i byłoby po ptokach.) A wyobrażacie sobie Clinton w Teksasie? (Może dobrze, że pojawiła się tam tylko online i w reklamach telewizyjno-radiowych. Byłaby cały czas na muszce. Jeden fałszywy ruch...)

Inaczej też wyglądałoby objeżdżanie stanów niezdecydowanych, kogo poprzeć.

A wyborcy? Jak oni by się zachowali, wiedząc, że głosują na prezydenta w wyborach bezpośrednich?

Poza tym media oddały Clinton zwycięstwo na dłuuuuugo przed wyborami. Newsweek wydrukował i - wysłał! - do swych dystrybutorów przepiękny numer specjalny z Hillary Clinton na okładce. Clinton uśmiecha się z niej jako zwyciężczyni jeszcze przed 8-mym listopada. Które sondaże, jakie kanały informacyjne mówiły o Trumpie jako potencjalnym wygranym? Pewnie był ktoś z Fox News, musiał być gdzieś jakiś Lone Ranger, nawet by wypadało, ale został udatnie stratowany przez masowy pęd mejnstrimu.

Skoro rezultaty były znane oraz pewne przed oficjalnym dniem wyborów, czy zdziwiłaby uwaga, że część obywateli machnęła na nie ręką? Machalscy to minimum dwie rodziny: niewierzący, że ich kandydat ma jeszcze jakieś szanse i ufający, że mają korzystny wynik w kieszeni. Chociażby ze względu na te grupy unikałabym argumentu, że ludzie jasno się wypowiedzieli, skoro część, systematycznie wprowadzana w błąd, odpowiedziała milczeniem.

Nie można mówić o wynikach wyborów z pominięciem przepisów w jakich miały miejsce. Twierdzenie, że lud chciał kandydata A czy B na prezydenta, bo tak wynika z podliczonych wszystkich głosów bezpośrednich w kraju, to jak podać ogórkową z ziemniakami bez przecieru, czyli zatrzymać się przed jedną z ostatnich instrukcji w recepturze. Nie jest to pełna ocena sytuacji. Fakt, w garze pływa włoszczyzna, skrojone ziemniaki, woda, sól. I co z tego? Wystarczy, że pominiemy końcowy składnik - ogórki naciągnięte kiszonką - i jakżesz nagle inny wynik. Zamiast ogórkowej - kartoflanka. Czy w smak czy nie w smak, inna rzecz.

Przepis na te wybory był następujący: w pierwszym etapie przeprowadza się 51 osobnych głosowań (50 stanów oraz dystrykt federalny - Waszyngton D. C.), potem podlicza się, co w tym rodzaju wyborów wiążące - głosy elektorskie. W grudniu nastąpi ostatni etap, formalność. Elektorzy pojadą do swoich stolic stanowych i stamtąd, bez fanfar, prześlą wyniki do Waszyngtonu D. C.

Póki co, sprawdzam wiadomości na lewo i prawo. Czytam, że całkowita przewaga głosów "bezpośrednich" Hillary Clinton, tzw. popular vote, to obecnie około 750 tysięcy (na 130 milionów głosujących) i pochodzi w przytłaczającej ilości z Kalifornii i Nowego Jorku, dwóch ostoi demokratów. Bez większych niespodzianek Clinton zdobyła je fair and square w punktacji elektoralnej. Oczywiście, gdyby się okazało, że głosy pochodziły ze stanów głosujących na Trumpa (czy też po prostu na republikanów), np. z Idaho, Montany, Północnej Dakoty, Południowej Dakoty, Minnesoty, Wisconsin... - oszczędzę wymieniania od początku - to wtedy mamy o wiele szersze pole do dyskusji.

Fajnie, gdyby dojrzałej. Bez rozbijania szyb, opuszczania zajęć, dogoterapii wśród zrozpaczonej młodzieży akademickiej... (Mała sugestia - zostawmy czworonogi chorym w szpitalach i hospicjach.) Może dyskusja zrodziłaby pomysł na referendum? Kto wie?

Niedoszła Madam President powtarzała, że every vote counts. Zgadzam się. Liczy się każdy głos. Ale nie ten z ulicy, tylko zaznaczony na kartce do głosowania. I ustalmy, że nie bezpośredniego, bo takiego w Stanach nie przeprowadzano ani razu odkąd ten kraj powstał. 

niedziela, 13 listopada 2016

Zrozumieć Amerykę. I nierozbity szklany sufit.

Że Trump startował z ramienia partii republikańskiej, w żadnym wypadku nie oznacza, iż jest jej oddanym członkiem. Był nim oficjalnie w latach 90. Potem na dwa lata przeszedł do Reform Party (b. małe ugrupowanie), od 2001 do 2008 był demokratą, po czym w 2009 znów odnalazł drogę do republikanów. Człowiek nie krowa, poglądy przemiele, przetrawi. Nie czepiam się. Ale chociaż Prezydent Elekt nie jest hardcorowym republikaninem, na pewno jest rasowym szowinistą.

Z beznadziejnych komentarzy o kobietach przytoczę jeden, z 2005 roku, kiedy Trump chwalił się, jak się za nie zabierać. Otóż należy być gwiazdą i po prostu całować bez przyzwolenia lub sięgać łapą kobiecie w krocze. Potwierdziło to zachowanie kilka pań.

Ordynarne i prostackie, to say the least. Ktoś zaprzeczy?

Mimo tego tylko część kobiet poparła Hillary Clinton. Dlaczego?
Bo tego rodzaju szowinizm to dziś w Stanach seksizm w wersji light. Z przykrością stwierdzam, że nie każdą głosującą równo szokuje.

Znieczulenia dostarczył m.in. Bill Clinton. Nie słyszałam o przypadkowych nagraniach, na których chwaliłby się, jak ujarzmić laskę. Celowo zaś wystąpił przed kamerami i zapewniał naród, że absolutnie nie miał stosunków seksualnych z Monicą Lewinsky, żeby potem nas i trybunał przepraszać za kłamstwo pod przysięgą. (Dla przypomnienia - prezydent wyjawił, że uprawiał w pracy z młodą stażystką seks oralny.)

Żeby nie było, że nie znam się na życiu - nigdzie nie jest powiedziane, że nie będzie trudności w małżeństwie. Lewinsky może odeszłaby w zapomnienie. Okazało się jednak, że kryzysów było więcej i to jeszcze kiedy Bill Clinton był gubernatorem stanu Arkansas. Prezydent przyznał oficjalnie, że miał romans również z niejaką panią Gennifer Flowers. Znajomość miała trwać 12 lat. To samo twierdziły także cztery inne kobiety - że miały krótsze lub dłuższe romanse z Billem Clintonem.

To jeszcze raz, żeby nie było, że nie znam się na życiu - nie tylko Włosi są kochliwi. Tylko, że nie chce się już kiwać głową ze zrozumieniem, kiedy sobie przypomnieć, że w sprawie bliskich kontaktów z Clintonem zgłosiły się przynajmniej trzy dodatkowe kobiety. Te zaś donosiły o atencjach, na jakie nie miały ochoty. Jedna mówiła o całowaniu bez przyzwolenia, druga o zdjęciu przed nią spodni i werbalnej zachęty do seksu, a ostatnia o gwałcie.

Czy tu pasuje ordynarne i prostackie? Przynajmniej w tym ostatnim to understatement. Bynajmniej.  

Poza Flowers (nie pamiętam, jakiego miała haka, że prezydent potwierdził tę znajomość) i poza Lewinsky, pozostałe sprawy skutecznie zamieciono pod dywan i Clinton nie stracił ostatecznie prezydentury. Reszta pań nie była tak sentymentalna jak Monica i np. nie zachowały sukienek ze spermą prezydenta. Nie przechowywały w pamiątkach jego DNA, żeby prokurator mógł później użyć odzieży jako dowodu, że mówią prawdę.

Hillary Clinton to nie Bill Clinton. Nie ona była gwiazdą z charyzmą i wpływami. Nie ona potraktowała te panie przedmiotowo. Ona potraktowała je inaczej. Pokazała, że kobieta kobiecie potrafi być wilkiem. Oskarżające prezydenta o molestowanie pogoniła w cztery wiatry sama ona, czym strzeliła sobie w kolano. W czasie swej drugiej kampanii wyborczej powiedziała, że skargi kobiet o napastowanie seksualne i gwałt powinny być traktowane poważnie.

Do wyborów poszły nie tylko millenials. Poszły też dobrze starsze wiekiem kobiety, które pamiętają afery sprzed nastu lat. Dla tych wyborczyń jedynym wytłumaczeniem trwania przy mężu, który kilkakrotnie zdradził żonę dla sportu, krzywdząc inne kobiety jest proste: kariera polityczna. Tym bardziej, że Hillary mówiła o sobie: "I don't have the political skills of my husband". Jeśli ona nie wierzyła, że potrafi zdziałać w polityce tyle, co mąż i potrzebowała faceta, żeby się wybić, to nie mogła liczyć na to, że zdobędzie głosy przytłaczającej większości kobiet.

Jak się okazało, niektóre wolały głosować policy over personality. I o tym powinna być dyskusja. O to, jaki rodzaj polityki kto widzi dla kraju lepszy, bo jakość ostatecznych kandydatów, wystawionych przez partie dominujące do najwyższego stanowiska, pozostawiała zbyt wiele do życzenia. Natomiast opowiedzenie się za kobietą przede wszystkim dlatego, że jest osobnikiem tej samej płci... czy czasami nie byłby to inny rodzaj seksizmu?

Amerykańskie wyborczynie od dawna czekają na silną kobietę w roli głowy państwa. Najchętniej widziałyby kandydatkę, z którą nie trzeba identyfikować się na siłę. Nieuciszającą po drodze pokrzywdzonych przez jej męża, dopraszających się wysłuchania.

Co mam więc powiedzieć nastoletniej córce o roli kobiet w Stanach?

Że mimo wszystko mają jeszcze coś do powiedzenia.
Jak wyniki wyborów pokazały, dziś przynajmniej pomówienia o gwałt faktycznie traktuje się serio. To nie lata 90. 
I że, owszem, była ostatnio jedna łebska babka na radarze, ale przegrała walkę o Biały Dom.
Przegrała, bo inna okazała się łebściejsza.

Traf chciał, że tą kobietą jest osoba, jakiej w sierpniu powierzono poprowadzenie kampanii wyborczej. Tyle że Trumpa.

Pora na lekcję pokory. 


piątek, 11 listopada 2016

Zrozumieć Amerykę. Albo chociaż jej proces wyborczy.

Ale najpierw o przeprowadzce w USA. Dla przykładu z Cincinnati do Miami. Uważam, że ma swoje plusy. Oczywiste to te, że zimą pod spodniami salcefixów nosić nie trzeba i że nie płacisz podatku stanowego. (Dla jeszcze niewtajemniczonych: od nabijania stanowej kabzy na Florydzie są turyści, więc dlatego nie lubimy huraganów, bo odstraszają nam ważnych płatników podatków.) Lecz przeprowadzka to również trauma, głównie dla portfela, więc po tanie duperele do mieszkania zahaczysz o Walmart, królową supermarketów. Naprawdę nie ma co po innych sklepach latać. Nieoficjalne przysłowie os mówi, że jeśli czegoś nie ma w Walmarcie, to znaczy, że tego nie potrzebujesz.

W molochu jest i żarło, ale większość Amerykanów woli jedzenie z sieciówek desygnowanych głównie do celów sprzedaży produktów spożywczych. Na Florydzie nie ma tej samej sieci spożywczaków, co w Ohio. Kroger, nomen omen rodem z Cincinnati, nie sięga tak daleko na południe. W tej części kraju rządzi sieć Publixa. A to dla nowo przybyłego oznacza, że musi się pożegnać z szybkim wejść i wyjść. Trzeba cierpliwie i długo tworzyć nowe przyzwyczajenia, ucząc się nie tylko, gdzie co leży w nowym sklepie. Należy się także rozeznać jakiego sortu to asortyment. Bo ile można przepłacać za ogólnokrajowe, rozpoznawalne marki?

To, w którym stanie mieszkam, wiele przesądza, więc dobrze wiedzieć, ruszając z Cincinnati do rzeczonego Miami, czy będzie się płacić stanowy podatek VAT (General Sales Tax) i jakiej wysokości? (Jest o połóweczkę procenta niższy niż w Ohio: 6.65%.)
Żeby zrozumieć lokalne media, lepiej się dokształcić przed zmianą zamieszkania. Nie, że planuję zaraz łamać prawo, ale np. nie szkodzi wiedzieć, ile procent wyroku trzeba odsiedzieć na Florydzie, zanim ewentualnie wypuszczą. (Odpowiedź brzmi tyle samo, co w Ohio, 85%.)
Do którego tygodnia wolno na Florydzie usunąć ciążę? Do 24-go tygodnia. Czyli jest inaczej niż w Ohio, nie do płynnego momentu, gdy płód stanie się zdolnym do samodzielnego życia.
A propos dzisiejszego Dnia Weterana, pytanie w temacie, czy żołnierz czynnej służby wojskowej tudzież rezerwista może liczyć na ulgi ustawowe?
Może! W stu procentach! (W Ohio do 50%)
A czy wolno tutaj słać SMS-y zza kierownicy?
Nie. Panuje tu taki sam zakaz jak w Ohio.
A ile na Florydzie elektorów?
O tym za chwilę.

Ustalmy, że stan stanowi nierówny. Sąsiedni może mieć inne priorytety niż mój. Nie wypada, mieszkając w Południowej Karolinie, twierdzić, że wiem na pewno, co martwi Johna Doe w Wisconsin, a co rajcuje Jane Roe w Arizonie.

Ale zanim zaczęłam poznawać tej kraj, faktycznie myślałam o nim jak o jednolitej plamie na mapie. Poza urokami turystycznymi, między jednym miejscem a drugim widziałam tyle samo różnicy, co Amerykanin między "ć" i "ci". Czyli żadnej.

Dopiero przeprowadzki ze stanu do stanu skorygowały moje myślenie. Dziś wiem, że każdy z nich jest w praktyce samowładny i nie przez przypadek. Z tym zamysłem powstało państwo związkowe o nazwie Stany Zjednoczone a nie, "Ameryka", kraj o nazwie niewskazującej na odrębność i podział terytorialny. Naciągając analogię, bliższe mi dziś USA jako "Unia Europejska", gdzie większość mówi tym samym językiem.

Każde terytorium, poza prawem federalnym, ma własne regulacje, powielane w innych stanach, gdy sprawdzone. I owszem, niestety, ta różnorodność potrafi być niezrozumiała i upierdliwa. Wracając bowiem do przykładu przeprowadzki, aby prawnik czy nauczyciel wykształcony w Ohio mógł pracować w na Florydzie, musi zdobyć licencję lub certyfikat tutejszego stanu. Dopóki tego nie zrobi, jest wśród palm zawodowym emigrantem.

Stany z założenia miały być unią osobnych terytoriów, nie monolitem. Dlatego tak silne tu przekonanie, że "mój jest ten kawałek podłogi" i o wolności wszelkiego pokroju mówi się, kłóci i śpiewa. Ponieważ w ostatnich miesiącach dużo było gadaniny i wrzasków, omówię śpiew, bo to moje hobby. Można? Popularne piosenki patriotyczne liczy się tu w dziesiątkach i utwory te rozbrzmiewają i poza Stanami. Wade in the Water poznałam jeszcze jako członek chóru akademickiego w Polsce. Dziś w amerykańskich podstawówkach śpiewano The Lights of Freedom z okazji Dnia Weterana zaproszonym na fetę gościom. I nie wymienię powodów, dla których wzruszam się przy Born in the USA i Change Is Gonna Come. I Freedom! '90. Ostatnie to dzieło George'a Michaela. Wiem. Na inny temat. Ale zostawiam. Ma wolnościowy tytuł, a dziś przecież 11 listopada. Nie zapomniałam.

Aby każdy stan mógł zachować autonomię, ojcowie założyciele kraju postanowili, że wybory na prezydenta będą miały charakter pośredni. Ten system utrzymał się do dziś, bo i dziś większości nie uśmiecha się sytuacja, gdzie o prezydencie 50 stanów miałyby decydować w głosowaniu bezpośrednim najbardziej zaludnione: Kalifornia z prawie trzydziestoma dziewięcioma milionami, Teksas, Nowy Jork, Floryda, Pensylwania, Illinois itp.
Każdy stan głosuje osobno, aby miał możliwość obrony własnych interesów. Bo problemy bogatej Kalifornii są zupełnie inne niż wiele gorzej sytuowanej Alabamy.

System pośredni to taki, że na kandydata, jaki w danym stanie wyprzedzi pozostałych w listopadowym głosowaniu powszechnym (popular vote), czeka automatyczna nagroda. Są to wszystkie głosy elektorskie przypisane temu stanowi (electoral vote). Elektorzy, na Florydzie jest ich 29, to lokalni działacze społeczno-polityczni. Dziś powoływani przez partie polityczne na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi. Partia, jaka swoich elektorów wystawia, liczy na to, że nie dadzą plamy. Że będą głosować w grudniu na tego kandydata, który w ich stanie wygra w listopadzie. A jeśli nie? Do tej pory taka wpadka zdarzyła się pięć razy. Ale nigdy do tego stopnia, żeby brak subordynacji miał realny wpływ na efekt końcowy.

Jeśli przyjąć, że każdy stan do pewnego stopnia jest państwem w państwie, dopiero wtedy zaczyna się rozumieć ten system wyborczy. I dlaczego, wrzucając dane z popular vote do jednego worka, gdy dodane razem, mogą nieznacznie odstawać od głosów Kolegium Elektorów.

Hillary Clinton ma te zasady w małym palcu, bo zajmuje się polityką od lat 70. I czego by o niej nie powiedzieć, a nie ma co ukrywać, trochę by się znalazło, to nie można jej zarzucić, że nie rozumie, jak działa amerykański system wyborczy. Właśnie dlatego spokojnie zeszła z placu broni i nie maszeruje z protestującymi po ulicach. Chodzą natomiast słuchy, że jej córka, Chelsea Clinton być może wystartuje do Kongresu.

Póki co, skupmy się jednak na teraźniejszości i niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię. Mój siedmiolatek, Kozak, spokojnie bawi się obok klockami lego.
- Co budujesz - pytam z grzeczności.
- Trump's wall...
- Co???
Kozak podnosi głowę. Zaglądam za pomeckane szkła okularów. Nie wiem, czy wie, co mówi.
- Kto ci opowiadał o murze Trumpa? Co ci przyszło do głowy?
- To taka zabawa - odpowiada syn. - Bawiliśmy się w nią na dużej przerwie.
- Zabawa??
- Udawaliśmy, że mamy mur. Dotąd. - Ramię uniosło się na trzy stopy nad podłogą. - I byliśmy Meksykanami. Śpiewaliśmy sobie The Lights of Freedom i go sobie przeskakiwaliśmy. Wiesz, jak było fajnie? It was... Było... - Szuka przymiotnika. - Legendary!

sobota, 22 października 2016

Lekcja Pięćdziesiąta Trzecia: Poprawka na dolegliwość polityczną

Natchnął ją obrazek z książki do ortografii.
- Hełm? - pyta Koza wątpiąco, wskazując na czubek litery „h”.
- A nie?
- Narysowany jest kask.
Poszłam po okulary. Sprawdzam. Faktycznie - kask.


                źródło: Ortografia. Komiksy, ćwiczenia, zadania. Ewa Owsińska-Miedzińska.


- Podmienili w zapisie na hełm - tłumaczę - żeby użyć więcej wyrazów z samo ha. Nie ma w polskim dużo potocznych słów na tę literę. Wybrali chyba wszystkie pasujące do historyjki dla dzieci: hałas, hamulec, huśtawka...
- Mogli dodać hamburger - przerywa mi Koza.
- Czy ja wiem...
- Albo hot dog. Sama słyszałam te wyrazy w Polsce.
- Fast foody raczej za dobrze się nie kojarzą.
- Hip Hop!
Krzywię się jeszcze bardziej.
- Hashtag!
- Hulajnoga i hashtag? No, mogło by być całkiem ciekawie.
- Hillary? Happy end? Heroina?
A właśnie, że nie. Floryda będzie głosować nad legalizacją medycznej marihuany. Oczywiście chcę. Jest ponoć świetna na depresję. A ta ma wiele twarzy, skaczących sobie do oczu, poczynając od szacownych państwa poniżej.


                                                            zdjęcie stąd

wtorek, 18 października 2016

Poradnik domowy na nadchodzące wybory prezydenckie

Putin woli Trumpa, Włosi Clinton. Papież Franciszek zaleca amerykańskim katolikom modlitwę i rozeznanie zanim pójdą do urn. Pardon, zanim pójdą głosować. Bieżę wyjaśnić tym, co lubią szczegóły, że urn w Stanach się nie używa, korzysta się z maszyn liczących głosy. Przynajmniej w moim hrabstwie najprawdopodobniej i tym razem skaner wciągnie wypełnione karty.

Ale do rzeczy. Każdy wie, co dla mnie najlepsze, Amerykanin czy nie. Natomiast ja, jak pisałam wczoraj, chcę mieć na uwadze dobro mojej rodziny, a nie cudze upodobania. Przeprowadziłam zatem domowy sondaż pojedynczym pytaniem: na kogo byś zagłosował/zagłosowała w nadchodzących wyborach?

Przerwałam Lubemu Mężowi służbową telekonferencję. Drgnął i spojrzał na mnie, że powiało lodem.
- Jeśli zamierzasz oglądać jutrzejszą debatę prezydencką, to wracam z pracy okrężną drogą!

Przerwałam Kozie popołudniową drzemkę i córka słodko odrzekła, że oddałaby głos na tego pana od zwierząt, któremu nie udało się dotąd zrobić kariery w polityce.
- Weterynarz? - Zawstydziłam się przy okazji, bo nie skumałam, o kogo chodzi.
- Nie, mówię o gościu z poprzednich wyborów.
Aha! Czyli musiałabym go osobiście wpisać na listę.
- Ale który to był?
- Ten, co obiecywał, że jako prezydent sprezentuje każdemu kucyka.
Gdyby kto pytał, do tej pory nie kupiłam Kozie ani żółwia, ani dudka. Ani wymarzonego, miniaturowego prosiaczka.
- Co prawda wolałabym jednorożca, ale kucyk też może być. - Koza zakryła głowę kocem i dyskretnie wskazała palcem drzwi.

Zapytałam o zdanie Kozaka. Mówię mu, że nie wiem, na kogo głosować i on jeden potraktował mnie poważnie. Nie przestraszył za ojcem, nie zbył obrazem Vermina Supreme'a.
- Mamo, nie martw się - odparł mój syn. - Zrób to, co ja na sprawdzianie z matmy. Uczciwie wybierz odpowiedź jak leci. To najlepszy sposób.

O tym sprawdzianie rozmawiałam dziś z wychowawczynią na indywidualnej wywiadówce o siódmej pięćdziesiąt, kiedy jeszcze ranne ptaszki świergoliły. Lepiej do tego nie wracajmy.

Moja puenta jest następująca: nadal, jako ten co czwarty, młody, ankietowany Amerykanin pytany o zdanie, nie widzę w Białym Domu ani Trumpa, ani Clinton. Wolałabym za opiniami badanych z Reutera, żeby prędzej pierdyknął w Ziemię gigantyczny meteor.