sobota, 23 listopada 2013

O Bożym Narodzeniu... w listopadzie?

Ano, na Dalekim Zachodzie, to norma.

Amerykański Christmas Season i polski okres Świąt Bożego Narodzenia nie przebiegają równolegle, raczej zazębiają się w czasie i Floryda tego najlepszym przykładem. Okres świąteczny zaczyna się tutaj z ostatnim piątkiem listopada a kończy sylwestrowymi fajerwerkami (jeśli pominąć praktyki tych florydzkich latynosów, którzy obdarowują się prezentami w Święto Trzech Króli).

W USA nie ma religii dominującej, przez co katolicki kalendarz liturgiczny z nadchodzącą pierwszą niedzielą adwentu mało kogo tu obowiązuje. Poza tym katolików na Florydzie jest dobrze poniżej średniej krajowej, około 25%, ale i dla nich czas przygotowania do świąt nie polega na uczestnictwie w Roratach. Nie ma tu tej tradycji. Są inne. Jednej z nich, rzekłby złośliwy, wychodząc poza ramy wyznaniowe, na imię komercja.

Trudno takim uwagom odmówić racji. Sama w tym tonie odruchowo sklepy sonduję: który pierwszy zacznie gadżety świąteczne ustawiać?

W tym roku dekoracje ogrodowe - nadmuchiwane bałwany, pingwiny, Mikołaje i inne kształty z ortalionu - wystawiono do sprzedaży wczesnym wrześniem. Palcem sklepu nie wskażę. Ale pogrożę mu z tego bloga. On i tak wie, kto on jeden.

Prawda jest bolesna: tak jak w Europie, oznaki świąt pojawiają się coraz szybciej. Szkoda, bo te prawie 20 lat temu odkrywany przeze mnie wrzesień na wschodnim wybrzeżu Stanów był w sklepach zwykłym miesiącem jesiennym. Teraz ten sam miesiąc oglądany z perspektywy wybranych obiektów handlowych ma jesień w poważaniu, a na Florydzie rezonans między panującą pogodą a tym, co sprzedawca chce mi wbić w podświadomość jest spory. Upalnym wrześniem kłębi się ciągle od rekwizytów plażowych, a dźwignia handlu owiana klimą głosi, że pora pomyśleć o o grudniowych świętach.

Amerykanin, a już tym bardziej polskiego pochodzenia, nie lubi, żeby przepychać mu Christmas przed Thanksgiving. (Thanksgiving, Święto Dziękczynienia, jest obchodzone w ostatni czwartek listopada.)

Wróćmy do meritum. Święta na Florydzie. Jakie są?

Florydzka grudniowa aura to zieleń z dodatkami bordowych liści. Nadal kwitną kwiaty. Oprócz tropikalnych np. świetnie sobie radzą popularne w Polsce bratki. Dojrzewają cytrusy. Nadal świeci ostre słońce, ale i bez niego sporadyczne drzewa bez liści nie wyglądają posępnie. 

Naturalnie rosnące choinki na Florydzie to trzydziestometrowe sosny o fontannach igieł długości ołówka, więc z toporkiem w mokradła po choinkę nie ma co wchodzić. Nie rośnie nigdzie przyzwoite drzewko do nielegalnego wyrębu.




Właściwe drzewka przywieziono właśnie z północnej części kraju, wyładowano pod długimi namiotami i w można już przebierać w spryskanych chemią, wypasionych, ciętych jodłach lub sosnach krótkoiglastych. Pryskane są, żeby nie zżółkły do 25-go grudnia, bo trzyma się je w stojakach bez ziemi i wody. (I ważna notka chociaż w nawiasie: ubieranie choinki bożonarodzeniowej odbywa się już nawet w ostatni piątek bieżącego miesiąca, dzień po Thanksgiving - Święcie Dziękczynienia.)

Dla mnie święta muszą pachnąć lasem, ale zapach ciętych drzewek spryskanych kolorantami jest duszący i wywołuje zamiast reakcji sentymentalnych alergiczne.
Alternatywą jest sztuczne drzewko lub rzeczywiście żywe, w doniczce. Można tak kupić w ogrodniczym mały, jasnozielony cedr lub półmetrowy stożek wycięty z krzaczka rozmarynu, albo dwa razy większą, delikatną araukarię, jak ta na zdjęciu (fotka pochodzi STĄD).






Na Florydzie zawiesza się na gałązkach także to, co kojarzy się z wodą morską.












Bing Crosby z utworem White Christmas („Białe Boże Narodzenie”) brzmi tu trochę śmiesznie, ponieważ śnieg na Florydzie nie pada. Jeśli w ogóle w grudniu nocą przyszroni, to na północy stanu. Środkowa część półwyspu może liczyć na minus jeden do minus kilku stopni nad ranem od stycznia do marca, ale takich przymrozków nie ma już w południowej części Florydy. W okolicy świąt w sercu stanu jest ok. 22 stopni Celsiusza (w nocy 10). Na basen za zimno, niemniej kto ma ochotę popływać w odpowiednim kombinezonie przy rafach koralowych, to Key West zaprasza!

Śnieg tu nie pada, lecz to nie oznacza wcale, że nic nie da się z tym fantem zrobić. Sztuczny śnieg poleci czasami na głowy turystów w jakimś parku rozrywki w Disney Worldzie albo któreś obrotne osiedle w większym mieście załatwi sobie ciężarówkę ze śniegiem. Wywrotka zrzuca go na ziemię na ogrodzony płotem plac, wpuszcza się za barierki dzieci i w imię Ojca i Syna... Zanim stratowany śnieg stopnieje na zielonym trawniku, lepi się szybko kulki i bałwanki, a przede wszystkim pstryka zdjęcia na tle coraz brudniejszego i mniejszego pagórka.

Z innych uciech zimowych na Florydzie, skorośmy przy temacie, to pojawiają się pod namiotami sztuczne lodowiska wypożyczające chętnym łyżwy. Sprawdziłam, że o ile nie jest się wytrawnym łyżwiarzem, lepiej się tam nie pchać. O wiele bardziej boli upadek na lód w krótkich spodenkach i podkoszulku niż w grubej, zimowej kurtce i porządnych, ciepłych gaciach. 

A obok lodowisk, które czasem posiadają też zjazdy na płaskich sankach (toboggans), hałasują wesołe miasteczka.






Czy ktoś z Was miał okazję zauważyć, że amerykańskie kartki świąteczne to nie pocztówki?
To kartki dwustronne, często z wydrukowanymi w środku życzeniami. W Stanach panuje zwyczaj dołączania do kartek wspólnego rodzinnego zdjęcia na tle choinki (jak wspomniałam, ubranej w wielu domach już pod koniec listopada). Do kartki i do zdjęcia dodaje się list (kiedyś pisany ręcznie), podsumowujący osiągnięcia każdego członka rodziny w mijającym roku. Amerykanie uwielbiają opowiadać o swoich sukcesach, choćby najmniejszych, a często nie ma jak spotykać się regularnie z krewnymi ze względu na dalekie odległości. List-sprawozdanie z bieżącym zdjęciem nie jest już tak samo popularny jak przed erą Internetu, ale naprawdę miło go jeszcze czasem otrzymać. Albo wysłać ;-)

W centralnej Florydzie, na wschód od Orlando, leży wioseczka o nazwie ChristmasTak jest! Boże Narodzenie. Czytałam w lokalnej prasie, że poczta w Christmas otrzymuje paczki z listami świątecznymi nawet od mieszkańców innych stanów. Pracownicy poczty otwierają paczki, wysypują sterty listów, koperty elegancko stemplują i oto babcia w Kentucky dostaje życzenia świąteczne od córki z Georgii z oficjalną - podkreślam - pieczątką z... ach! z samego Bożego Narodzenia! (Nie wiem, na czym ten radosny fenomen polega, bo ja raczej byłabym pod wrażeniem, gdyby mi rodzina przysłała kartkę świąteczną opieczątkowaną w Betlejem, ale ja to jestem ja.)

Wypadałoby przy okazji wspomnieć o Santa Claus [wym. kloz]. 
Jak z wielu hollywódzkich „dzieł” wiadomo, zaparkowawszy na dachu swe mustangi, amerykański Mikołaj zsiada z sań i dostaje się do wewnątrz budynku przez komin wiodący wprost do salonowego kominka. 

Ponieważ przytłaczająca większość domów na Florydzie kominów i kominków nie posiada, bo nie ma potrzeby tego rodzaju dogrzewania domu, zastanawiałam się kiedyś, jakim cudem ten Gwiazdor przedostaje się do środka. Poszłam z wątpliwościami do Kozy, mojej córki, która za ojcem ma lapidarną odpowiedź na wszystko. Według niej Święty Mikołaj na Florydzie korzysta z wyjątkowej mocy teleportacji. I tej wersji trzymam się od kilku lat i sama ją polecam.

Saint Nick przychodzi w nocy z 24-go na 25-go i dlatego amerykańskim rodzicom pierwszy dzień świąt kojarzy się z niewyspaniem, bo uradowane dzieciaki zbudzą ich i o 5-tej rano, żeby otworzyć prezenty.

Po prezentach zasadniczo idzie się na śniadanie, potem - nadal półśniętym - na nabożeństwo do kościoła (chyba że poszło się na nabożeństwo o północy) i wraca do domu na świąteczny obiad, o ile nie zostało się gdzieś zaproszonym. Zabiera się wtedy z reguły przygotowaną przez siebie wcześniej ustaloną potrawę.

Jadło w Boże Narodzenie jest prawie tak obfite jak w nadchodzące Święto Dziękczynienia. Od rodziny zależy czy piecze się czy kupuje szynkę czy indyka, ale generalnie większość do mięsa przygotuje to samo: ziemniaki puree i jakieś zielone gotowane warzywo. Np. zapiekaną z cebulą i bułką tartą fasolkę szparagową w kawałkach. Takie danie zalewa się jeszcze gęstym sosem mięsnym. A na deser serwuje się np. podgrzany w mikrofalówce kawałek tarty owocowej, podany z gałką lodów waniliowych. Po posiłku najczęściej grają z telewizora kultowe filmy, które Amerykanie znają na pamięć: A Christmas CarolIt's a Wonderful LifeMiracle on 34th Street i cała masa innych, zawierających w tytułach słowa ChristmasholidaySanta itp.

Poza zakupami i sportem, Amerykanie najbardziej kochają parady i na Florydzie największe parady bożonarodzeniowe przemieszczają się ulicami parków Walta Disneya. Dzieci mają z imprez przeżywkę. A dorośli - ze swoich dzieci.








































Boże Narodzenie na Florydzie to również gra świateł z wielkim rozmachem. Mało kto nie zdobi domu i od środka i od zewnątrz. Nie ukrywam, że naszym rodzinnym, grudniowym hobby są wieczorne objazdy okolicy, żeby popatrzeć na domy w światełkach. A rozwiesza się sznury lampek na gzymsach, na ramach okiennych, zarzuca na krzewy, oplata drzewa oraz wywiesza się bożonarodzeniowe wieńce na drzwiach. Prąd na Florydzie jest tańszy niż w Polsce (gdyby ktoś pytał). Ale i tak indywidualne wysiłki wypadają skromnie przy świetlnych ekscesach w parku rozrywki Hollywood Studios.






Jak wspomniałam na początku, adwentu w Stanach w polskim rozumieniu nie ma (karnawału też nie, jak pisałam TUTAJ), lecz krytykowany zewsząd zachodni komercjalizm wyrównuje inne zjawisko, w Polsce niezbyt znane. Mam na myśli powszechny wolontariat.

Bo gdybym miała w kilku słowach zdefiniować obchodzenie Bożego Narodzenia po amerykańsku, powiedziałabym, że to celebrate Christmas znaczy tyle samo co to share, czyli „podzielić się.

Od jesieni aż po Gwiazdkę Amerykanie organizują szczególne zbiórki pieniędzy i żywności na cele charytatywne
Przeprowadza się aukcje i akcje o charakterze świątecznym. Odbywają się przedstawienia, koncerty dobroczynne i kto chce dzieli się tym, co może - przynajmniej własnym czasem.

Głośniej mówią o sobie fundacje i stowarzyszenia „na rzecz” i tak jak w sklepowych dekoracjach gwiazdkowych trzeba w dziesiątkach propozycji poprzebierać, zanim się zdecyduje, kogo wesprzeć. Bo wszystkich się nie da. Jedni wybiorą kwestującego pod WalMartem (powiedzmy, że przed polskim Carrefourem) przedstawiciela Armii Zbawienia w przebraniu Świętego Mikołaja, drudzy wypiszą czek dla kogoś z innego krańca świata. Jak tam kogo dźgnie wyrzut sumienia czy autentyczna chęć pomocy.

Podobnie jak w Polsce, kościoły przygotowują świąteczne posiłki i paczki z prezentami dla najuboższych, ale nie wiem, czy w Polsce różne odłamy chrześcijan (wiele ich przecież nie ma) łączą wówczas siły tak jak tutaj, organizując punkty wydawania żywności i kuchnie dla potrzebujących. Niektóre z nich działają cały rok.

Nie ukrywam, że zaskakuje mnie, kiedy nawet przy dzieleniu się z innymi objawia się amerykańska przedsiębiorczość. W zeszłym roku najgłośniej obiły mi się o uszy akcje pomocy dla szukających pracy, bo zbierano (obowiązkowo w dobrym stanie) marynarki i spodnie dla panów, garsonki dla pań i obuwie, czyli garderobę niezbędną dla wybierających się na rozmowę o pracę. Zorganizowano też dla zainteresowanych darmowy kurs rozmowy kwalifikacyjnej.

Rok wcześniej jeden z bezrobotnych parafian najbliżego kościoła ogłosił, że zbiera resztki wełny, bo chce wydziergać na szydełku pledy na Gwiazdkę dla osób w domu starców i prezentował później wyszydełkowane półsłupkami koce w zygzaki.

Owszem, drażnią mnie w Stanach przedwczesne sygnały Bożego Narodzenia. Ale są wyjątki, np. giving trees [wym. gywyn triz], choinki z prośbami potrzebujących. Ustawia się je w listopadzie nie tylko w kościołach, ale także w instytucjach świeckich. Zamówienia przychodzą z domów dziecka, ze szpitali, z domów pomocy. Nawet ze schronisk dla zwierząt. 
Co weekend pojawiają się nowe prośby. Co weekend znikają. A potem wszystkie wracają przyklejone do pudełek z prezentami, które zostaną rozwiezione pod właściwy adres. 




(Zdjęcie pożyczone STĄD) 


Wychowany poza środowiskami polonijnymi Amerykanin, jak zresztą mało kto w Europie, nie zna tradycji dzielenia się w święta opłatkiem i nie stawia na stole dodatkowego nakrycia dla symbolicznego, zbłąkanego wędrowca. Kiedyś byłam pewna, że dużo bez tego spotkania wigilijnego traci. A dzisiaj widzę to trochę inaczej.

My, Polacy w Noc Bożego Narodzenia, mamy być przygotowani okazać serce niespodziewanemu gościowi. Amerykanie zaś nie czekają na taką ewentualność. W bardzo realny sposób wychodzą potrzebie naprzeciw i to na długo zanim sami zaczną biesiadować w pierwsze święto.
Te działania są przemyślane, zaplanowane, pracochłonne.
To dzielenie się jest dzieleniem z premedytacją.
Trudno je przeoczyć, nie dołączyć.

Gdyby ktoś zapomniał się jednak w ferforze świątecznych zakupów, robiąc je tylko z myślą o sobie i swoich najbliższych, to z pięknym uśmiechem przypomni mu o innych kasjerka skanująca towar: „Would you like to donate a dollar to St. Jude Children’s Research Hospital?” - Zechciałby Pan/Zechciałaby Pani ofiarować dolara na Szpital Dziecięcy Świętego Judy? (Ten szpital to amerykański odpowiednik polskiego Centrum Zdrowia Dziecka.)

I nie tylko teraz, z okazji rozpoczynającej się gorączki świątecznej, zagai kasjerka klienta. Są sklepy, instytucje, gdzie wspomaga się w ten sposób organizacje non-profit przez cały rok.

Dla niektórych może metoda irytująca, ale czyżby miała to być komercja... z ludzką twarzą?
Czy istnieje w ogóle taki zestaw?
A czy istnieje... Święty Mikołaj?

* * *

Wystarczy tego pisania. Leżę od kilku dni ścięta grypą, więc marzy mi się wstać i zrobić, co należy, żeby poczuć się świątecznie, bo w czwartek obchodzimy Thanksgiving, Święto Dziękczynienia. Przedstawiam je zwykle tym, którzy o nie pytają jako amerykańską Wigilię

Pozdrawiam gorąco, ale nie całuję, żeby nie pozarażać ;-)







czwartek, 14 listopada 2013

Wiara balony przenosi?

Kozak chciał wczoraj mieć urodziny i sprawił sobie balon. Wlókł go po podłodze od obiadu do kolacji. I jak ten wierny pies balon trwał przy nodze. 

Przed pójściem spać, Kozak poprosił Lubego Męża Mego, żeby balon ponownie nadmuchał. Ale tym razem „porządnie”.
Mąż odparł, że balon już się bardziej nie rozciągnie. Co najwyżej pęknie.
No to Kozak podumał chwilę i wyjaśnił, że nie chodzi o większy balon, tylko taki, który będzie się unosił w powietrzu.

Luby Mąż rozkłada ręce. Tłumaczy, że nie potrafi wydychać helium [wym. „hiljem”]. Gdyby umiał wydychać helium to miałby wysoki głos i... I nie dosłyszałam, bo akurat prowadziłam rozmowę telefoniczną.
Niezadowolony z odmowy ojca, Kozak zwraca się do mnie, chociaż widzi, że jestem zajęta.
- Mama... Co to jest helium
Macham ręką, że teraz nie mogę rozmawiać. Ale ten nie ustaje.
- Excuse me for just one second… - mówię do słuchawki, zakrywam ją ręką, patrzę na Kozaka – Słucham? O co chodzi?  
- Co to jest helium? Powiesz mi? Czy nie?
- Hel... Yes? – zwracam się znów do osoby na drugim końcu połączenia i zaraz potem kończę rozmowę, a Mąż zaczyna się śmiać i pyta czego się wyrażam bez powodu w biały dzień. Posądzona niesłusznie o czyn gorszący przed maluczkim, w odwecie pytam, co w czasie mojej nieobecności Luby Mąż robił na kanapie, że wylazły z niej flaki i musieliśmy wydawać pieniądze na nową?

Zrobiło się piekło? Hell, yes!* I nie przez podobnie brzmiącą do angielskiego hell nazwę polskiego pierwiastka. Czyli nie o rzekome angielskie „kurde” czy „cholerę” poszło. Zrobiło się gorąco, bo balon pękł. A wiadomo, lepszy balon w garści niż jego strzępy na dachu. (Czy coś w tę deseń).
Kozak z nosem na kwintę usunął się w cień, a tu proszę: cień najwyraźniej przysposobił dzieciaka do myślenia, bo Syn wyszperał kolejny balon do nadmuchania i podstawił mi go pod nos.
- Mama, ty masz wysoki głos. Zaśpiewaj mi te Alleluja do balona. Żeby poleciał wysoko aż do sufitu.



* Hell, yes! - brzydko, dla niektórych wręcz wulgarnie: „a jak!” „a pewnie!”

** "Alleluja" z Mesjasza Haendla



środa, 6 listopada 2013

Lekcja Czterdziesta Trzecia: O tajemnicach plejstocenu

Od czasu Lekcji Czterdziestej Beethoven ma u nas przerypane.
Co zacznę kulturalny temat z Kozą - kto skomponował to czy tamto - Córa ironicznie ucina temat, mówiąc, że Beethoven. 

Próbuję zmieniać tok rozmowy i zagaduję przy innej okazji o wynalezienie druku. I tłumaczę, że za tę rewolucję odpowiedzialny był...
- Beethoven!
Koza celowo rzuca Beethovenem jak mięsem, żebym tylko przestała jej opowiadać o sprawach, które ją średnio interesują. Nadużywa imienia kompozytora nadaremno, gdy pytam, kto zjadł ostanie czekoladki. 
Bethoveen w naszym domu jest też odpowiedzialny za myszkowanie w mojej garderobie i za nieopróżnienie zmywarki. Stał się sprawcą wszelkich szczęść i nieszczęść.

W obliczu tych faktów nie wiem, skąd mi się znów zachciało brnąć w tematy muzyczne, a tym bardziej tłumaczyć genezę Mszy Nelsońskiej. Ale ględzę, ględzę wytrwale. Koza wytrwale zaś i czyta komiksy nad śniadaniem i słucha mnie jednym uchem.

Truję na dodatek niczym odkrywczym: że mamy dobrze, bo żyjemy w epoce dostępności do muzyki. Że kiedyś przeciętny człowiek urodził się i umarł nie usłyszawszy niczego większego poza przyśpiewką z fujarką i bębenkiem. Że tylko ktoś nadziany mógł uczestniczyć w słuchaniu innej muzyki. A nawet w jej tworzeniu. Skąd się wzięło Requiem Mozarta, prawda? (A! Stąd mi się zachciało znowu o muzyce! Wszyskich Świętych było!) Skąd szereg oper? Skąd...
- Królowie zamawiali sobie utwory? - Koza nagle powtarza po mnie, nie odrywając się od lektury.
- Oczywiście.
- Hm...
- Chcieli posłuchać czegoś na swoją cześć. Kto by nie chciał?
- A jaki utwór zamówił sobie król Popiel?
???
Zagrzmiał mi pod czachą początek V-tej symfonii Beethovena.
- Żadnego! Rybcia, Popiel sobie niczego nie zamiawiał, bo wtedy orkierstr nie było. Za Popiela jeszcze skrzypiec nie skonstruowano... Ani... Ani... - wymieniać po kolei instrumenty? Wrócić do lekcji historii? Do definicji legedy? Co tu robić? Co tu robić??
Koza wyczuwa, że coś jej nie wyszło. Poprawia się szybko:
- Ano, tak! Przecież król Popiel żył wcześniej... Przed skrzypcami... W tym... w tej... w epoce szczurów!


***

I tym "rysem historycznym" witam Domcię w naszym wariatkowie.