Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwukulturowość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwukulturowość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 listopada 2013

O Bożym Narodzeniu... w listopadzie?

Ano, na Dalekim Zachodzie, to norma.

Amerykański Christmas Season i polski okres Świąt Bożego Narodzenia nie przebiegają równolegle, raczej zazębiają się w czasie i Floryda tego najlepszym przykładem. Okres świąteczny zaczyna się tutaj z ostatnim piątkiem listopada a kończy sylwestrowymi fajerwerkami (jeśli pominąć praktyki tych florydzkich latynosów, którzy obdarowują się prezentami w Święto Trzech Króli).

W USA nie ma religii dominującej, przez co katolicki kalendarz liturgiczny z nadchodzącą pierwszą niedzielą adwentu mało kogo tu obowiązuje. Poza tym katolików na Florydzie jest dobrze poniżej średniej krajowej, około 25%, ale i dla nich czas przygotowania do świąt nie polega na uczestnictwie w Roratach. Nie ma tu tej tradycji. Są inne. Jednej z nich, rzekłby złośliwy, wychodząc poza ramy wyznaniowe, na imię komercja.

Trudno takim uwagom odmówić racji. Sama w tym tonie odruchowo sklepy sonduję: który pierwszy zacznie gadżety świąteczne ustawiać?

W tym roku dekoracje ogrodowe - nadmuchiwane bałwany, pingwiny, Mikołaje i inne kształty z ortalionu - wystawiono do sprzedaży wczesnym wrześniem. Palcem sklepu nie wskażę. Ale pogrożę mu z tego bloga. On i tak wie, kto on jeden.

Prawda jest bolesna: tak jak w Europie, oznaki świąt pojawiają się coraz szybciej. Szkoda, bo te prawie 20 lat temu odkrywany przeze mnie wrzesień na wschodnim wybrzeżu Stanów był w sklepach zwykłym miesiącem jesiennym. Teraz ten sam miesiąc oglądany z perspektywy wybranych obiektów handlowych ma jesień w poważaniu, a na Florydzie rezonans między panującą pogodą a tym, co sprzedawca chce mi wbić w podświadomość jest spory. Upalnym wrześniem kłębi się ciągle od rekwizytów plażowych, a dźwignia handlu owiana klimą głosi, że pora pomyśleć o o grudniowych świętach.

Amerykanin, a już tym bardziej polskiego pochodzenia, nie lubi, żeby przepychać mu Christmas przed Thanksgiving. (Thanksgiving, Święto Dziękczynienia, jest obchodzone w ostatni czwartek listopada.)

Wróćmy do meritum. Święta na Florydzie. Jakie są?

Florydzka grudniowa aura to zieleń z dodatkami bordowych liści. Nadal kwitną kwiaty. Oprócz tropikalnych np. świetnie sobie radzą popularne w Polsce bratki. Dojrzewają cytrusy. Nadal świeci ostre słońce, ale i bez niego sporadyczne drzewa bez liści nie wyglądają posępnie. 

Naturalnie rosnące choinki na Florydzie to trzydziestometrowe sosny o fontannach igieł długości ołówka, więc z toporkiem w mokradła po choinkę nie ma co wchodzić. Nie rośnie nigdzie przyzwoite drzewko do nielegalnego wyrębu.




Właściwe drzewka przywieziono właśnie z północnej części kraju, wyładowano pod długimi namiotami i można już przebierać w spryskanych chemią, wypasionych, ciętych jodłach lub sosnach krótkoiglastych. Pryskane są, żeby nie zżółkły do 25-go grudnia, bo trzyma się je w stojakach bez ziemi i wody. (I ważna notka chociaż w nawiasie: ubieranie choinki bożonarodzeniowej odbywa się już nawet w ostatni piątek bieżącego miesiąca, dzień po Thanksgiving - Święcie Dziękczynienia.)

Dla mnie święta muszą pachnąć lasem, ale zapach ciętych drzewek spryskanych kolorantami jest duszący i wywołuje zamiast reakcji sentymentalnych alergiczne.
Alternatywą jest sztuczne drzewko lub rzeczywiście żywe, w doniczce. Można tak kupić w ogrodniczym mały, jasnozielony cedr lub półmetrowy stożek wycięty z krzaczka rozmarynu, albo dwa razy większą, delikatną araukarię, jak ta na zdjęciu (fotka pochodzi STĄD).






Na Florydzie zawiesza się na gałązkach także to, co kojarzy się z wodą morską.












Bing Crosby z utworem White Christmas („Białe Boże Narodzenie”) brzmi tu trochę śmiesznie, ponieważ śnieg na Florydzie nie pada. Jeśli w ogóle w grudniu nocą przyszroni, to na północy stanu. Środkowa część półwyspu może liczyć na minus jeden do minus kilku stopni nad ranem od stycznia do marca, ale takich przymrozków nie ma już w południowej części Florydy. W okolicy świąt w sercu stanu jest ok. 22 stopni Celsiusza (w nocy 10). Na basen za zimno, niemniej kto ma ochotę popływać w odpowiednim kombinezonie przy rafach koralowych, to Key West zaprasza!

Śnieg tu nie pada, lecz to nie oznacza wcale, że nic nie da się z tym fantem zrobić. Sztuczny śnieg poleci czasami na głowy turystów w jakimś parku rozrywki w DisneyWorldzie albo któreś obrotne osiedle w większym mieście załatwi sobie ciężarówkę ze śniegiem. Wywrotka zrzuca go na ziemię na ogrodzony płotem plac, wpuszcza się za barierki dzieci i w imię Ojca i Syna... Zanim stratowany śnieg stopnieje na zielonym trawniku, lepi się szybko kulki i bałwanki, a przede wszystkim pstryka zdjęcia na tle coraz brudniejszego i mniejszego pagórka.

Z innych uciech zimowych na Florydzie, skorośmy przy temacie, to pojawiają się pod namiotami sztuczne lodowiska wypożyczające chętnym łyżwy. Sprawdziłam, że o ile nie jest się wytrawnym łyżwiarzem, lepiej się tam nie pchać. O wiele bardziej boli upadek na lód w krótkich spodenkach i podkoszulku niż w grubej, zimowej kurtce i porządnych, ciepłych gaciach. 

A obok lodowisk, które czasem posiadają też zjazdy na płaskich sankach (toboggans), hałasują wesołe miasteczka.






Czy ktoś z Was miał okazję zauważyć, że amerykańskie kartki świąteczne to nie pocztówki?
To kartki dwustronne, często z wydrukowanymi w środku życzeniami. W Stanach panuje zwyczaj dołączania do kartek wspólnego rodzinnego zdjęcia na tle choinki (jak wspomniałam, ubranej w wielu domach już pod koniec listopada). Do kartki i do zdjęcia dodaje się list (kiedyś pisany ręcznie), podsumowujący osiągnięcia każdego członka rodziny w mijającym roku. Amerykanie uwielbiają opowiadać o swoich sukcesach, choćby najmniejszych, a często nie ma jak spotykać się regularnie z krewnymi ze względu na dalekie odległości. List-sprawozdanie z bieżącym zdjęciem nie jest już tak samo popularny jak przed erą Internetu, ale naprawdę miło go jeszcze czasem otrzymać. Albo wysłać ;-)

W centralnej Florydzie, na wschód od Orlando, leży wioseczka o nazwie ChristmasTak jest! Boże Narodzenie. Czytałam w lokalnej prasie, że poczta w Christmas otrzymuje paczki z listami świątecznymi nawet od mieszkańców innych stanów. Pracownicy poczty otwierają paczki, wysypują sterty listów, koperty elegancko stemplują i oto babcia w Kentucky dostaje życzenia świąteczne od córki z Georgii z oficjalną - podkreślam - pieczątką z... ach! z samego Bożego Narodzenia! (Nie wiem, na czym ten radosny fenomen polega, bo ja raczej byłabym pod wrażeniem, gdyby mi rodzina przysłała kartkę świąteczną opieczątkowaną w Betlejem, ale ja to jestem ja.)

Wypadałoby przy okazji wspomnieć o Santa Claus [wym. kloz]. 
Jak z wielu hollywódzkich „dzieł” wiadomo, zaparkowawszy na dachu swe mustangi, amerykański Mikołaj zsiada z sań i dostaje się do wewnątrz budynku przez komin wiodący wprost do salonowego kominka. 

Ponieważ przytłaczająca większość domów na Florydzie kominów i kominków nie posiada, bo nie ma potrzeby tego rodzaju dogrzewania domu, zastanawiałam się kiedyś, jakim cudem ten Gwiazdor przedostaje się do środka. Poszłam z wątpliwościami do Kozy, mojej córki, która za ojcem ma lapidarną odpowiedź na wszystko. Według niej Święty Mikołaj na Florydzie korzysta z wyjątkowej mocy teleportacji. I tej wersji trzymam się od kilku lat i sama ją polecam.

Saint Nick przychodzi w nocy z 24-go na 25-go i dlatego amerykańskim rodzicom pierwszy dzień świąt kojarzy się z niewyspaniem, bo uradowane dzieciaki zbudzą ich i o 5-tej rano, żeby otworzyć prezenty.

Po prezentach zasadniczo idzie się na śniadanie, potem - nadal półśniętym - na nabożeństwo do kościoła (chyba że poszło się na nabożeństwo o północy) i wraca do domu na świąteczny obiad, o ile nie zostało się gdzieś zaproszonym. Zabiera się wtedy z reguły przygotowaną przez siebie wcześniej ustaloną potrawę.

Jadło w Boże Narodzenie jest prawie tak obfite jak w nadchodzące Święto Dziękczynienia. Od rodziny zależy czy piecze się czy kupuje szynkę czy indyka, ale generalnie większość do mięsa przygotuje to samo: ziemniaki puree i jakieś zielone gotowane warzywo. Np. zapiekaną z cebulą i bułką tartą fasolkę szparagową w kawałkach. Takie danie zalewa się jeszcze gęstym sosem mięsnym. A na deser serwuje się np. podgrzany w mikrofalówce kawałek tarty owocowej, podany z gałką lodów waniliowych. Po posiłku najczęściej grają z telewizora kultowe filmy, które Amerykanie znają na pamięć: A Christmas CarolIt's a Wonderful LifeMiracle on 34th Street i cała masa innych, zawierających w tytułach słowa ChristmasholidaySanta itp.

Poza zakupami i sportem, Amerykanie najbardziej kochają parady i na Florydzie największe parady bożonarodzeniowe przemieszczają się ulicami parków Walta Disneya. Dzieci mają z imprez przeżywkę. A dorośli - ze swoich dzieci.







































Boże Narodzenie na Florydzie to również gra świateł z wielkim rozmachem. Mało kto nie zdobi domu i od środka i od zewnątrz. Nie ukrywam, że naszym rodzinnym, grudniowym hobby są wieczorne objazdy okolicy, żeby popatrzeć na domy w światełkach. A rozwiesza się sznury lampek na gzymsach, na ramach okiennych, zarzuca na krzewy, oplata drzewa oraz wywiesza się bożonarodzeniowe wieńce na drzwiach. Prąd na Florydzie jest tańszy niż w Polsce (gdyby ktoś pytał). Ale i tak indywidualne wysiłki wypadają skromnie przy świetlnych ekscesach w parku rozrywki Hollywood Studios.






Jak wspomniałam na początku, adwentu w Stanach w polskim rozumieniu nie ma (karnawału też nie, jak pisałam TUTAJ), lecz krytykowany zewsząd zachodni komercjalizm wyrównuje inne zjawisko, w Polsce niezbyt znane. Mam na myśli powszechny wolontariat.

Bo gdybym miała w kilku słowach zdefiniować obchodzenie Bożego Narodzenia po amerykańsku, powiedziałabym, że to celebrate Christmas znaczy tyle samo co to share, czyli „podzielić się.

Od jesieni aż po Gwiazdkę Amerykanie organizują szczególne zbiórki pieniędzy i żywności na cele charytatywne
Przeprowadza się aukcje i akcje o charakterze świątecznym. Odbywają się przedstawienia, koncerty dobroczynne i kto chce dzieli się tym, co może - przynajmniej własnym czasem.

Głośniej mówią o sobie fundacje i stowarzyszenia „na rzecz” i tak jak w sklepowych dekoracjach gwiazdkowych trzeba w dziesiątkach propozycji poprzebierać, zanim się zdecyduje, kogo wesprzeć. Bo wszystkich się nie da. Jedni wybiorą kwestującego pod WalMartem (powiedzmy, że przed polskim Carrefourem) przedstawiciela Armii Zbawienia w przebraniu Świętego Mikołaja, drudzy wypiszą czek dla kogoś z innego krańca świata. Jak tam kogo dźgnie wyrzut sumienia czy autentyczna chęć pomocy.

Podobnie jak w Polsce, kościoły przygotowują świąteczne posiłki i paczki z prezentami dla najuboższych, ale nie wiem, czy w Polsce różne odłamy chrześcijan (wiele ich przecież nie ma) łączą wówczas siły tak jak tutaj, organizując punkty wydawania żywności i kuchnie dla potrzebujących. Niektóre z nich działają cały rok.

Nie ukrywam, że zaskakuje mnie, kiedy nawet przy dzieleniu się z innymi objawia się amerykańska przedsiębiorczość. W zeszłym roku najgłośniej obiły mi się o uszy akcje pomocy dla szukających pracy, bo zbierano (obowiązkowo w dobrym stanie) marynarki i spodnie dla panów, garsonki dla pań i obuwie, czyli garderobę niezbędną dla wybierających się na rozmowę o pracę. Zorganizowano też dla zainteresowanych darmowy kurs rozmowy kwalifikacyjnej.

Rok wcześniej jeden z bezrobotnych parafian najbliżego kościoła ogłosił, że zbiera resztki wełny, bo chce wydziergać na szydełku pledy na Gwiazdkę dla osób w domu starców i prezentował później wyszydełkowane półsłupkami koce w zygzaki.

Owszem, drażnią mnie w Stanach przedwczesne sygnały Bożego Narodzenia. Ale są wyjątki, np. giving trees [wym. gywyn triz], choinki z prośbami potrzebujących. Ustawia się je w listopadzie nie tylko w kościołach, ale także w instytucjach świeckich. Zamówienia przychodzą z domów dziecka, ze szpitali, z domów pomocy. Nawet ze schronisk dla zwierząt. 
Co weekend pojawiają się nowe prośby. Co weekend znikają. A potem wszystkie wracają przyklejone do pudełek z prezentami, które zostaną rozwiezione pod właściwy adres. 




(Zdjęcie pożyczone STĄD) 


Wychowany poza środowiskami polonijnymi Amerykanin, jak zresztą mało kto w Europie, nie zna tradycji dzielenia się w święta opłatkiem i nie stawia na stole dodatkowego nakrycia dla symbolicznego, zbłąkanego wędrowca. Kiedyś byłam pewna, że dużo bez tego spotkania wigilijnego traci. A dzisiaj widzę to trochę inaczej.

My, Polacy w Noc Bożego Narodzenia, mamy być przygotowani okazać serce niespodziewanemu gościowi. Amerykanie zaś nie czekają na taką ewentualność. W bardzo realny sposób wychodzą potrzebie naprzeciw i to na długo zanim sami zaczną biesiadować w pierwsze święto.
Te działania są przemyślane, zaplanowane, pracochłonne.
To dzielenie się jest dzieleniem z premedytacją.
Trudno je przeoczyć, nie dołączyć.

Gdyby ktoś zapomniał się jednak w ferforze świątecznych zakupów, robiąc je tylko z myślą o sobie i swoich najbliższych, to z pięknym uśmiechem przypomni mu o innych kasjerka skanująca towar: „Would you like to donate a dollar to St. Jude Children’s Research Hospital?” - Zechciałby Pan/Zechciałaby Pani ofiarować dolara na Szpital Dziecięcy Świętego Judy? (Ten szpital to amerykański odpowiednik polskiego Centrum Zdrowia Dziecka.)

I nie tylko teraz, z okazji rozpoczynającej się gorączki świątecznej, zagai kasjerka klienta. Są sklepy, instytucje, gdzie wspomaga się w ten sposób organizacje non-profit przez cały rok.

Dla niektórych może metoda irytująca, ale czyżby miała to być komercja... z ludzką twarzą?
Czy istnieje w ogóle taki zestaw?
A czy istnieje... Święty Mikołaj?

* * *

Wystarczy tego pisania. Leżę od kilku dni ścięta grypą, więc marzy mi się wstać i zrobić, co należy, żeby poczuć się świątecznie, bo w czwartek obchodzimy Thanksgiving, Święto Dziękczynienia. Przedstawiam je zwykle tym, którzy o nie pytają jako amerykańską Wigilię

Pozdrawiam gorąco, ale nie całuję, żeby nie pozarażać ;-)







wtorek, 8 października 2013

Lekcja Czterdziesta: Tylko dla ludzi o mocnych nerwach

- To kto to jest Fryderyk Chopin? - zapytałam Kozę, kiedy zostałyśmy wczoraj same w domu.
Pytanie, jak najbardziej uzasadnione, nie zbiło jej z tropu.
- Pianista. Polak.
OK. Może być.
- A kim był Beethoven?
To pytanie też nie padło bezpodstawnie, bo jeszcze wczoraj mylił się Kozie z Chopinem. Dla melomana taka wypowiedź to cios w pikawkę, lecz na usprawiedliwienie Córki trzeba wskazać kierunek amerykańskiego szkolnictwa, gdzie od kilku lat na przedmiocie łączącym geografię z historią wałkuje się zagadnienia związane z Florydą, a teraz - ze Stanami.
Koza kojarzy imiona przywódców indiańskich z plemienia Seminolów, wie, że Lincoln dostał kulę w tył głowy. Normalne.
I normalne, że prosty Piast Kołodziej, a już tym bardziej jakiś późniejszy, nieprzerabiany z matką utalentowany Europejczyk to postaci raczej nieznane.
Nie wiem, kiedy na amerykańskich lekcjach historii przyjdzie czas na Europę, ale domyślam się, że „stary kontynent” zostanie potraktowany raczej pobieżnie, więc bez okazji podejmuję z Córką tematy bliskie mojemu środkowoeuropejskiemu wychowaniu.
- To co z tym Beethovenem?
- Kompozytor.
- Brawo!
- Rosyjski.
Auć!
- Nie, kochanie. Z tego, co wiem Beethoven nie był Rosjaninem. Nawet chyba nie znał rosyjskiego. Mówił po niemiecku. Mieszkał w Wiedniu...
- No tak. To ten, który ogłuchł pod koniec życia – przypomina sobie Koza po angielsku. – Skomponował „Odę do radości”...
Oddech ulgi. Jak Córka się postara, to potrafi.
-... ale czasem tak się zastanawiam – zwierza się nadal po angielsku - jak ten Beethoven musiał głupio wyglądać w krótkiej spódniczce...
Yyyy?
- ...W ogóle faceci w spódniczkach w kratę śmiesznie wyglądają, nie uważasz? A jak jeszcze grają na tym kwiczącym instrumencie, to już kompletnie można się załamać.

Otwieram usta, ale nie wydobywa się z nich żaden dźwięk.

- Jak się nazywa ta piszczała... Kobza? To może dobrze, że Beethoven ogłuchł. Przynajmniej, kiedy grał, nie musiał słuchać tego wycia...




***

Pozdrawiam nowych czytających - Martę z Meis Ideis i Kasię logopedkę.

sobota, 18 maja 2013

O palmie, o której miało być później

Nazwałam blog „Kozą i Kozakiem pod palmą” i rozpisałam się o językowych wspinaczkach Córki, o „kozaczej sławie” Syna. Przeplatałam te relacje opisami Florydy, podpierałam zdjęciami, aczkolwiek palmowe liście ledwie kilka razy rozmazały się w tle cyfrowego zapisu.

Celowo na pierwszy plan palmy nie dawałam. Ani na zdjęciach, ani w zawiłościach słowotoku. 
Bo nie mogłam się zdecydować.

Jak osiołek Fredry, gdy mu w żłoby dano „w jeden owies, w drugi siano”, zastanawiałam się, co ugryźć wpierwej: rozpracować któreś z ponad dwóch tysięcy gatunków palm czy też może od razu górnolotnie porównać własną osobę do drzewa rzucającego na dzieci cień swej przeszłości, kultury, języka, a przez to raz chwalebnych, raz nieudolnych prób wypośrodkowania między byciem Polką a Amerykanką?

Miałam bujne plany opowiedzieć o tym, że za Jackiem Kaczmarskim życzyłam sobie kiedyś wychować dzieci na Kosmopolaków – na Polaków, którzy dobrze czują się w świecie nie rezygnując z polskości. (Przy czym Kaczmarski miał na myśli i tych rodaków, co nigdy żadnej części ciała poza ojczyznę nie wytknęli jak i nadwiślańskich obieżyświatów, a ja wyobrażałam sobie wyprowadzić na światowców czujących się Polakami nie do końca polskiego rodu dzieci i w dodatku zrodzone poza Polską.)

Utopijność mojego myślenia przysypał ostatecznie piaskiem huragan Sandy, kiedy siedziałam na wietrznej florydzkiej plaży zastanawiając się nad sensem przekazywania zamerykanizowanemu potomstwu słowiańskiej tożsamości.  

„Kosmopolskie” wychowanie Kozy i Kozaka nie uda się chociażby ze względów formalnych, lecz nie przeszkadza mi to gdzieś głęboko między wątrobą a wcięciem mostka czuć się Polką. Nadal „brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi, niż Szekspir i Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić”.

W przeciwieństwie do cytowanego powyżej Tuwima umiałabym chyba wytłumaczyć przywiązanie do języka czy kraju w którym wyrosłam, ale chciałam dziś ugryźć temat od innej strony.

Palma, nawet gdy rosła, strzelista, w gronie kilku podobnych sobie lub wpięta w „pakiet” innych roślin, co na nią zerknę zachowuje narzucony jej przez naturę odstęp od reszty. Nie dano jej porządnie się zbratać i przytulić. Niby w grupie raźniej, a coś każe stronić od towarzystwa w którym się znajdzie. Żadne „kępą, mości panowie” nie wchodzi tu w grę.




Obawiam się, że nawet, gdy bardzo się staram, wyglądam jak ta palma powyżej - jakbym nie pasowała do całości. 

Do tego nierozgałęziona kłodzina nie ma czym innych pni „uchwycić”. I nie widać na zdjęciu, ale pod ziemią sytuacja ma się podobnie. Nie ma w co się zagłębiać, bo palmy mają płytki system korzeniowy.

Szkopuł w tym, że to w palmie-odludku tkwi imperatyw przeżycia największych huraganów. Jak żadne inne to drzewo posiada zdolność porzucenia wszystkich swych gałęzi, żeby w czasie sztormu wygiąć się prawie do ziemi i nie złamać.

Oto korona palmie z głowy spada, po wietrzysku zdarzy się, że drzewo leży jak kłoda, a ma siłę ponownie zacumować się w piasku i z czasem unieść nad sobą fontanny nowych liści. 

I o tym chciałam dzisiaj napisać: że na horyzoncie co chwila zawierucha, a ja, „po palmowemu” chciałabym być silna jak dąb.

Chciałabym umieć od nowa zapuszczać korzenie. 

środa, 30 stycznia 2013

Lekcja Dziewiętnasta: Dlaczego amerykański minister obejdzie się zapachem

Zima na Florydzie w tym roku przewrotnie nie-zimowa, dlatego również nietypową była ostatnia lekcja: bez książek na biurku, ze świeżym powietrzem, w fotelach na tarasie, z komputerem, z ankietą dla dzieci dwujęzycznych w wieku od 9-ciu do 13-tu lat.
W ankiecie rzędy pytań.
- Po co to?
- Pewna pani z Polski pisze pracę i musi przeprowadzić badania...
- Czy ta pani jest lekarką?
- Nie...
- Bo ja nie idę na zastrzyk! Żebyś o tym pamiętała!
Ależ pamiętam. (Umarły by spamiętał, gdyby mu Koza o awersji do lekarzy non-stop truła tak jak mnie; ku wyjaśnieniu spieszę - rówieśniczki Córki straszą się wzajemnie szczepieniami obowiązkowymi. Stąd popłoch.)
- To jest ankieta dla dzieci posługujących się dwoma językami – wracam do tematu. – Jeśli ją wypełnisz...
- To mogę lizaka? – podrywa się Dziecko. - Jeszcze dziś nie jadłam nic słodkiego – zastrzega.
Póki co laptop na kolana i zaczynamy czytać razem.
Potem już tylko czyta Koza, dopisuje brakujące wyrazy lub stawia krzyżyki. I sama stawia pytania. Przykładowo, chce wiedzieć dlaczego minister miałby przyjechać do szkoły i dlaczego dzieci miałyby mu wręczać kwiaty? Tłumaczę, że to trochę byłoby tak, jakby w Stanach przyjechał do szkoły senator stanu... albo gubernator... A kwiaty? Kwiaty w Polsce zawsze wręcza się Ważnemu Gościowi w ramach podziękowania za Jej lub Jego przybycie. Chcę dodać, że to popularny polski zwyczaj, oznaka szacunku podobna do wręczania nauczycielowi kwiatka na koniec roku... ale tego już nie mówię, bo w porę łapię się na tym, że w Stanach nauczycielom uczniowie akurat kwiatków nie znoszą...
- Wyrecytować wiersz przed klasą? – Córka znów nie wie, o co chodzi.
- To znaczy nauczyć się go na pamięć i na ocenę powiedzieć z pamięci przy koleżankach i kolegach...
Milczymy obie: i ja i Koza.
Ona pewnie próbuje sobie wyobrazić sytuację, w której stanęłaby przed innymi dziećmi i miałaby odtworzyć ileś linijek tekstu zadanego przez nauczyciela. 
Ja dochodzę do wniosku, że Córka na mur-beton jest źle rozwinięta, bo nigdy nie była zmuszona ćwiczyć w ten sposób swych szarych komórek. Zgroza mnie wręcz ogrania...
- Wiesz, uzmysłowiłam sobie, że nie znasz na pamięć żadnych wierszy...
Milczymy jeszcze chwilę.
- Nieprawda! Znam jeden i to po polsku: „Ciocia Cesia z ciastek tacką po cukierni skacze chwacko”.  
Co prawda nie jest to „Litwo! Ojczyzno moja!”, ale kręci mi się łezka w oku. Nie wiem sama, czy wywołana własnym skojarzeniem kraju, co jest „jak zdrowie”, czy wzruszeniem na myśl o Kozie, która może faktycznie tylko sprawia wrażenie kompletnie niekumatej, jeśli mowa o polszczyźnie...
Dziecię szczerzy swe górne jedynki i przytula się do mojego ramienia.
Milczymy znów sobie.
- Wiesz, Marmolado – myśli Koza głośno - ja chyba lubię rozwiązywać z tobą mankiety

***

O ankiecie dla dzieci dwujęzycznych w wieku 9-13 lat więcej TUTAJ, na blogu Faustyny. (Patrz: post z 24-go stycznia - Zaproszenie...) I apel: kto może, niech pomoże. Jeszcze przez kilka tygodni autorka ankiety będzie zbierać anonimowe odpowiedzi.

A wierszyk o „cioci Cesi” pochodzi z książki Berek literek Agnieszki Frączek.

środa, 9 stycznia 2013

Lekcja Szesnasta: Rycerze w grobach się przewracają

Utrwalamy pisownię „rz”.
Właściwie jej „czytalność”, gdyż Koza niezbyt piśmienna w L2. Mimo to niech obije jej się o uszy, niech zahaczy wzrokiem o popularną regułkę, iż dwuznak „rz” wymienia się na „r”.

Przeglądamy gotowe zestawy wyrazów i wymyślamy własne:
wierzyć – wiara
mierzyć – miara
gospodarz – gospodarny
rycerz – rycerski

Przy tym „rycerskim” rycerzu to myślę sobie trzeba wstrzymać wodze ortografii i gramatyki i przesiąść się na coś, co znaczenie wyrazu wyjaśni, bo Koza na pewno nie wie, co ów przymiotnik tak naprawdę oznacza.
- Odważny? Silny?
Ładnie rzuca polskimi słówkami, ale wiedziałam, że nie trafi. 
Oczywiście zabrania mi podania gotowej definicji na talerzu. Jak Wam zapewne wiadomo, wolno mi tylko podetknąć delikatną podpowiedź, więc mówię, że chodzi o zachowanie mężczyzny wobec kobiety... Nie kończę, bo niecierpliwa Koza wtrąca się po angielsku:
- Mama, to tak jak w szkole na stołówce! Przysiada się ciągle do nas, do dziewczyn, taki jeden chłopak i rumieni się i chichocze i gada od rzeczy... Robi z siebie tak kompletnego idiotę, że aż żal patrzeć i odechciewa się jeść!

***
A moje skojarzenie ze słowem „rycerski” przywodzi na pamięć początek lat 90-tych w Polsce, kiedy to panowie Polacy otwierali drzwi do budynku przed grupą świeżo przybyłych Amerykanek. To właśnie niektóre z nich się rumieniły. To im brakło języka w gębie. (Nie wiedziałam wtedy, że w Stanach jest równouprawnienie, objawiające się nierzadko m.in. tym, że mężczyzna nie podchodzi celowo uchylić „wrót”, aby przepuścić kobietę przodem.)

Jedna z tych pań „zagramanicznych” raz nie wytrzymała, kiedy inny Polak spróbował odsunąć jej krzesło przy stole. Rzekła do koleżanki, sądząc chyba, że nikt nie zrozumie: „Nie wiem, jak można żyć w takim ciemnogrodzie i pozwalać sobie nadskakiwać mężczyznom. Czy w tym kraju nie ma feministek?”

I wtedy postanowiłam sobie po raz pierwszy, że mogą mnie tasakiem krajać, palić na stosie i kołem łamać, a ja amerykańską akurat feministką nie zostanę.