Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwujęzyczność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dwujęzyczność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

Lekcja Pięćdziesiąta Pierwsza: W temacie czyste kulturoznawstwo

Pracujemy z Kozą nad artykułem.
Autor, Brytyjczyk mieszkający w Polce, pisze o przygodach towarzyszących mu w odnalezieniu się w jej kulturze i języku.

Artykuł jak najbardziej stosowny, bo nic nowego donieść nie mogę, poza tym, że jak wczoraj, tak i dziś Koza odnajduje się bez problemu w gadżetach, jedynych dwóch zdezelowanych, jakie ma - w kompie i w komórce. W języku matki - nie.

Aż dziw bierze, że można czytać prawie płynnie tekst z polskiego Newsweeka, a nie rozumieć w nim połowy wyrazów.
Nie powinnam się dziwić, bo uczyłam obcokrajowców i wiem, że na tym polega bałamutna uroda polszczyzny, iż raz opanuje się wymowę i z powodzeniem można przeczytać i menu w pierogarni i sprawozdanie z obrad sejmu. (Inna rzecz, co się z treści pojmie i co nam z tego zaszkodzi.) Ale zdziwko jest silniejsze ode mnie. Wrodzone.

Po skończeniu lekcji z córką przycichłam. Koza wyjmuje z uszu włożone weń przez chwilą słuchawki. 
- A co ty tak posmutniałaś? - pyta po angielsku.
- Co?
- Czemu jesteś taka smutna? - znów pada zdanie w języku miejscowym. - Uśmiechnij się. Hej! Mama?
Wykonuję polecenie.
Nie staram się zbytnio i Koza postanawia opowiedzieć mi dowcip.
- Znasz kawał o cyfrach rzymskich?
O tych samych, których nadal nie potrafi odpowiednio przeczytać, gdy widzi je w polskich czytankach i o czym pisałam zawczasu? Nie, nie znam.
- Przychodzi starożytny Rzymianin do współczesnego baru, pokazuje dwa palce, wskazujący i środkowy i mówi "tyle piw poproszę". Barman stawia przed nim dwa, a on się piekli o pozostałe trzy... Ha, ha, ha!
Uśmiecham się.
- No, dałaś się rozweselić - rzecze ona. - Twoje szczęście, bo już myślałam, że przechodzisz kryzys wieku średniego.
- Czy ty w ogóle wiesz, co to jest kryzys wieku średniego?
- Wiem. I wiem, że ty swój już przeszłaś. Przez moment myślałam, że przechodzisz drugi.
- Ja przeszłam midlife crisis??
- Parę lat temu kupiłaś sobie Kindla, czy nie?
- I co z tego?
- A potem tablet!
- No i co?
- Jedni kupują nowe samochody, a ty chciałaś się odmłodzić na swój sposób. Czyli czytać, jak większość ludzi inteligentnych.
Pardon, ale tu się Koza myli! Statystki pokazują, że mimo czarnych scenariuszy, ebooki i tym podobne wcale nie wyparły wydań papierowych. To tylko 30% rynku wydawniczego. Stara kartka dobrze się trzyma, lecz nie powiem teraz o tym Kozie, bo nie daje mi dojść do głosu.
- Nie udało ci się pójść z duchem czasu, co?
Nie odpowiadam. Koza miele gębą dalej:
- I teraz Kindle i tablet leżą nieużywane. Ładujesz je chociaż? W sumie, skoro ma już tak leżeć, to tablet mogłabyś mi pożyczyć.
HA! Niedoczekanie!
- Ty mi lepiej jeszcze raz powiedz, co masz w tygodniu zrobić z polskiego.
Teraz Koza wygląda, jakby przechodziła kryzys wieku średniego.
- I po polsku mi powiedz, co masz zadane - dodaję.
Koza się waha, ale zaczyna dukać.
- Mam wypisać resztę wyrazów, których nie rozumiem. Takich jak kinder jajko.
- Powtórz po mnie: kinder-sztuba.
- Kinder-sztuba. Jedno i to samo... I ustąpić miejsca strasznym.
- Star-szym.
- Niech im będzie.
Wzdycham i pytam.
- Co jeszcze?
- Napisać, co ja wiem o kulturze polskiej. O zwyczajach na święta. Co w Polsce ludzie robią na przykład w Boże Narodzenie.
- Tak. I uwzględnij Wielkanoc i Wszystkich Świętych.
Tu pada wzmianka o bracie.
- E, mama, a pamiętasz, jak chciał jeść pomarańcze z drzewka na cmentarzu? Mogę o tym napisać? Albo, jak pokłuł się przy jednej krypcie kaktusem? I może dodam imieniny?
- O! Czemu nie? Kapitalny pomysł - cieszę się i z nadmiaru radości skracam poprzednio wydane instrukcje. - Po zdaniu na zwyczaj wystarczy.
- Tylko po jednym zdaniu? Super! To napiszę to teraz i będę miała z głowy - Koza myśli pragmatycznie i głośno zarazem. I znów po angielsku.

Właściwie jest mi wsio rawno, czy odświeży sobie pamięć teraz, czy jutro. Jest mi to bez różnicy, bo ważniejsze, że dłużej pomyśli o Polsce.

Nie ruszam się od stołu. Udaję, że szukam czegoś w rozsypanych papierach, żeby pobyć jeszcze obok dziecka. W tygodniu nie mamy dla siebie za wiele czasu. I - nie ukrywam - przyjemnie być świadkiem tego, że Koza jednak potrafi pomyśleć o czymś poza jej wersją problemów dorosłych. Patrzę, jak intensywnie myśli. I myśli. I zapisuje tytuł pracy na pustej kartce, Obczaje Polske”.




piątek, 24 października 2014

„Zmiana obuwia” - zamiast w kapciach - występ w Wysokich Obcasach

W ramach akcji Agory Polki bez granic napisałam list o tym, co może stać się z życiem poza Polską, a konkretniej, po ulubionemu podeszłam do tematu z perspektywy językowej. 

Tekst ukazał się wczoraj na stronie Wysokich Obcasów tutaj właśnie: Granic językowych nie przekraczam i, co było do przewidzenia, musiałam się z Wami podzielić. 

Gdyby link się zaparł i nie dał się roztworzyć”, to wklejam artykuł pod spodem:

Droga Zuzo! [Zuza to pani, która zachęciła mnie do wynurzeń]

Życie poza Polską bezdyskusyjnie wpłynęło na moje podejście do języka i proszę mi wierzyć, że był to dla mnie niełatwy proces. Początki zmian po prawdzie przebiegały w Polsce, ale nie wiem, czy przybrałyby dzisiejszy obrót, gdybym nie zakorzeniła się w Stanach.

Jako dziecko chowane w Polsce Ludowej przyjęłam, że cały świat obowiązuje czystość wypowiedzi. W byłym NRD mówiło się po niemiecku, w ZSRR po rosyjsku, a w Jugosławii - wybacz aż skrajną naiwność - wiadomo, że po jugosławiańsku. Mniejszości narodowe po prostu nie istniały. Dialektów nie wspominano. Dlatego odkrycie innego języka zakorzenionego na własnym podwórku mogę dziś porównać do stanu adaptacyjnego, jaki funduje uraz psychiczny. Amerykanin, załóżmy, że po czterdziestce, potrafi powiedzieć Pamiętam ten moment, kiedy dowiedziałem się o śmierci Elvisa..., a ja z podobną intensywnością zapamiętałam pierwsze zetknięcie się z kimś, kto pod polskim niebem, w nadmorskim miasteczku mówił inaczej niż reszta, nie wyglądając przy tym na zagranicznego turystę. Rozmowa toczyła się przy kiosku. Przysadzista kobieta w barwnej chuście zakupiła pudełko zapałek, szwargocąc w kompletnie mi nieznanym języku i zbaraniałam. A potem nastąpiło jeszcze gorsze: zorientowałam się, że takich odstępców od reguły mieszka w kraju przynajmniej dwóch, bo sprzedawczyni z kiosku to co? Pies? (Też Kaszubka, jak klientka od zapałek, naturalnie, ale co ja wtedy wiedziałam?)

Zapomniałam z czasem o tym incydencie, ale podświadomie przyjęłam, że można mieszkać w granicach państwa polskiego i posługiwać się innym językiem. Sama smarowałam w pamiętniku sekret za sekretem licealną angielszczyzną i jeszcze umyśliłam sobie ją ulepszyć na studiach językowych, lecz płynnie myślałam tylko po polsku. I ci, którzy chcieli poznać moją mowę ojczystą mieli wkrótce spotkać we mnie sojusznika. Postanowiłam, że tak ich nauczę polskiego, że szczęki poopadają. Poprawiałam wszystko, co się jeszcze po zajęciach ruszało. Wbijałam do głowy Amerykanom, że lek - jeden ze znanych im jeszcze w Stanach polskich wyrazów - to tabletka lub syrop na kaszel, a nie imię przewodniczącego pierwszych wolnych związków zawodowych Solidarność. Nadgorliwa dbałość o wymowę stawała się nie do zniesienia również w moim ewoluującym angielskim. Podpowiadałam współrodakom, bo z przyzwyczajenia ubezdźwięczniamy końcówki, żeby jednak starali się udźwięczniać ostatnie litery, gdzie trzeba. Żeby nie nazywać kolegi z pracy kaczką. Co prawda on, Doug mu było, słyszał z polskich ust duck, gdy się do niego zwracano, ale nie miał za złe, że za pomocą dawno wyrobionych reguł wymowy, a ja? Krzywiłam się, jeśli ktoś zapisywał moje imię tak nie tak, jak należy.

Niedługo potem zbierałam się do Stanów z ważną wizytą na szczeblu prywatnym i byłam przekonana, że znam i polski i angielski na ile mi to potrzebne do życia (czytaj: prawie idealnie), a tu guzioł z pętelką! Zaplątałam się w amerykańskim angielskim zaraz na wstępie, na pierwszym spotkaniu z rodziną męża, bo dopiero wtedy uzmysłowiłam sobie, że po angielsku mówię językiem literackim o bardzo wąskim zakresie. W dodatku z brytyjskimi naleciałościami. Popisałam się czym chata bogata, bo jaki przedstawiciel klasy średniej w Stanach powie splendid, gdy pada propozycja podjechania do sklepu sieci wszystko za dolara? Great się mówi, jak coś się podoba. Świetnie i tyle. Żadne wybornie”. Poza tym kompletnie rozłożyłam się przy czasownikach. Ja do ludzi oszczędnie, po jednym wyrazie, a oni do mnie po dwa: ja - discover, oni - find out; ja - omit, oni - leave out; ja - postpone, oni - put off. Najpoważniej się zbłaźniłam przy zadaniu domowym bratanicy męża. Miała opisać i zilustrować kraj spoza kontytentu północnoamerykańskiego. Ze względu na mój przyjazd wybrano do zadania Polskę, więc naszkicowałam flagę, ale wyszła koślawo. Posłałam dziewuszkę do dorosłych zebranych w kuchni - mała nawet nie wiedziała, po co idzie. (Ja wiedziałam. Po gumkę do mazania.) I wyszło na to, że poprosiła o prezerwatywę, czyli a rubber, ale zamieszanie zakończyło się szczęśliwie, bo przyniesiono mi an ereaser.

Tego rodzaju wpadki podcięły mi skrzydła. Unikałam mówienia po angielsku poza tym, co niezbędne i zaszyłam się w polskich listach i książkach, aż przyszedł czas na odwet. Nagle dała o sobie znać ambicja, jakiej wcześniej nie znałam. Brytyjskie słownictwo dawno odstawiłam do lamusa, lecz postanowiłam wtopić się w kraj akcentem. Dręczyłam znajomych Amerykanów, żeby mnie poprawiali - nie lubią tego! - i dopięłam swego. Kiedy ulepszoną gadką zaczęłam nagabywać nowe twarze, odzew był wielce przyjemny: What state are you from? No, właśnie! Z jakiego stanu pochodzę? Ja, torunianka w każdym calu. Odpowiadałam, że z Winconsin, zakładając, że wiedzą o tej części Stanów ledwie tyle co ja, mianowicie, że trzeba jej szukać przy granicy z Kanadą. Może nieładnie, ale swój sukces na obczyźnie mierzyłam wówczas częstotliwością z jaką słyszałam pytanie o rzekome amerykańskie pochodzenie. Należy przy tym dodać, że szarada się kończyła, jeśli odurzona sukcesem za dużo wypiłam. Po którymś kieliszku pierwsza literka w takim other, oven i tym podobnych nie dała się dłużej zamortyzować krótkim a i stawała się apiać polskim o, a na dobitkę zamiast yeah chlapałam pomorskim jo.

Jak dalece można się posunąć dla zmiany tożsamości językowej? Nie wiem. Moje eksperymenty ukróciło urodzenie dzieci. Po pierwszym jeszcze się łudziłam, ale po drugim nie było najmniejszych wątpliwości: nie wrócę do Polski. Przestałam się świadomie w cokolwiek wtapiać. Postanowiłam przynajmniej wrócić do języka polskiego na co dzień, nieświadomie unosząc poprzeczkę jeszcze wyżej. Rozpoczęło się uciążliwe balansowanie między dwoma językami i w tej pozycji tkwię do dziś.

Nie używam pinglish. Nie trzymam ubrań w klozecie (closet - szafa wnękowa), nie wynajmowałam nigdy apartamentu, bo w życiu nie byłoby mnie na niego stać! (Apartment - mieszkanie.) Nie podobają mi się wyrażenia typu giętkość umysłu czy kreatywność. Unikam ich, bo inaczej potwierdzałabym, czepiając się np. creative, że bez niego Polacy dotychczas byli intelektualnie niedorozwinięci, zaledwie twórczy albo pomysłowi”.

Długoletni pobyt w Stanach spowodował, że dopuszczam się zupełnie innego rodzaju akrobacji językowych. Gdy jesteśmy sami, na skutek ciągłej wymiany zdań z dzieckiem (ile się da po polsku), z pracodawcą (tylko po angielsku), z kasjerką (znów angielski), z mężem (głównie angielski), z psiapsiółką (z jedną tak, z inną siak), z polską rodziną na Skypie, ja i mój łeb zmieniamy sobie tory myślowe przemieszczając się z jednego języka w drugi całymi frazami. Poruszam się wzdłuż granicy dwóch języków nieco pokręconym slalomem, wymiennie zapożyczając trochę z jednej strony, trochę z drugiej, ale z uwzględnieniem znanej mi składni. Ilustrując tę teorię, I'd use a few English words followed by a few Polish ones: w zależności od tego what feels right at the moment. Sprostuję, że wyrażałabym się jak leci także na głos -  która myśl pierwsza, ta lepsza, niezależnie od języka jaki wymusi uwagę.

Czy żal, że nie podchodzę do języków tak zasadniczo jak kiedyś? Tak, bo mam wrażenie, że nie umiem na zamówienie przywołać z kapelusza tylu określeń w danym języku, ile dusza zapragnie. Nie, bo paradoksalnie dam radę opisać rzecz dwa razy. Tak, bo zacinam się, kiedy lepsze słówko znajduje się po drugiej stronie słownika. Nie, bo ciągłe zderzanie się dwóch systemów językowych obfituje w niespodzianki semantyczne, które, przyznaję, ubóstwiam. I prawda, są chwile, że cała ta podwójna kompetencja językowa, do której zmusza wybór życia poza krajem zdaje mi się głęboko przereklamowana.

Biorąc pod lupę sposób w jaki dzisiaj mówię, powtórzę, że bilans nie jest prosty. Dla Brytyjczyka gadam jak Amerykanka. Dla Amerykanina I sound cute. Że niby mówię tak, że miło dla ucha. (Czyli jak?) Dziwię się, jeśli Polak wytyka, że obcy akcent minimalnie kładzie się cieniem na polszczyźnie. Dla mnie największym osiągnięciem jest to, że po prostu przyjęłam ten galimatias zdań za normę.

Pobyt za Atlantykiem odzwyczaił mnie od podchodzenia do nauki języka z precyzją, jeśli zanosi się na to, że nie będzie potrzebna do szczęścia. Przestałam ganiać panie w urzędach tylko dlatego, że literkę w w moim imieniu biorą za literówkę i wpisują w papierach Sylvia. Mogę powiedzieć, że zadomowienie się w Stanach uleczyło mnie w pewnym sensie z drobnoustrojowego krytykanctwa.

Powtarzam często i Tobie też się przyznam, że nigdy nie wstydziłam się polskiego pochodzenia, nawet kiedy gubiłam się w amerykańskich dialektach, nawet kiedy próbowałam sprawdzić, czy można sobie zostać rasową" Amerykanką (kimś, kogo rodzina mieszka tu bodaj dwa pokolenia). Ów epizod potwierdził, że nie warto być tym, kim się nie jest. Ciekawiej bywa, gdy na dzień dobry mówię, skąd pochodzę, bo wiadomość, że z Polski generalnie w Stanach budzi entuzjazm. Czy robię w domu pierogi? Tak się składa, że rozmówca jadł je gdzieś tam i bardzo smakowały. I jeszcze się okazuje, że jakaś ciotka, kuzyn, babka, przyszywany wuj lub rodzona wręcz matka była rodem z Polski. Jest to niezwykle miłe tu, gdzie mieszkam na Florydzie, bez podpory solidnej, polskiej enklawy na wzór niektórych północnych miast, że ktoś zupełnie obcy próbuje się ze mną bratać przez żołądek na środku spożywczego.

Starszemu Amerykaninowi oprócz pierogów przypomni się również polski robotniczy środek na walkę z sowieckim reżimem: Lek Łolesa (Lech Wałęsa). Ale teraz, kiedy od rzucenia pomysłem wyjazdu do Stanów minęły dwie dekady, nie odważyłabym się poprawiać polszczyzny, a tym bardziej angielszczyzny nikogo, kto próbuje po prostu się z drugim dogadać. Nic mi do tego. Tych granic językowych nie przekraczam i wrzucam sobie na luz, szczególnie, że jedynymi Amerykanami, których dziś uczę polskiego są moje dzieci. Powodzenia tym, którzy chcą do nastolatka podchodzić zbyt pryncypialnie!

[O czym Wy, czytelnicy tego bloga, wiecie najlepiej.]

piątek, 12 września 2014

Lekcja Czterdziesta Dziewiąta: Zakończona haniebnie

Poczytała sobie Koza pierwsze strony kontrowersyjnych dla matki Dzienników Nikki” (patrz: poprzedni post), a potem przyznała, że zaczęła skakać z rozdziału do rozdziału, tam, gdzie pamiętała, że było ciekawiej.
Dotarła do jakiejś historyjki z tatuażem i sama, bez próśb o polski, zaczęła relacjonować zdarzenie swą sfatygowaną polszczyzną.
Najpierw powoli, jak żółw ociężale,
ruszyła dziewczyna w fabułę nieśmiale.
Ruszyła baniaczkiem i ciągnie z mozołem.
I kręci się, kręci się słowo za słowem. (O tym, jak to tata Nikki rozjechał niechcący samochodem jeden z ważnych gadżetów szkolnych.)
I biegu przyśpiesza i gna coraz prędzej...
A matka się cieszy. Nie będzie dziś zrzędzić!
- I Nikka rozmawia do tych koleżanek... - wyjaśnia Koza, a ja nie poprawiam, jak nie poprawiałam wcześniej, żeby nie peszyć. -... że to nie jej wina i... Ej!!!
O...
Wykoleiła się!
Za moimi plecami znalazło się coś, co zdołało przerwać tok myślenia. 
Szkoda, szkoda. Tak dobrze szło! 
Do rejsowego, japońskiego pociągu daleko, ale jeszcze kawałek i by prawie dudniło i stukało rytmicznie jak w porządnym parowcu.
- Ja tylko ściałem... - „Coś” okazało się „kimś”. Młodszym bratem. O wiele! I to bratem nastolatki! Nie ma nic gorszego na świecie niż taki brat.
- A co to jest? - pyta to ciekawskie jajo.
- Nie bierz! - Koza podnosi głos bez cienia akcentu i zaczyna gnać w niebezpiecznym kierunku. - Powiedziałam, nie bierz! To nie dla ciebie!
Nic tu po mnie. Lepiej się usunąć, żeby zachować w pamięci poprzednią, miłą rozmowę. Przecież dziś każde słowo po polsku w ustach Kozy jest dla mnie...
- ZOSSSSTAW! NATYCHMIAST! - wali buch, buch.
... na wagę złota.
- WY-NO-CHA!
Pięcha młodszego - w ruch!

I tak rozpędza się katastrofa.

sobota, 1 lutego 2014

„Proszę ładnie się wpisywać, lecz karteczek nie wyrywać...”

Któregoś dnia, może z półtora roku wstecz, mój ówczesny trzylatek przyniósł kilka kartek spod drukarki i poprosił, żeby je spiąć. Powiedział, że będzie pisał książkę „dla dorosłych”, a zagadnięty o detale, dodał, że będzie dużo literek i mało obrazków.
Potem zakasał rękawy. Bez pośpiechu wyrysował rzędy szlaczków na każdej stronie i dumny ze swego dzieła przyszedł i zapytał:
- Co ja tu napisałem? Przeczytaj mi, bo nie wiem.
W ten sposób rozpoczęła się nasza rozmowa o różnicy między esami-floresami a literami, które Kozak znał już po angielsku.

Rok temu wprowadziłam polskie samogłoski (ślad tej nauki widoczny jest w tym wpisie) i zaczęłam przygotowywać się do uczenia Kozaka czytania po polsku metodą sylabową zapodaną mi przez logopedkę Elę Ławczys (autorkę tego bloga).

W międzyczasie książka Kozaka rosła. Spinane zszywaczem kolejne rozdziały doklejałam do książki-matki taśmą klejącą. Kozak nadal operował szlaczkami, ale tym razem szły one w parze z tłumaczeniem na język do rozczytania. I tak, kto zna język polski lub angielski, może dziś przeczytać w tym dziele, że 




 („To jest fajna książka dla każdego. A teraz muszę tu jeszcze dopisać literek”.)

ALBO

„Jabłecznik nie wyjdzie, bo nie założyłaś fartucha”. 
 „Papuga to ptak policyjny. Wszystko powtarza, co mówią policjanci w komisariacie i przestępcy mogą wtedy lepiej słyszeć”.
 „Łopaty śmigłowca obracają się tylko w jedną stronę”.
Itp. Itd.

Po ostatnich letnich wakacjach Kozak zapragnął osobiście zapisać coś z angielskich wyrazów wałkowanych w przedszkolu, a potem i z sylab, które poznawał po polsku, weryfikując charakter swego dzieła - odtąd co lepsze słowa musiały zostać zilustrowane.




Tworzony metodą chałupniczą wolumin tak rozrósł się wszerz, że jedną ręką dzisiejszego pięciolatka nie uniesiesz.




I zastanawialiśmy się, czy nie czas na rozpoczęcie drugiego tomu pamiętnika, a tu raptem smyk dostał „Mój pierwszy dzienniczek” Agnieszki Fabisiak-Majcher i Eli Ławczys.

Książka wprawiła Kozaka w stan zakłopotania i zachwytu zarazem. Bo - jakby nie patrzeć - konkurencja jakaś się objawiła, ale przydatna przecież - z linijkami jak ulał pod myśli nieuczesane.

Chociaż książeczka została napisana z myślą o wypełnianiu dwóch stron dziennie, zaintrygowany Kozak chciał, abym za jednym posiedzeniem przeczytała mu całość. (Niestety, tak płodnemu „artyście” jak Kozak nie przetłumaczysz, że ma się zadowolić dwoma kartkami na dobę.)
Książkę przeczytaliśmy w trzy posiedzenia i wiem, jaki temat jest na której stronie, a to przydatne, kiedy młody czytelnik nie z tych, co chce trzymać się narzuconego kierunku. Najważniejsze, że świetnie rozumie proste dialogi, lubi pytania o niego samego, każe mi streszczać mijający dzień i raz sam, raz z moją pomocą gryzmoli zawzięcie to literki to obrazki. 




Nie zaglądamy do dzienniczka codziennie. Tytuł taką częstotliwość zaleca, ale luźny format książeczki tego nie wymaga. Powroty są jednak twórcze, bo oprócz odpowiadania na pytania, Kozak nie żałuje introspekcji i wyłuszczania praw rządzących światem. Polecam stąd takie wpisy jak
„Guma do żucia zrobiona jest z żuka”
„Rano dobrałem się do słodyczy.”
„Nie lubię majazonu”. (majonezu)
„A kiedy urosnę, to będę dorosłym”.
„Dzisiaj dostaliśmy od listonoszki nowe kluczynki do skrzynki.”
oraz
„Jak nie czytasz książki, to się długo nudzisz. Przestępcy nie czytają książek”.

No.
To szklanice w górę za wszystkich „nienotowanych” i za Elę - w podzięce za przygodę z drugim pamiętnikiem Kozaka.

Muszę patrzeć tylko, żeby nie kłaść dzienniczka zbyt wysoko, bo jak to Kozak ostatnio skwitował próbując go dosięgnąć, „lepiej nie wchodzić na półkę, bo można kompletnie dobrze się zwalić”.
Aż takich poświęceń dla krzewienia języka byśmy nie chcieli... ;-)





Ps. Umyśliłam sobie od początku istnienia bloga przywitać wszystkich ujawniających się gości - przynajmniej tych, których wypatrzę -  i dziś oficjalnie ślę ukłony ivonesce. Prosto z górnej półki, że się wyrażę ;-) I pozdrawiam wszystkich!

czwartek, 23 stycznia 2014

Lekcja Czterdziesta Piąta: „A kysz!” widziadłom z pomroki dziejów. (Strzeżcie się pary minimalne!)

Nieznośnym zwyczajem poruszyłam tematy, o których Koza nie usłyszy w swoim L1, w angielskim, ani od nauczycieli, ani od koleżanek, ani w TV. Przynajmniej nie w tym kontekście, w którym chcę, żeby te wyrazy zarejestrowano. Notujemy słowa takie jak „średniowiecze”, „osada”, „przywódca”, „plemię” itp.
- I na czele plemienia Polan stał książę Mieszko I...
- Na czele to chyba może stać tylko mucha. Albo komar. I wtedy robisz tak. 
Plac! Koza wali się w czoło i spstrykuje niewidzialnego owada.
OK, robimy mały „skok w bok” dla rozróżnienia obu „czół”, po czym wracam do osi czasu, opowiadam o czymś, co trwało kilka stuleci.
- Widzę... no widzę... - mruczy Koza - od szóstego wieku do iksowego...
- Do dziesiątego.
- Jak wolisz. I co dalej?
Nie ma „dalej”. Ponownie pokazuję rzymskie liczebniki, do których w amerykańskiej szkole publicznej nie przywiązuje się większego znaczenia, bo wieki zapisuje się cyframi arabskimi. Koza zgrzyta zębami, ale ustawia na kartce proste i skośne „patyczki”.
- Dobra, to przejdźmy do ciekawszych rzeczy. Pokażę ci jak wyglądały średniowieczne grody.
Przez twarz córki przemknął cień zainteresowania.
- W średniowieczu pełniły przede wszystkim funkcję obronną.
- Obronną? You mean defensive?
- No właśnie! Żeby ustrzec się przed wrogami, stawiano wokół nich mury obronne.
Koza się skupia.
- Przed jakimi wrogami?
- O, średniowiecze to były bardzo niespokojne czasy! Zawsze trzeba było być gotowym stawać do broni, bo chętnych do splądrowania książęcego grodu i zagarnięcia cudzej ziemi było wielu.
Nie muszę tłumaczyć Kozie słowa „plądrować”, bo jest bardzo podobne do plunder [wym. plander].
- To widzę, że w Polsce było jak w Egipcie - mówi córka. (A Egipt, jak może pamiętacie z posta o maciorze, jest Kozie akurat bliski sercu ;-)
- Mieszkańcy słowiańskich grodów dzielili się na kilka grup, a każda z nich miała swoje zadania do wykonania. Łączyło je zaś to, że pracowano nie tylko na swoje przetrwanie, ale tak naprawdę na rzecz władcy. „Poczkaj” momencik... zaraz ci pokażę taki przykładowy gród... i kto gdzie w nim mieszkał... Była tu gdzieś makieta...
- OK. You’ve totally lost me now - rzecze Koza i dziwnie się śmieje.
- A czego nie rozumiesz?
- Dlaczego opowiadasz mi jakieś ghost stories?
- To nie historie o duchach. Tak wyglądały początki państwa polskiego...
- Ale co mają zombies do tego państwa polskiego?
- Jakie zombies?
- A mieszkańcy grobów to niby co są? Żywy deadnięty to zombie, a zombies nie są prawdziwe!


Ps. Ale prawdziwe są nowe czytelniczki! I „asiami” i Sylwia Kowalska... I Anna hugoandmatilda...
Pominęłam kogoś? Proszę mi to „częprędzej” wytknąć, zaraz ochoczo pozdrowię!

niedziela, 12 stycznia 2014

Czy za dwujęzyczność się płaci?

"...koszty [wynikające z dwujęzyczności] na pewno istnieją, tylko pytanie jest, czy one rzeczywiście są aż tak dramatyczne, że stanowią przeciwwagę dla wszystkich zysków, które z dwujęzczności wynikają?" - wypowiada się dla Polskiego Radia wspominana wcześniej przeze mnie pani dr Zofia Wodniecka-Chlipalska z Zakładu Psychologii Eksperymentalnej Instytutu Psychologii UJ.

Tak, z punktu widzenia psychologii poznawczej te koszty są minimalne, np. zauważa się mniejszy zasób słów u dzieci (biorąc pod uwagę każdy z dwóch języków z osobna) - o czym świadczy niejeden mój post o lekcjach z Kozą - albo wyszukiwanie właściwego słowa - "przypadłości" dwujęzycznych dorosłych. Ale badania naukowe eksponują głównie profity wypływające z uczenia się dodatkowego języka.

A gdy teorii trochę nie po drodze z praktyką?
Czy koszty wynikające z dwujęzyczności mogą być większe?

Zacznijmy od dwóch tysięcy dolarów. Cyferkami będzie ładniej, więc proszę: 2000 dolarów. Ta liczba to średnia opłata za jeden semestr na tańszej amerykańskiej uczelni wyższej, pod warunkiem, że student jest rezydentem stanu, w którym znajduje się uniwerek. (Osoba spoza stanu zapłaci ze trzy razy tyle.)
Przy normalnym trybie studiów, na rok akademicki składają się trzy semestry. Czyli za cały rok wychodzi 6000 dolarów.
Studia pierwszego stopnia trwają cztery lata, dlatego powyższą sumę należy przemnożyć przez 4 i mamy 24 tysiące dolarów. Tyle kosztuje zdobycie dyplomu Bachelor’s Degree na jednej z najbliższych mi geograficznie uczelni wyższych, bo nie biorę pod uwagę kosztów akademika, stołowania się poza domem, pieniędzy na dojazdy do domu itp. OK, nie uwzględniłam też kosztów podręczników czy opłat administracyjnych.

Gdyby kto był ciekaw, nie zachciało mi się studiować! Nic z tych rzeczy! Niech mnie przed tym ręka wszelka broni! Ja już swoje na amerykańskim uniwerku odrobiłam. Nie stać mnie na ani centa więcej. Piszę o nauce na poziomie wyższym, bo Koza mnie wczoraj zapytała, czy będzie mogła pójść na studia. Chyba zaskoczyło, że do wykonywania zawodu, jaki sobie ostatnio umyśliła, będzie potrzebny uniwersytecki papierek. Poza tym koleżanki coraz częściej już szemrają o college'u choćby w kategoriach atrakcji. Np. który kampus w okolicy jest najbardziej cool (bo jak to zrobić, żeby jak najmniej za naukę zapłacić to temat, który raczej trapi nie nastolatków, a ich rodziców). A wbrew amerykańskiej modzie rozdawania dzieciom trofeów niezależnie od wykazanej pracy i wysiłku, na studiach panują inne reguły gry. Nie hołduje się tu do końca zasadzie, że każdy posiada wyjątkowe zdolności. Na granty i stypendia, które w całości pokryją lata nauki, przeciętniak liczyć nie może.

Koza - nigdy nie ukrywałam - żadnym talentem nie poraża. Poprawniej nie pisze, szybciej nie biega, sprawniej nie liczy, łatwiej nie zapamiętuje. (Ma dryg do ironizowania, ale nie funduje się stypendiów pyskatym.) Ja, świadoma starć, jakie ją czekają, żeby dostać się na studia i mieć z czego je ukończyć, zamiast przerabiać z córką dodatkowy materiał, męczyć testy, fundować korepetycje, zapisywać do elitarnych szkolnych klubów lub kształcić w szkołach prywatnych robię co? Uczę ją polskiego: wydaję pieniądze na polskie książki i jeśli mam, odkładam z pensji - gdy jest praca - nie na czesne, a na loty do Polski.

Z moich obserwacji wynika, że Polacy w USA często podejmują decyzję, która ma pomóc dziecku zapewnić sukces społeczny: nie przekazują języka polskiego, skupiając się na tym, aby już w zerówce ich dziecko mogło mieć jak najlepsze wyniki z angielskiego i z matematyki. To pozwala nie tylko uniknąć klasyfikacji dziecka jako ucznia wymagającego special education, bo opóźnionego w nauce, ale jeszcze dostać się do tzw. Honors Class, klasy o wyższym poziomie. Mniej jest w niej sztywnych testów, więcej dyskusji, lekcje prowadzi się z jeszcze lepszym pomysłem, ubarwia eksperymentami.

W gimnazjum też czeka na honors student doborowe towarzystwo i ciekawszy program. A w liceum taki delikwent może już - uwaga! za darmo! - zapisywać się w ramach lekcji na akademickie przedmioty podstawowe, tzw. core courses, które są tu na studiach obowiązkowe niezależnie od obranego kierunku.

Być może nie do końca dobrze robię upierając się przy rozwijaniu języka polskiego ponad to, czego Kozę nauczyłam. Znajome Polki mieszkające na Florydzie chwalą się edukacyjnymi osiągnięciami swoich jednojęzycznych córek (o rok, dwa starszych od Kozy). Osiągnięcia te mają zapewnić dziewczynkom lepsze szanse dostania się na dobrą uczelnię i otrzymania jak najlepszego stypendium naukowego. W porównaniu z tymi koleżankami, Kozie do uniwersyteckiego dyplomu jest w tej chwili o wiele dalej, bo wieczorem czyta mniej lub bardziej zrozumiale ileś stron po polsku, podczas gdy jej rówieśnicy, nie tylko z matek Polek zrodzeni, rozwijają słownictwo angielskie, mur-beton pojawiające się na testach wstępnych na studia.

Dlaczego nie skupiam się nad ocenami Kozy z przedmiotów obowiązkowych, żeby uniknąć płacenia za nie na pierwszych latach studiów?

I co w ostatecznym rozrachunku ważniejsze dla dziecka? Praca, która ma przybliżyć sukces zawodowy czy dalsza znajomość języka, który do zaistnienia w tym społeczeństwie nie jest konieczny?

Moi znajomi uznali za kluczowe to pierwsze i zupełnie ich rozumiem, że postawili na zdobycie dobrego wykształcenia, szczególnie, że oni sami mieli możliwość ukończyć studia wyższe za darmo, w Polsce.

Nie zdziwiłabym się, gdyby chęć zapewnienia dziecku wykształcenia wyższego jak najmniej zabójczym dla kieszeni kosztem była jedną z przyczyn, dla których wiele dzieci z polskich rodzin mieszkających w USA nie wyrasta na dwujęzyczne.
A tak właśnie wygląda rzeczywistość: gro dzieci polskich imigrantów nie mówi wcale dobrze po polsku i o tym zjawisku także wspomina dr Wodniecka.
Zgadzam się z nią i bez wybiegania przykładami za swoje podwórko. Regularnie biadolę o tym w lekcjach z Kozą.

Kozak trochę te statystyki nadrabia, bo będąc na etapie przedszkolnym może jeszcze posłużyć za model podwójnej przynależności językowej - ciągle posługuje się dwoma językami w stopniu zrównoważonym, według sugerowanej definicji dwujęzyczności dr Wodnieckiej. (Schody w pozostaniu osobnikiem dwujęzycznym zaczną się w tym momencie, kiedy zacznie się oczekiwać od dziecka umiejętności czytania i pisania, a także przyswajania sobie materiału szkolnego i w pierwszym i drugim języku - to moja opinia, tak zupełnie na boku.)
Póki co, Kozak momentami nawet faworyzuje język polski:
- Mama, po angielsku jest tylko łan (one, 1). A po polsku jest jeden i raz. Po polsku są dwie jedyny!
Analityk! 
Ale na pracownika naukowego Kozak się nie pisze. Opisałam mu życie studenta i powiedział, że to za dużo uczenia się i że nie idzie do studia.

Jaką więc przyszłość funduję dzieciom?

I dla zainteresowanych, całość wywiadu z panią dr. Wodniecką, nagranego ponad dwa lat temu, jest do odsłuchania TUTAJ.

Ps. Ktoś anonimowo (?) podhaczył się pod blog - witam serdecznie i miłego czytania!

sobota, 4 stycznia 2014

Spożywcze wcielenie zła

Kiedy Koza skończyła trzy lata, sprezentowano jej kocyk ze SpongeBobem. Ponieważ uznałam, że córka nie przejawiała potrzeby posiadania ozdób z nadrukiem żółtej gąbki, wepchnęłam koc do szafy. Sęk w tym, że nie dość głęboko, bo jakiś czas później Koza wyszperała one elektryzujące kolory poliestru i prezentowała je przy każdej okazji: herbatka z misiem, książeczka z kotkiem, popołudnie z tatusiem...
Tenże kocyk napatoczył mi się onegdaj przy sprzątaniu i miałam się prezentu pozbyć (przyznaję, nigdy nie podobał mi się ów wytwór domowych tekstylii dziecięcych), a tu pech! „Zoczył” koc Kozak.
- Kupiłaś mi koc ze SpongeBobem? Jesteś naaaajlepszą mamą na świecie!!!
Najlepsza mama na świecie pogratulowała sobie gulajstwa. Trzeba było ohydztwo wynieść pod osłoną plastykowej reklamówki, a nie - przerzucić prostokątny korpus Kanciastoportego przez ramię i przeparadować synowi przed nosem.
Oczywiście po wyściskaniu kocyka Kozak stwierdził, że należy włączyć TV i nasycić duszę gąbką na żywo.

Odgrywając narzuconą mi rolę najwspanialszej matki pod słońcem, odnalazłam naprędce video o Bikini Dolnym. Siadłam przy uradowanym Kozaku, pomyślałam, czemu nie? Pośmiejemy się razem, bo spongebobowe opowieści z dna oceanu to typowe wcielenie amerykańskiej koncepcji „dwa w jednym”. Mnie rozbawi satyra na wzorowego gorliwca w fastfoodowym świecie, a dziecko - bezceremonialna błazenada.

Ale póki co odpalam rzężący odtwarzacz video i manipulując pilotem trafiam na środek któregoś odcinka. Na ekranie pojawia się Plankton – czarny charakterek w zielonym wydaniu.




Dla niewtajemniczonych, Plankton ma tylko jeden cel w życiu, a jest nim zdobycie receptury kraboburgera i właśnie zbliża się do butelki, w której ukryty jest przepis. Kozak na ten widok staje na kanapie na równe nogi.
- Whoa! Mama! On chce ukraść the secret formula! – zbulwersowany syn najprawidłowiej w świecie miesza „w afekcie” języki. A potem patrząc mi w oczy dorzuca, już tradycyjną polszczyzną:
- Ja lubię SpongeBoba, ale NIE LUBIĘ tego kiszonego ogórka!




Ps. I podpowiedź, tak dla Waszego rozeznania - Whoa! i Wow! to dwa różne wykrzykniki (gdyby ktoś nie był pewien). Wow![łał] to słówko, które rozgościło się w języku polskim, wypierając nasze „achy”, „ochy” i tym podobne wyrazy podziwu czy uznania.
Whoa! wymawia się „łoł” i najczęściej jest okrzykiem zaskoczenia i zdumienia, o czym poświadcza niniejsza opowiastka, pierwsza na tym blogu w 2014-tym. 

Szczęśliwego już nie tak nowego roku!


wtorek, 29 października 2013

Lekcja Czterdziestra Druga: Poprzedzona uwagami. (Wszystkie na temat ;-)

Zacznę od uwagi językoznawczej.

Po głębokich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moje starsze dziecko nie jest dwujęzyczne a półtorajęzyczne, bo potrafi dobrze posługiwać się jednym językiem w mowie i w piśmie (język angielski), a drugim średnio (język polski), w dodatku wplątując język większościowy. 

Czyli L1 + L1/2 i bilans wychodzi na jeden język i pół. Dobrze liczę?

Po płytszych przemyśleniach wyznam też, że moja półtorajęzyczna Koza zamienia się coraz bardziej w coś, czego się boję, w nastolatkę.

Rok temu strój na Halloween miała gotowy miesiąc nazad. W tym roku od myślenia o przyszłości ważniejszy jest np. sen i leń - każdy w odpowiedniej dawce. W efekcie mamy co następuje: za dwa dni Halloween, Koza stroju nie ma. Aczkolwiek, winnam dodać ratując jej image, że tyle godności osobistej jeszcze posiada, iż nie pójdzie żebrać o cuksy bez przebrania. A są tacy! Co roku dzwonią mi do drzwi leserzy-bezkostiumowcy, psując innym zabawę. Lekce sobie ważą tradycję rozrywki Halloweenowej. I to w kraju, gdzie tak naprawdę bawić się nie potrafią.

Bo upraszczając, cofnę się w czasie. Do XVII-go wieku. Każę wyobrazić sobie wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i wytknę palcem przybyłych. Oto Purytanie. Straumatyzowani poróżą statkiem stają na nieznanym lądzie. Przyjechali w świętym celu: zgodnie z własną interpretacją Biblii będą tworzyć nowe królestwo Boga na ziemi. I - przy pomocy tubylców - zabierają się za przetrwanie.

I harowali jak dzikie osły, jedli byle co, obrastali robactwem, dziesiątkowały ich choroby... Kto miał czas i siłę się bawić? Przy świeczce czytano Pismo Święte - najważniejszą i często z wyboru jedyną książkę w ordynarnie ubogim purytańskim domu - a Ono nawoływało ciało do stania się świątynią Boga i nic nieczystego nie miało mieć w nim miejsca. I tak m.in. żaden rodzaj tańca w którym razem biorą udział mężczyźni i kobiety, ponieważ wspólne danse to skrót do nierządu.

Rzeczone podejście do zabawy trzymało się całkiem mocno całkiem długo. Jeszcze pod koniec XVIII-go wieku, w czasie drugiej fazy wielkiego przebudzenia religijnego, w kilkunastu natenczas Stanach Zjednoczonych można było przeczytać traktaty o szkodliwości tańca.  

Ale oprócz surowej pobożności napływowych Anglików, Holendrów, czy Niemców, na społeczeństwo amerykańskie zaczęli wywierać wpływ i inni: Irlandczycy, Szkoci, Francuzi (później by trzeba dolać do tej mikstury trochę czupurnej krwi Słowian, Włochów i Greków) i w pewnym momencie purytański model odrzucania wszelkich przyjemności zaczął gasnąć. Dziś taniec jest zakazany w Stanach tylko np. w niektórych kościołach baptystycznych.

Chciałoby się zwalić winę na pierwszych osadników za współczesne amerykańskie, takie sobie w porównaniu z polskimi imprezy. Ale nie wiem, czy wypada.

Piszę więc, co obserwuję. Że mimo poluzowania reguł, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, w USA nie zakorzeniła się szeroko pojęta tradycja karanawału. I tak np. Sylwester nie oznacza otwarcia sezonu imprez tanecznych. Huczne Mardi Gras - dzień przed Środą Popielcową - obchodzi się w zasadzie na Południu i to głównie pochodami, a nie przytupem do muzy z głośnika. American party polega na staniu, jedzeniu i gadaniu. Natomiast tańczący Amerykanin na takim przyjęciu to podrygujący gość ze szklanką lub butelką piwa w dłoni na wprost podobnie wyginającej się gostki z pokrewnym procentowo drinkiem i tyle.

Przeciętny "tosto-zjadacz" tańczyć w parze nie potrafi, chociaż Hollywood może twierdzić inaczej. (Chwycenie partnera czy partnerki za krągłości się nie liczy!) Nie ma w Stanach w zwyczaju wprowadzać dzieci w arkana kroków i obrotów tanecznych poza zapisaniem dziewczynek na balet. Nie organizuje się szkolnych zabaw na parkiecie. Co więcej, nie organizuje się bali przebierańców i jedyną szansą stania się raz w roku kimś innym, kimś w przebraniu, jest 31-go października, w Halloween.
I Kozie nie chce się w nic przebrać? Ten raz w roku?

A może chce się, tylko ja mam o tym pomyśleć?

Moje podejście do czwartkowego święta od lat raczej się nie zmienia

Ciągle próbuję złożyć do kupy amerykańskie wychowanie dzieci (chucha się na nie i dmucha do przesady według zasady Safety 1st grunt to zapewnić bezpieczeństwo) z październikowym machnięciem na tę filozofię reką. Bo bez znaczenia wówczas się staje, czy dziecko potrafi rozróżnić rzeczywistość od fikcji. A można raczej założyć, że powiewająca z drzewa kostucha za rogiem nie jest dowcipna dla smyka z przedszkola i jeśli wyrządzi mu szkodę, to większą niż stłuczone kolano.

Jedni lubią się bać, inni nie. 
Jedni lubią się bać na mniejszą skalę (dekoracje w poziomie - gustowny mini-cmentarzyk na trawniku styka), a inni chcą zdobyć nagrodę osiedlową za najbardziej odstrachany dom w okolicy. Tak jak twórcy tego dzieła:




Co październik tak naprawdę boleję nad czym innym niż straszenie dzieci. Żal mi, że kontakt Amerykanina ze sprawami ostatecznymi zatrzymuje się na atrapie horroru. Że nie ma w tej materii równowagi: teraz zbiorowo świrujemy, potem przystanek alternatywny, Refleksja.

Bez tego zrównoważenia podejście do śmierci w kulturze amerykańskiej jest jak ichni taniec - podwójne zmaganie w pojedynkę, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i każdy z osobna pchły wytrząsa, że zacytuję swego dziadka.

Uważam, że są sprawy, w których w pozycji wyjściowej warto rękę podać.


***


Kiedy Koza trawiła „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, zgodziłam się, żeby czytała sobie pod nosem, ale od czasu do czasu sprawdzałam, czy rozumie. Np. zapytałam, czy wie, co to jest „upiór”.
Koza na to, że ubiór to ubranie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, kochanie, „upiór” przez „p” w środku.
- A, uPiór! To w zasadzie... stworzenie pierzaste... 


Najpierw pojawiły się w ciemnościach oczy - drobne płomyki, niewyraźne jak światła domostw w oddali, lecz pozbawione ciepła, bezlitośnie nieruchome.
Potem wokół wypalonych oczu wyostrzył się zarys głowy bez dolnej szczęki, a w postrzępionym płaszczu zadrgał surowy niepokój. 
Kątem oka dostrzegłam błysk i uniosły się nade mną sierpy szponów pod kapturami obwisłych rękawów.
Struchlałam, nie mogąc się ruszyć. Poczułam na sztywniejącym karku skraplający się lód.

Widmo zastygło.
I przemówiło:

- Ćwir?


***

W czytelnikach pojawiła się Polka z Monachium? Pozdrawiam :-) 

wtorek, 15 października 2013

Lekcja Czterdziesta Pierwsza: Polska biała zwisłoucha - kupa mięcha i egipski bóg słońca

- Mama, kup mi świnkę.
Po angielsku to powiedziano, do mnie.
W odpowiedzi milczałam znacząco moją najlepszą polszczyzną, bo w godzinach lekcyjnych nie chcę słyszeć angielskiego. 
Koza się poprawia:
- Kup mi pigletka.
- Prosiaczka.
- Kup mi prosiaczka...
Próbowano już przepchnąć dudka i żółwia. Doszłyśmy, widać, do ssaków.
- Ale wymyślasz! Po co ci prosiaczek?
- Zobacz jakie są śliczne! - Zaparkował mi przed nosem laptop (podstępnie otwarty na stronie pełnej różowych ryjków i ciemnych raciczek). - To... myniczeur prosiaczki...
- Miniaturki.
- I zobacz, co tu jest napisane: przywiezione do USA z Twojej u-ko-cha-nej Europy!
Zadźwięczał dzwonek u drzwi wejściowych.
- Tak, malutkie są śliczne... Tylko jaką masz gwarancję, że taka miniaturka nie rozrośnie się w zwykłą świnię hodowlaną?
Ponowny dzwonek do drzwi. Tym razem niecierpliwy. I jeszcze jeden. Wstałam od biurka.
- Wpisz w wyszukiwarkę maciora, wybierz images, to pogadamy - rzekłam na odchodne.
Odkluczyłam drzwi wejściowe.
- Cześć, to ja! - uśmiechnął się z wycieraczki Kozak.
- Co ty tu robisz?
- Tata zabrał mnie na spacer.
Luby Mąż wyłonił się na chodniku, targając kozaczy rower. Kozak zadzwonił dzwonkiem jeszcze kilka razy, uznał, że wystarczy, zbiegł ze schodków i pognał dzwonić do drzwi sąsiadów.
Wróciłam do Kozy zgarbionej nad komputerem i za Kozą kompletnie zbiło mnie z tropu. 

Na ekranie napakowany koksem gościu w pretensjonalnej pozie smoli cygarosa wielkości kabanosa. Zwierz - nie zwierz, próżno deliberować - w każdym razie samiec. Klasy truteń mym skromnym zdaniem.



(Zdjęcie stąd

- Co ty za strony przeglądasz? - pytam Córkę.
Koza dalej gałuje w komputer. Żuje dolną wargę.
Szukam wąskiego paska przeglądarki - co tam wpisało moje dziecko, że zamiast maciory byczek się pojawił?
I za chwilę namierzam odpowiedź: Macho Ra.

sobota, 12 października 2013

Lato puszcza?

Nie wiem, ale od trzech dni wieczory są bardzo przyjemne i zabrałam wczoraj po 19-tej Kozaka na spacer: błogi wietrzyk, ja, Kozak i przymusowy język polski. Przymusowy w zasadzie tylko w jednym miejscu w całym mieście, na kilka metrów przed przedszkolem, gdzie Syn ściska mi rękę i mówi mama, nie mów tu do mnie po polsku.

Skąd mu się to wzięło, skoro wokół każdy mówi, jak chce? Wychowawczyni rozmawia przy nas z częścią rodziców po hiszpańsku, sąsiadka z mojej ulicy do swojej córeczki zwraca się w jednym z narzeczy filipińskich, sąsiad uczy swoje dziecko podstaw niemieckiego, a angielski, w którym się obracamy, nie jest tylko amerykański. Jedna z babć w przedszkolnym holu wita nas pięknym Queen's English.

- Mama - zwraca się do mnie Kozak - a język jest przyczepiony do buzi.
- To prawda.
- Inaczej by wypadł. I wtedy nie można mówić.

Sęk w tym, że język polski za bardzo się u synka poluzował, kiedy mnie latem nie było w domu. I stąd ten spacer. Żeby z daleka od przedszkola, z daleka od taty i siostry wrzucić Syna na głęboką wodę i spróbować skorygować letnie naleciałości: dwa wieżedobry kolegi, odpowiedź nie są na pytanie czy są tam gdzieś....
Grunt, żeby maluch znów się osłuchał.

Idziem sobie, gawarim, słońce zaczyna zachodzić, Kozak znosi ździebełka, łodyżki. Na niektórych kwiecie.
- Tego nie sięgnę - pokazuje na nieznaną mi roślinę w szuwarach. - Możesz sobie go sama zerwać.
Zamiast zerwać, biegnę do domu po aparat i robię zdjęcie.




I oczywiście wylewnie dziękuję za chęć sprezentowania mi kwiatów ze stawu. Za bukiecik w dłoniach też.

Wracamy do domu. Ja zadowolona po dobrze spełnionym językowym obowiązku, bo nasłuchał się ode mnie Kozak polskiego, aż miło. I co na koniec do Syna powiedziałam, nie wiem, ale bez namysłu odparł z entuzjazmem:
- Ach, jak mnie ucieszyłEś! Jestem wzruszonA.

Ja też.
Aż mi opadają oba ręce.