Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L2. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L2. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2013

Lekcja Czterdziestra Druga: Poprzedzona uwagami. (Wszystkie na temat ;-)

Zacznę od uwagi językoznawczej.

Po głębokich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moje starsze dziecko nie jest dwujęzyczne a półtorajęzyczne, bo potrafi dobrze posługiwać się jednym językiem w mowie i w piśmie (język angielski), a drugim średnio (język polski), w dodatku wplątując język większościowy. 

Czyli L1 + L1/2 i bilans wychodzi na jeden język i pół. Dobrze liczę?

Po płytszych przemyśleniach wyznam też, że moja półtorajęzyczna Koza zamienia się coraz bardziej w coś, czego się boję, w nastolatkę.

Rok temu strój na Halloween miała gotowy miesiąc nazad. W tym roku od myślenia o przyszłości ważniejszy jest np. sen i leń - każdy w odpowiedniej dawce. W efekcie mamy co następuje: za dwa dni Halloween, Koza stroju nie ma. Aczkolwiek, winnam dodać ratując jej image, że tyle godności osobistej jeszcze posiada, iż nie pójdzie żebrać o cuksy bez przebrania. A są tacy! Co roku dzwonią mi do drzwi leserzy-bezkostiumowcy, psując innym zabawę. Lekce sobie ważą tradycję rozrywki Halloweenowej. I to w kraju, gdzie tak naprawdę bawić się nie potrafią.

Bo upraszczając, cofnę się w czasie. Do XVII-go wieku. Każę wyobrazić sobie wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i wytknę palcem przybyłych. Oto Purytanie. Straumatyzowani poróżą statkiem stają na nieznanym lądzie. Przyjechali w świętym celu: zgodnie z własną interpretacją Biblii będą tworzyć nowe królestwo Boga na ziemi. I - przy pomocy tubylców - zabierają się za przetrwanie.

I harowali jak dzikie osły, jedli byle co, obrastali robactwem, dziesiątkowały ich choroby... Kto miał czas i siłę się bawić? Przy świeczce czytano Pismo Święte - najważniejszą i często z wyboru jedyną książkę w ordynarnie ubogim purytańskim domu - a Ono nawoływało ciało do stania się świątynią Boga i nic nieczystego nie miało mieć w nim miejsca. I tak m.in. żaden rodzaj tańca w którym razem biorą udział mężczyźni i kobiety, ponieważ wspólne danse to skrót do nierządu.

Rzeczone podejście do zabawy trzymało się całkiem mocno całkiem długo. Jeszcze pod koniec XVIII-go wieku, w czasie drugiej fazy wielkiego przebudzenia religijnego, w kilkunastu natenczas Stanach Zjednoczonych można było przeczytać traktaty o szkodliwości tańca.  

Ale oprócz surowej pobożności napływowych Anglików, Holendrów, czy Niemców, na społeczeństwo amerykańskie zaczęli wywierać wpływ i inni: Irlandczycy, Szkoci, Francuzi (później by trzeba dolać do tej mikstury trochę czupurnej krwi Słowian, Włochów i Greków) i w pewnym momencie purytański model odrzucania wszelkich przyjemności zaczął gasnąć. Dziś taniec jest zakazany w Stanach tylko np. w niektórych kościołach baptystycznych.

Chciałoby się zwalić winę na pierwszych osadników za współczesne amerykańskie, takie sobie w porównaniu z polskimi imprezy. Ale nie wiem, czy wypada.

Piszę więc, co obserwuję. Że mimo poluzowania reguł, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, w USA nie zakorzeniła się szeroko pojęta tradycja karanawału. I tak np. Sylwester nie oznacza otwarcia sezonu imprez tanecznych. Huczne Mardi Gras - dzień przed Środą Popielcową - obchodzi się w zasadzie na Południu i to głównie pochodami, a nie przytupem do muzy z głośnika. American party polega na staniu, jedzeniu i gadaniu. Natomiast tańczący Amerykanin na takim przyjęciu to podrygujący gość ze szklanką lub butelką piwa w dłoni na wprost podobnie wyginającej się gostki z pokrewnym procentowo drinkiem i tyle.

Przeciętny "tosto-zjadacz" tańczyć w parze nie potrafi, chociaż Hollywood może twierdzić inaczej. (Chwycenie partnera czy partnerki za krągłości się nie liczy!) Nie ma w Stanach w zwyczaju wprowadzać dzieci w arkana kroków i obrotów tanecznych poza zapisaniem dziewczynek na balet. Nie organizuje się szkolnych zabaw na parkiecie. Co więcej, nie organizuje się bali przebierańców i jedyną szansą stania się raz w roku kimś innym, kimś w przebraniu, jest 31-go października, w Halloween.
I Kozie nie chce się w nic przebrać? Ten raz w roku?

A może chce się, tylko ja mam o tym pomyśleć?

Moje podejście do czwartkowego święta od lat raczej się nie zmienia

Ciągle próbuję złożyć do kupy amerykańskie wychowanie dzieci (chucha się na nie i dmucha do przesady według zasady Safety 1st grunt to zapewnić bezpieczeństwo) z październikowym machnięciem na tę filozofię reką. Bo bez znaczenia wówczas się staje, czy dziecko potrafi rozróżnić rzeczywistość od fikcji. A można raczej założyć, że powiewająca z drzewa kostucha za rogiem nie jest dowcipna dla smyka z przedszkola i jeśli wyrządzi mu szkodę, to większą niż stłuczone kolano.

Jedni lubią się bać, inni nie. 
Jedni lubią się bać na mniejszą skalę (dekoracje w poziomie - gustowny mini-cmentarzyk na trawniku styka), a inni chcą zdobyć nagrodę osiedlową za najbardziej odstrachany dom w okolicy. Tak jak twórcy tego dzieła:




Co październik tak naprawdę boleję nad czym innym niż straszenie dzieci. Żal mi, że kontakt Amerykanina ze sprawami ostatecznymi zatrzymuje się na atrapie horroru. Że nie ma w tej materii równowagi: teraz zbiorowo świrujemy, potem przystanek alternatywny, Refleksja.

Bez tego zrównoważenia podejście do śmierci w kulturze amerykańskiej jest jak ichni taniec - podwójne zmaganie w pojedynkę, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i każdy z osobna pchły wytrząsa, że zacytuję swego dziadka.

Uważam, że są sprawy, w których w pozycji wyjściowej warto rękę podać.


***


Kiedy Koza trawiła „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, zgodziłam się, żeby czytała sobie pod nosem, ale od czasu do czasu sprawdzałam, czy rozumie. Np. zapytałam, czy wie, co to jest „upiór”.
Koza na to, że ubiór to ubranie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, kochanie, „upiór” przez „p” w środku.
- A, uPiór! To w zasadzie... stworzenie pierzaste... 


Najpierw pojawiły się w ciemnościach oczy - drobne płomyki, niewyraźne jak światła domostw w oddali, lecz pozbawione ciepła, bezlitośnie nieruchome.
Potem wokół wypalonych oczu wyostrzył się zarys głowy bez dolnej szczęki, a w postrzępionym płaszczu zadrgał surowy niepokój. 
Kątem oka dostrzegłam błysk i uniosły się nade mną sierpy szponów pod kapturami obwisłych rękawów.
Struchlałam, nie mogąc się ruszyć. Poczułam na sztywniejącym karku skraplający się lód.

Widmo zastygło.
I przemówiło:

- Ćwir?


***

W czytelnikach pojawiła się Polka z Monachium? Pozdrawiam :-) 

poniedziałek, 23 września 2013

Lekcja Trzydziesta Dziewiąta: Na plus czy minus?

A gdyby tak odwrotnie?
A gdyby tak trochę pośmiać się ze mnie?
Ze mnie uczącej dziecko języka polskiego?

Do tej pory „Koza to”, „Koza tamto”.
A moja polszczyzna?
Niestety, pozostawia wiele do życzenia.

Interpunkcji analizować nie będę, bo ziewniecie.
Literówki – normalka.
Lecz raz mało brakowało, żebym, przykładowo, zamiast „egzystencjalnie” napisała „egzystencjonalnie”, a „wiekopomne” - „wielkopomne”.

Zeszło trochę, zanim ponownie dotarło, że „na co dzień” to nie dwa wyrazy a trzy.
A w Lekcji Trzydziestej Ósmej to naprawdę się już popisałam. Przez kilka dni „protokół” kłuł w oczy „u” otwartym.

I jak w obliczu takich wpadek mam skrytykować Kozę, kiedy pisze „krul”, „krulewicz” i „krulewna”?

Lecz wszystko ma swoje granice i jak zwykła hipokrytka nie wytrzymałam. Powiedziałam, co myślę o tym nonszalanckim zapisie, przemilczając najważniejsze: że ta pisownia to porażka. Dziecko nic nie zapamiętało z regułek z zeszłego roku szkolnego. 

Koza, jak to Koza. Odparła niedbale: „Chilax, matka.”

Mam sobie wrzucić na luzik.
I nie mam być taka sztywna w regułach, bo one są po to, by je łamać – uzupełniła po angielsku.

Łatwo jej mówić.

Z drugiej strony chyba ma ciągle prawo do świata, gdzie istnieją kryteria i normy bez których da się żyć i musi być jej o wiele łatwiej poruszać się w realiach jeszcze nie do końca rozdzielonych przepisami.
Ciekawe, że z jej perspektywy nadal wiele „się da”. 
Da się odkręcić, podmienić, wyjaśnić, przywrócić, otworzyć.

Każda pętla na szyi jak każde „ó”, bez wyjątków, da się wymienić na „u”.

poniedziałek, 20 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Piąta: „Zwierz kocha”, czyli czas na zmiany

Czytałyśmy tekst o zoo i Kozie przypomniała się rozmowa z Bratem.
- Chciał, żebym mu pokazała fokę, co składa jajka. Mówię mu, że foki nie składają jajek, ale kłócił się ze mną, że widział taką, która składa. Na twoim laptopie.

Dla ścisłości: na moim laptopie niczego składać nie wolno!

Nie wolno nawet składać jego samego, bo jest tak zjechany, że się nie zamyka na skutek pęknięcia jednego z zawiasów (pokancerowanego – według Lubego Męża - na skutek mojego bezprecedensowanego obchodzenia się z urządzeniem, spowodowanego targaniem sprzętu z jednego kąta w drugi. Tu przyrzekam - odbywało się ono nie z mojej winy, gdyż nie mam w domu własnego biurka na skutek tego, że Kozak mi je zagracił, a zagarnął je bo, raz niedysponowana przeniosłam się na kanapę i Kozak uznał, że biurko mi niepotrzebne).

I tak od pół roku moja kochana Toshibka ze słabo kontaktującym podłączeniem do prądu oraz o wyrobionym akumulatorze służy na kanapie za komputer stacjonarny, którego – mimo niewielkich gabarytów - nie idzie zapakować do torby.

Wymiana zawiasu się nie opłaca, bo dycha kompcio rozgrzanym wiatrakiem na drugiej baterii, jadąc na trzecim z kolei kablu, a ten trzeci kabel łączy tylko wtedy, kiedy zwisa przewieszony przez monitor, opierając się najchętniej na trzecim rzędzie liter, powodując palcopląs, że o oczach nie wspomnę.

Ale zapędziłam się w dygresje. Miało być o foce, co składa jajka.

- I ponoć ta foka śpiewa - dodaje Koza.

Jeśli rzeczywiście śpiewała z mojego laptopa, to dobrze było ją słychać, bo mam odjazdowe, wbudowane głośniki pod przekrzywionym ekranem (uniesionym lekko w górę po prawej stronie - dokładnie nad feralnym zawiasem). A głośniczki są firmy harman/kardon! Unikacik takie co w laptopie, jeśli mogę czymś jeszcze komputer zrehabilitować.
- Mama, co to znaczy „miota”?
- Miotła?
- Nie! Nie broom tylko „miota”! Ba on mówił, że ta foka się "miota".

Ja też bym się miotała, gdybym zniosła jajko, ale teraz mam jednak ważnieszy problem: trzeba będzie zakupić nowy laptop. A ja nie chcę Windows 8.
„Niestetyk”, zakup kompa z Windows 7 oznacza transakcję online. Żaden szanujący się amerykański sklep z krwi i kości nie prowadzi sprzedaży nadal popularnej „siódemki”. „Niestetyk”, bo nie będę mogła wypróbować klawiatury. Muszę kupić kota w worku, a ten kot drogi. Kilkaset dolarów, żeby mi weń wlazły wszystkie zdjęcia.

Dumam nad tym, kiedy uzbieram znów taką kasę: w lipcu? w sierpniu? jesienią? A tu proszę: okazuje się, że Kozak lepiej nadążał za moją rozmową z Kozą niż ja. Umożliwiły mu podsłuch gipsowo-kartonowe ściany i otwarte drzwi.
- Mama, włąc mi piosenkę o fkoce na twoim laptopie!
- O jakiej fkoce? – Odwracam się do Syna stojącego w przedpokoju.
- O fkWoce! Co „złości się i miota”! Co mówi „a to świnia” i „a to klowa” „takich nikt jus nie wychowa”.
Aha! O „Kwokę” Brzechwy z Akademii Pana Kleksa prosi.
- Za moment, dobrze? Dokończymy tylko lekcję. Poczekaj grzecznie. Pięć minut!
I poszedł sobie. Przycupnął kulturalnie na kanapie i laptop spadł.

Urządzenie działa nadal, choć na kablu pożyczonym od komputera Lubego Męża i na rozdwojonym ekranie – brzeg obudowy po upadku odkleił się tuż nad rozkraczonym zawiasem, firmowy napis harman/kardon wygiął się wypukle...
Ech, szkoda słów!
Szykuj, matka, kilka stów.

- Psia kocha! – wzdychalam pół dnia nad niezadawalającym stanem konta bankowego. A wieczorem, przechodząc obok Kozy, podśpiewującej sobie cosik przy swych zajęciach, dobiegł mnie taki półgłosik:
- Psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha...

Nic, tylko trza brać tę odmianę za dobrą monetę! 

piątek, 5 października 2012

Szklanka wody


 „Znasz moje oczy, no nie?
Znasz moje włosy, no nie?
Znasz moje usta, no nie?
Znasz moje dłonie, no nie?
To teraz powiedz, od razu powiedz – co jest?
Znasz moją chatę, no nie?
Znasz moich starych, no nie?
Znasz ich samochód, no nie?
Znasz moich kumpli, no nie?
To teraz powiedz, od razu powiedz – co jest?
Widocznie w takim razie nie kochasz mnie.”

Jeśli kojarzycie posta z 30-go września, to możliwe, że rozpoznajecie satyryczny utwór „Co jest?” grupy Old Stars. (Można go TU odsłuchać.)

Mruczę sobie czasem tę piosenkę i nawet nie zauważyłam, kiedy Koza zaczęła powtarzać za mną pierwszą zwrotkę. Niestety, drugiej nie pamięta i improwizuje: „Znasz moje książki, no nie?” „Znasz moją głowę...?” „Znasz moje uszy...?”
Córkę autentycznie bawi wyszukiwanie właściwych słów, aby pasowały do melodii i cieszy mnie wena twórcza Dziecka. Czego ja panikuję z tą nauką L2? Oto moja Koza swobodnie używa języka polskiego...
Rozśpiewała się znów dziś rano, po każdym „znasz...” wstawiając nowy wyraz, którego dotąd nie użyła. Wzruszam się nad możliwościami językowymi u Pierworodnej, lecz w pewnym momencie dochodzi do kraksy. Skromny leksykon polskich rzeczowników Córki bezczelnie się wyczerpuje. Koza wytrzeszcza oczy i na głos zastanawia się nad doborem kolejnego wyrazu.
- „Znasz moje”... Hm...  – rozgląda się po kuchni – owoce?
Potrząsa głową.
- To za długie – podpowiadam.
- Znasz... mojego banana?
Krztuszę się.
- Wiem, to też za długie. Może... Może... „znasz mój zlew”?
Tym razem Córka nie uzasadnia na głos pomyłki. Szuka weny dalej. Patrzy na Kozaka.
- „Znasz moje dzieci, no nie”?

Sięgam po szklankę. Ładuję weń kostki lodu i podchodzę do zlewu. Muszę się napić baaardzo zimnej wody.

Wiem, że nie powinno się popijać surowych owoców nieprzegotowaną kranówą, ale czajnik pusty, filtr do wody w lodówce zadżumiony, a po tym bananie zrobiło mi się gorąco. 

czwartek, 27 września 2012

Doña Quijote de la Florida

Gdzieś wyczytałam, ze największe prawdopodobieństwo, aby dzień przeżyć w złym humorze przypada na czwartek i czy zbieżność jest przypadkowa, czy nie - faktycznie jestem dzisiaj zdołowana.

Znalazłam na internecie tekst przypisany Bogumile Baumgartner, autorce książki Przeżyć dwujęzyczność. Jak wychować dziecko dwujęzycznie i to on, ten tekst właśnie, doprowadził mnie do rozpaczy.  

Artykuł czy też streszczenie powyższej książki jest skierowane do rodziców, którzy chcieliby, aby ich dzieci wychowywane na obczyźnie mówiły w języku polskim.

Nie będę tłumaczyć, że na nic mi wzmianka o tym, iż znajdę w Stanach dzielnice typowo polskie. Nie każdy emigrant mieszka w skupiskach, gdzie „prawie wyłącznie mieszka jedna grupa ludności obcojęzycznej”. Ja do tych szczęśliwców nie należę. Ale zostawmy to.

Oto punkt pierwszy, który mnie uderzył:

„...na emigracji z pomocą przychodzą przyjaciele rodziców mówiący ich językiem.”

Zmartwiłam się, bo znów wymienione w artykule normy mnie nie obejmują. Moi polscy przyjaciele mieszkają w Polsce. Chociażby ze względu na nieprzyjemności związane z amerykańską polityką wizową czy drakońskie ceny biletów lotniczych do mnie z pomocą nie przylecą.

Rada druga – o znajomych, lecz mam wrażenie, że „przyjaciele” z punktu pierwszego i „znajomi” w następnym zdaniu to dla autorki te same pojęcia: „Podczas spotkań znajomi powinni świadomie i z uporem zwracać się do wszystkich obecnych dzieci we własnym języku i takiego sposobu komunikacji od nich wymagać. Dzieci szybko uchwycą reguły gry i podporządkują się im.”

Mimo że „podczas spotkań” moi polscy znajomi generalnie zwracają się do moich dzieci po polsku (jeśli nie, to zaraz o to proszę), Córa wyrobiła własne „reguły gry” i zmiata z pola widzenia, żeby tylko za długo się nie pocić w L2. Kozak jeszcze „reguł gry” nie załapał i spontanicznie karmi gościa polskim monologiem o aktualnie dręczących go rozterkach technicznych (na przemiał lecą pralki automaczne, automatyczne suszarki do ubrań, piloty od telewizorów lub odtwarzaczy oraz telefony komórkowe i kalkulatory, ewentualnie klawiatury i windy – wszystko, co ma przynajmniej jeden przycisk, który Kozak miałby wielką ochotę przycisnąć). Ale wiem, że nadejdzie dzień, kiedy za Starszą Siostrą zbiegnie dokądś, skąd z trudem go przyjdzie potem wywołać.

Zaznaczyłam „podczas spotkań” cudzysłowem, ponieważ należy owe spotkania zdefiniować precyzyjniej: moi znajomi nie przychodzą na ploty do moich dzieci.
„Podczas spotkań” oznacza, że znajomi przychodzą na ploty do mnie. I odwrotnie – odwiedzam znajomych nie po to, aby zaszyć się w pokoju dziecięcym z ich dzieckiem i ćwiczyć z nim polszczyznę, ale po to, aby z rodzicem wymienić się ostatnimi nowinkami, z których wiele, przepraszam odgórnie, nie nadaje się nawet dla uszu malucha.

Reasumując, powyższa rada też mi niewiele daje.

Następna sugestia to „dobrze byłoby, gdyby ci znajomi również mieli dzieci.”

O tak! Dobrze by było. Ale często nie mają. A gdy mają, to dzieci nie są rówieśnikami i zabawa, a tym bardziej rozmowa, się nie klei. A jeśli przydarzy się rówieśnik, to najczęściej mówiący płynnie tylko po angielsku.

„Spotykając się wówczas, można dzieciom celowo organizować czas. Wspólnie z nimi przygotować i rozpalić ognisko, pływać łódką po jeziorze lub grać w piłkę. Podczas zabawy wszyscy będą zmuszeni do używania tego samego języka.”

Patrz wyżej – w moim przypadku odpada.

„Innym pomysłem, by skłonić dzieci do rozmawiania z rodzicami w ich języku, jest stworzenie w domu przestrzeni lub sytuacji, w których wolno używać tylko języka rodzimego. [Wtrącenie: rodzimego? Hm... Który język jest rodzimy dla dziecka urodzonego za granicą?] Muszą to być jednak ważne miejsca, bo inaczej dzieci zaczną ich unikać, by nie być zmuszane do mówienia inaczej niż jest im wygodnie. Takim miejscem może być stół wspólnych posiłków, a poza domem samochód. Dzieciom i rodzicom wolno tutaj mówić tylko tak, jak to zostało wcześniej ustalone. Dzieci same mogą wymyśleć kary dla tych osób, które nie podporządkują się wymogom reszty.”

W samochodzie? Przy kolacji? No, chciałabym, ale to nie jest dobry pomysł w moim domu. Przeznaczenie rzadkiego czasu, kiedy jesteśmy wszyscy razem tylko na mówienie po polsku nie raz odbiło mi się czkawką. W rodzinnym gronie kluczowy moment dnia, jakim jest zebranie się do kupy (wspólna kolacja albo wspólna jazda samochodem) służy przede wszystkim omawianiu strategicznych dyrektyw familijnych. Jeśli przekażę je dzieciom tylko po polsku, Ich Ojciec nie zrozumie i w całej rozmowie słowem się nie odezwie. Co gorsza, zmuszanie Ojca do uczestniczenia w czysto polskiej konwersacji kończy się potem brakiem konsekwencji w wychowaniu dzieci.

- On nie ma tego brać!
- To dlaczego ja nic o tym nie wiem?
- Jak to nie wiesz? Mówiłam!
- Kiedy?
Jak to kiedy? Wtedy, głąbie, gdy mówiłam do Ciebie w języku, którego nie rozumiesz!

Naprawdę tej propozycji nie mogę u siebie wprowadzić w życie. (A co do męża – proszę nie myśleć, że jestem heterą bez serca – jestem zaledwie heterą i w rzeczywistości nie zwracam się do niego głąbie, tylko, jak przystało na kogoś naście lat po ślubie, walę bez wstępów.)

Wróćmy do sedna sprawy. Kolejny pomysł: „Dobrze jest też mieć w samochodzie nagrania z ukochaną muzyką albo ulubionymi bajkami.”

Dobrze jest mieć. Przyznaję. Taki luksus miała za wczesnego dzieciństwa Koza. Ale Kozak zniszczył wszystkie trzy odtwarzacze płyt kompaktowych: jeden samochodowy, dwa domowe. Muzy niet. Pozostają nam bajki, telewizyjne i komputerowe.

„Wartościowe i pomocne w otwarciu się na odrzucony język mogłyby być wyjazdy na kolonie lub obozy wędrowne...”

Koza na nie najprawdopodobniej nigdy nie pojedzie z powodów zdrowotnych.
Ale i Kozak nie pojedzie. Z powodów prozaicznych. Poleci do Polski raz na rok, to ma się integrować z liczną rodziną i przyjaciółmi, a nie z obcymi. (Ja mu tak każę i już.)

„[Wartościowe i pomocne w otwarciu się na odrzucony język mogłoby być] utrzymywanie zawartych znajomości na drodze e-mailowej.”

Mogłoby. Emailem albo Skypem. I wiecie jak to wygląda? Dziecko się wstydzi swojej łamanej polszczyzny i wystukuje rzędy emotikonów, natomiast w sytuacjach krytycznych – kiedy jednak trzeba napisać jakiś wyraz - wzywa mnie przed ekran i każe się zastąpić.

Mój bilans? Na siedem wymienionych inicjatyw jestem w stanie wdrożyć pół punktu przedostatniego: bierne oglądanie bajek.

I... i oto bolesny wniosek nasuwa się sam: nauka języka polskiego w moim domu jest z góry skazana na niepowodzenie.

Oczywiście, to dla mnie nie nowina. Zaznaczyłam jak najbardziej osobiście w pierwszym blogowym poście, że zabierając się tego lata za polszczyznę Córki porywam się z motyką na słońce.

Dlaczego w związku z tym mi przykro i nie pocieszają mnie udogodnienia związane z przebywaniem na tej szerokości geograficznej? (Słońce w Słonecznym Stanie* zawieszone jest niżej, niż, dajmy na to, w Wirginii, dlatego łatwiej je dosięgnąć – to raz i dwa - świeci „to-to” jasno w moich okolicach ponad 200 dni w roku, czyli prawdopodobieństwo dosięgnięcia gwiazdy jest tu wyższe.)

Przykro mi, ponieważ po powyższym artykule czuję, że moja za krótka motyka jeszcze bardziej się kurczy i w wersji skróconej faktycznie nadaje się tylko na grządkę.

Nie mówcie o tym wszystkim Mojej Kozie. Niech nadal żyje w błogim przeświadczeniu, że jej lekcje z Madame Marmoladą – bo co innego pozostaje? - to nie jest zwykła strata czasu.

A teraz „żegnam państwa. Do widzenia. Pocztą prześlę pozdrowienia”.**
Idę się poryczeć.



*Nieoficjalna nazwa stanu Florydy (The Sunshine State)
**Fragment wierszyka Grzybobranie Doroty Gellner

sobota, 15 września 2012

Organizacyjnie

Co roku delektuję się wrześniem, bo we wrześniu Córka nadal mówi do mnie głównie po polsku. Mówi z rozpędu: po lipcowej rozgrzewce, po sierpniowych praktykach, we wrześniu zbieramy owoce letniego kontaktu z polską rodziną.

Nadstawiam uszu, ciekawa, co nowego padnie w moim ojczystym języku ze zgrabnie wykrojonych córcinych ust. W tym roku przeważa słownik mojej chrześniaczki, czyli

- do komputera podchodzi się, aby „obczaić” coś na youtube
- zamiast „coś ty!”, „nie gadaj!” mówi się „foch!”
- dotychczasowe słowa aprobaty dla mojej odzieży wyjściowej zastępuje przeciągłe, drapieżne, kocie „mrau” itp.

Przygladam się zadowolonej Córce. Ta widzi, że się przygladam. Podchodzi, przytula mnie, głaszcząc jak zjeżonego zwierzaka.
- Widzisz, mamusiu? Umiem po polsku.

Domyślam się, że zanim wybiegnie z pokoju, Koza Jedna przestawia się na to, co językoznawcy nazywają L1 (first language). Nic na to nie wskóram. Pocieszam się, że systematycznie kaleczona polszczyzna Mojej Kozy – reanimowana przecież w mijające lato – jeszcze dycha.

Ma błogość wrześniowa, niestety, ma skrzydła motyle. Przetrwa kilkanaście dni. Może kilka tygodni. Murowane, że w prezencie pod choinkę nie usłyszę od Córki praktycznie żadnego polskiego słowa poza „dziękuję”. Do zimy Koza się zorientuje, że łatwiej nie tylko myśleć, ale i mówić w L1, w języku, w jakim musi odrabiać lekcje. I z tego powodu zimy nie lubię. (Tu należą się trzy wykrzykniki).

„To jest dlaczego”, cytując Córkę, w tym roku postanowiłam pod groźbą blogowego bata rzucić się z motyką na słońce. Urządzę sobie i dziecku cotygodniowe zajęcia z polskiego i publicznie zdam z nich raport.

Córka jeszcze nie wie, że knuję, że zamierzam jutro przeprowadzić Pierwszą Lekcję z jej L2. Z second language czyli Polish. „Ino wpierw” muszę "obczaić", w której szafce przeleżakowały lato brzuchem do góry potrzebne mi podręczniki.

Wish me luck!