czwartek, 6 lutego 2014

„Jak wychować dziecko dwujęzyczne” - O dalece idącej nieostrożności

W zeszłym roku ukazała się polska wersja książki Raising a Bilingual Child Barbary Zurer Pearson, Jak wychować dziecko dwujęzyczne.

Książkę przetłumaczyli z języka angielskiego Zofia Wodniecka (o której pisałam wcześniej na blogu i do której czuję sentyment) oraz Karol Chlipalski.

Jak zaznaczono na str. 17 w Słowie od tłumaczy, porozumiawszy się z wydawcą i autorką, pani Wodniecka i pan Chlipalski zdecydowali się dokonać pewnych zmian w stosunku do oryginału amerykańskiego i zastąpić - zgodnie z przysłowiem, że ,bliższa ciału koszula’ - część studiów przypadków znajdujących się w rozdziale 5 podobnymi, ale opisującymi polskie rodziny mieszkające za granicą bądź rodziny obcokrajowców mieszkających w Polsce”.

Tak, tylko sęk w tym, że „pewne zmiany” zawarte w tłumaczeniu wychodzą jednak poza przedstawione powyżej ramy badań naukowych.

W oryginale, na str. 306, w jednym z dodatków, Resources, czytamy w temacie przydatnych stron internetowych, że [i]n addition to the websites listed here, there are a growing number of active bilingual bloggers that readers can find through internet search engines and sites such as Twitter.
For example, the new blog www.hebrewplay.org actively promotes family-oriented activities in Hebrew, with innovative ‘video challenges’ and other resources.
There is even a blog for this book: http://bzpearson.wordpress.com/

(Ważne! Definicja osób dwujęzycznych przedstawiona przez autorkę w rozdziale trzecim jest bardzo szeroka i obejmuje osoby o różnych stopniach znajomości dwóch języków.)

Czyli Zurer Pearson poleca zaglądanie na blogi osób dwujęzycznych, które piszą o dwujęzyczności. Za przykład podaje blog w języku hebrajskim oraz blog na temat samej książki Raising a Bilingual Child. I to wszystko.

Co zaś widnieje w polskiej wersji w tym rozdziale na str. 415 po wymienieniu jednego bloga (pozdrawiam, jak zwykle, Dorotko, jeśli to czytasz :-) i dodatkowego portalu, Dobrej Polskiej Szkoły? To:

„Powstaje też wiele blogów, na łamach których rodzice wychowujący dwujęzyczne dzieci dzielą się swoimi doświadczeniami i wiedzą. Korzystając z porad zamieszczonych w sieci, należy jednak zawsze pamiętać, że wiele z tych informacji nie jest opartych na wiedzy naukowej, lecz na intuicji i doświadczeniu indywidualym osób piszących. Należy zatem zachować daleko idącą ostrożność w przyjmowaniu znajdujących się tam informacji ,za pewnik.

Hm...

Proszę zwrócić uwagę, że w oryginale, w przeciwieństwie do tłumaczy, Zurer Pearson nie radzi użycia nadzwyczajnej ostrożności przy odwiedzaniu blogów.

Wodniecka i pan Chlipalski pozwalają zaś sobie na osobisty komentarz, uzasadniając swoje obawy tym, że na blogach „wiele z /.../ informacji nie jest opartych na wiedzy naukowej, lecz na intuicji i doświadczeniu indywidualnym osób piszących” i sugerują... no właśnie...
Co dokładnie? 
Że blogowanie bez korzystania ze źródeł naukowych to błąd? 
Że szanse na wychowanie dwujęzycznych dzieci mają tylko ci, którzy ufają badaniom naukowym? 
Do tej pory wychowywały się i wychowują się na naszym globie dwujęzyczne pokolenia bez podpierania się wynikami jakichkolwiek badań (a czasem je wręcz odrzucając!), więc nie rozumiem, jak mam ten komentarz rozumieć.

Oczywiście, pani Wodniecka i pan Chlipalski mają prawo do swojej opinii, chociaż jest ona według mnie absolutnie chybiona, żeby nie powiedzieć krzywdząca.

Pominę dłuższą rozprawę o tym, że każdy borykający się na co dzień z dwoma językami ma prawo do szukania pomocy choćby i na blogach, niezależnie od tego, czy owa pomoc jest podparta źródłem naukowym czy nie, tym bardziej właśnie że nie istnieje w języku polskim rozwinięta literatura na temat dwujęzyczności z której można szeroko korzystać. Co za ironia losu, że dokładnie o braku tego typu publikacji sami piszą na str. 15 w „Słowie od tłumaczy” pani Wodniecka i pan Chlipalski.

Powtarzam: tłumacz ma prawo do swojej opinii, ale nie pod nazwiskiem autora, którego pracę przekłada na inny język. Uważam, że w zapowiadanej adaptacji tekstu tłumacze posunęli się za daleko.

Ponieważ prywatne poglądy tłumacza w cudzej książce są absolutnie nie na miejscu, uważam także, że w drugim wydaniu książki fragment zarzucający blogom, że nie są właściwym źródłem informacji, bo brak im ogłady naukowej powinien zostać usunięty.

(Oraz, z tego względu, że książka, której nie jest się autorem nie jest najlepszym miejscem do przekazywania osobistych zastrzeżeń, do zapisu tego, co poza przekładanym tekstem tłumacz ma na myśli polecam formę... bloga.)

Jednocześnie oświadczam Wam, którzy staracie się pisać i rozmawiać o dwujęzyczności, że Wasze blogi, Wasze dyskusje na FB, Wasze maile są dla mnie ważnym źródłem wiedzy i nie zamierzam nie brać pod uwagę Waszych uwag tylko dlatego, że nie macie doktoratu z dziedziny, która jest Waszym chlebem powszednim.

Z poważaniem! :-)


Cytaty pochodzą z następujących publikacji:

Zurer Pearson B.: Raising a Bilingual Child. New York: Living Language; 2008. ISBN 978-1-4000-2334-9

Zurer Pearson B.: Jak wychować dziecko dwujęzyczne. Poznań: Wydaw. Media Rodzina; 2013. ISBN 978-83-7278-846-7


Ps. Nowych gości na liście czytelniczej przywitam jak należy przy weselszej okazji. Póki co szczerze pozdrawiam!

35 komentarzy:

  1. Ale dokładnie przeczytałaś obie książki, podziwiam!
    Mam nadzieję, że to nie o mój blog chodzi na tej nieszczęsnej 415 stronie (mój blog chyba nie za bardzo jest o dwujęzyczności :-) )
    W każdym razie, masz świętą rację Sylabo - nie do tłumacza należy dzielenie się swoją prywatną opinią (wiem coś o tym tłumaczem będąc).
    A tak w ogóle, to muszę się rozejrzeć u nas w bibliotekach czy aby jest ta książka (po angielsku oczywiście). Chętnie bym przeczytała.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, o Twój blog chodzi :-) Jak najbardziej i zupełnie słusznie, podkreślam. Przeczytaj: "Bardzo ciekawy, pełen wartościowych pomysłów edukacyjnych jest blog prowadzony (w języku angielskim) przez Polkę mieszkającą na Tajwanie, wychowującą trójkę trójjęzycznych dzieci" i adres strony podany. Nikt Ci jeszcze o tym nie mówił? Byłam pewna, że wiesz!
      Książka Zurer jest b. ciekawa, poza tym że jedyna w swoim rodzaju, bo skierowana do osób, które chcą pomóc dzieciom stać się dwujęzyczne.

      Samo tłumaczenie mnie zastanawia. Bo z jednej strony Wodnicka przy udziale fachowców uporządkowała polską terminologię dot. dwujęzyczności, a z drugiej strony widać, że nie zna wielu idiomów i "idzie na czuja". Ale dla tych, którzy nie mogą skorzystać z oryginału, a którym potrzebna jest generalna wiedza o dwujęzyczności u dzieci, to książka-skarb.

      Usuń
    2. Ależ Dorotka nasza famous jest :-)!

      Usuń
    3. O rany, ale mi głupio! Jest przecież tyle wspaniałych blogów - chociaż by Twój Sylabo i Twój Aniu. Ja to nawet pisać nie umiem ...
      Chyba schowam się pod ziemię.

      Usuń
    4. Dorotko, nigdzie się nie chowaj, ściągnij wnet ten kask i okulary i się uśmiechnij. Z Twojego bloga, (czy chcesz powiedzieć, że ma przede wszystkim pokazywać co można osiągnąć przez nauczanie domowe?) jasno wynika, że w Waszym domu mówi się przynajmniej trzema językami. A potem jeszcze dwóch innych dzieci się uczą. Jest dla mnie jak najbardziej blogiem osoby przynajmniej dwujęzycznej o dwujęzyczności, o których pisze Zurer Pearson.

      Rozumiem, co chcesz powiedzieć, że tak nagle wystawiona na środek może się przez moment głupio czujesz, ale niech to będzie rzeczywiście przejściowe uczucie, bo zasługujesz na mówienie o Twojej pracy. Ja na FB polecam Cię przy każdej możliwej okazji. :-)

      Usuń
    5. Dorota jest pracowita i skromna. A proszę, jaki piękny dowód na to, co o niej mówię:
      http://www.akcjadobrapolskaszkola.com/art/2014/02/08/rozmawiac-po-polsku-nie-znaczy-lekcewazyc-innych/
      Rodzina poliglotów!

      Usuń
    6. Kochana, dziękuję Ci bardzo za miłe słowa. Znowu oblałam się rumieńcem...

      Usuń
  2. Ło rany...ale mi się krew wzburzyła z rana...no bo przecież każda z nas ma już doktorat z wychowania syna, z wychowania córki, z postępowania z dzieckiem nieuleczalnie chorym, z obsługi dzieci nadpobudliwych, niepodubliwych, z leczenia złamanych serc nastolatek i z podnoszenia upadłego ego dziesięciolatka...tylko tego jednego, jedynego nam brakuje...z wychowania dzieci dwujęzycznych. Cóż za niedociągnięcie ze strony nas, idiotek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, nie uwierzysz, ale pierwsza moja myśl po przeczytaniu tych rewelacji była taka, że gdyby przeczytano uważnie Twój blog, dowiedziano by się i o Waszym sukcesie dwujęzycznym.
      Bardzo mnie boli, że traktuje się nas, rodziców, którzy zetknęli się w praniu z dwujęzycznością jak ryby bez głosu, bo nie jesteśmy na tym samym poziomie intelektualnym co tłumacze, bo nie odniosłam po lekturze oryginału wrażenia, że Zurer Pearson wytknęłaby nas palcami. Ta końcowa opinia pojawiająca się w wersji polskiej jest poniżająca i cały czas zastanawiam się, czy jeszcze czegoś w tej sprawie nie zrobić.

      Usuń
    2. Sylabo, zróbmy coś z tym...Ja się chętnie do powiem, dopiszę, dorzucę...cokolwiek! Może do wydawnictwa napisać?

      Usuń
    3. Aniu, cały czas zastanawiam się "co z tym fantem"... Jak napisała Allochtonka (przeczytałam wszystkie komentarze i wrócę do nich w wolniejszej chwili, macie to jak banku!), "Jak wychować" jest pozycją naukową, a nie kryminałem czy nieformalnym felietonem. Też uważam, że tego typu "poślizg" należy zgłosić, choćby po to, żeby wydawnictwo wiedziało, co jest zgodne a co niezgodne z oryginałem. Jestem za!

      Usuń
  3. Jestem z tych, co nie mają doktoratu z dwujęzyczności. Zwykłą mamą jestem i na co dzień muszę sobie jakoś radzić, by te moje dwa "chopaki" (tak mówi starszy) jakoś tam po polsku skleciły zdania i do dziadków chociaż "po polskiemu" (ponownie dosłowny cytat starszego) umieli coś powiedzieć. A że czasem jakąś mądrą książkę naukową o dwujęzyczności przeczytam (tej, którą cytujesz wyżej Sylabo, nie miałam zaszczytu)? Szczerze mówiąc więcej wiedzy (praktycznej!!!, czyli to co mi jest w życiu codziennym potrzebne) wyniosłam, i nadal tak jest, właśnie z blogów innych mam, które są w podobnej sytuacji. Zatem dzielne polskie mamy blogujące dziękuję i jeszcze raz dziękuję. Czasem nawet nie wiecie, że do Was zaglądam :-)
    Co do kwestii tłumaczenia, podobno tłumacz powinien być cieniem autora, ale może lepiej nie będę więcej się wypowiadać, w końcu żaden ze mnie autorytet. To co, książki czytamy w oryginalnej wersji językowej???
    Tobie, Sylabo, dobrze, "po angielskiemu" śmigasz, u mnie "inglish" kuleje, oj, kuleje...

    OdpowiedzUsuń
  4. Zapomniałam wcześniej dopisać: niestety ja też najczęściej kieruję się moją intuicją, bo z obszernych publikacji naukowych o dwujęzyczności, najczęściej, trudno wynieść jakieś rady praktyczne: wiedza naukowa swoją drogą, a normalne życie w rodzinie mieszanej językowo swoim torem. makowa pani niezalogowana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na oba komentarze w jednym odpowiem, Makowa "damo" (masz piękny kapelusik, nie mogłam się powstrzymać ;-)

      Tak jak piszesz, śmiało sobie przeczytam angielską wersję książki, ale nawet w chwili zmęczenia miłoby było wziąć do ręki polski tekst. Od wielu lat odcięta od polskiej literatury, pracując w języku angielskim, zalana nim wokół, że się wyrażę, czasem mam taki głód na książkę po polsku, że odczuwam wręcz ból fizyczny i nie zależy mi, czy czytam polskie tłumaczenie czegoś, co dostanę po angielsku. OK, to się wydało... :-) Ale wracając do tematu, ilu z nas czeka na dobry tekst - praktyczny! - o wychowywaniu dzieci w dwóch językach lub więcej? Czy i kiedy takie się ukażą - nie wiem. Ja w praktyce modyfikuję wiedzę z zajęć z metodyki i potem z doświadczenia zawodowego (jestem z wykształcenia nauczycielem języka angielskiego jako obcego). Ale przecież nie każdy rodzic tak jak ja, czy jak Dorota z Taiwanu, jak Ania z aniukowego pisadła posiada kwalifikacje do nauczania języków. Potrzeba więc wtedy dodatkowego wsparcia, a nie krytyki.

      I uderzyłaś w sedno sprawy - ponieważ wiedza o dwujęzyczności nie jest uszeregowana, nie ma nawet jednej definicji dwujęzyczności - o czym mówią sami eksperci w temacie - nie ma jednej rady dla wszystkich. A kiedy dorzucić uwarunkowania społeczne, kulturowe itp. każdej z rodzin, sprawy się jeszcze bardziej komplikują. I bez intucji po prostu się legnie na placu boju.

      A co do roli tłumacza... Wstyd mi, że pani Wodnieckiej i panu Chlipalskiemu woda sodowa uderzyła do głowy. Przekroczyli kompetencje tłumacza bez dwóch zdań. (Tu również intuicja Cię nie myli ;-)

      Usuń
    2. Mój wytworny kapelusik kupiłam na pewnym stoisku, któregoś letniego poranka na włoskim targowisku. To mój alpejski image ;-)) i bardzo cenny jest - to moja ochrona przed włoskim słońcem! Wystarczy godzina w lipcu czy sierpniu na słońcu bez niego i mnie pioruńsko parzy. Czerwień dominuje. Do tego oczywiście krem 50+, inaczej nie da rady :-)). Jadę do Polski na wakację, a tu wszyscy "a co Ty taka nieopalona" i weź tu tłumacz się.

      Usuń
    3. "Alpejski image" :-) Mój "florydzki image" jest podobny - uciekam przed słońcem, bo zabiegi dermatologiczne drogie... I też, kiedy jestem w Polsce, gdy dalsza rodzina powróci akurat z takiej Chorwacji, wyglądam przy niej jak bladziocha ;-)

      Usuń
  5. Bardzo trafna uwaga Sylabo! Popieram :-)

    Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Agato! :-) Odmachuję Irlandii!

      Usuń
  6. Też myślę, że zagalopowali się z tą uwagą. Każdy przecież swój rozum ma i raczej go używa podczas czytania blogów i książek. Ja bym dodatkowo zalecała zachowanie daleko idącej ostrożności podczas czytania książek. Nigdy nie wiadomo, co w nasze ręce wpadnie, a przykre konsekwencje wyrządzone dzieciom mogą być nieodwracalne. ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie. To czytelnik decyduje, czy materiał który widzi, będzie mu do czegoś przydatny czy nie, co mu się przyda, a co nie itp. Nie można zakładać z góry, że czytający patrzy na wszystko bezkrytycznym okiem. Nie spotkałam się wcześniej z zaleceniami tłumaczy, jak należy oceniać jakikolwiek tekst.

      Usuń
  7. Bardzo ciekawa recenzja, Sylabo! Celnie zauważyłaś te nieścisłości - zaleta czytania jednej pozycji w dwóch językach. Abstrahując od tematu: niestety już wiele razy zdarzyło mi się złapać tłumaczy na polski na niedokładnościach - bo też często czytam książki podwójnie. Ale że chodziło albo o literaturę piękną albo o pseudonaukowe artykuły w tygodnikach, nie było o co kopii kruszyć. W tym przypadku jest nieco inaczej. Bo chodzi o pozycję naukową. Więc może warto zwrócić uwagę wydawcy. Bo chyba nie tłumaczom, którzy prawdopodobnie celowo dokonali tej zmiany w przekonaniu, że blogowanie to po prostu pisanina bez żadnej wartości i bez oglądania się na konsekwencje (co nam ślina na język przyniesie), a także, ż wychować dwujęzyczne dzieci mogą wyłącznie specjaliści jak oni. No niestety, ja nie podzielam tego przekonania podobnie ja Ty i wszystkie komentatorki. To właśnie my, matki wielojęzycznych dzieci, wiemy o tym dużo więcej niż rzekomi specjaliści - w Polsce, którzy są teoretykami. I dlatego nie przejmujmy się, dziewczyny! Myślę, że możemy być z siebie dumne. Ja w każdym razie jestem - udało mi się wychować dzieci, które biegle mówią w trzech językach i uczą się kolejnego z zapałem. Bez wielkiej pomocy specjalistów, za to przy dużej dozie intuicji, cierpliwości i obserwacjji innych rodzin w podobnej sytuacji. A i swojego bloga się nie wstydzę... Pozdrawiam serdecznie Ciebie i wszystkie blogerki-matki dwujęzyczków!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jakże się cieszę, że piszesz to i Ty, matka dzieci wielojęzycznych. I tak jak mówisz, kusi mnie często napisać o tym, dlaczego jakiś przekład mógłby być lepszy, ale nie mam czasu. Tym razem zrobiłam wyjątek, bo to publikacja naukowa oraz dlatego, że chciałam podkreślić, że te słowa nie są słowami pani Zurer Pearson. To wyjątkowo "nieamerykański" chwyt.

      Usuń
  8. Brawo Sylabo, super, że ten temat poruszyłaś. Moim zdaniem tłumacz powinien być jak lektor, czytający film - słychać go, podziwiamy jego głos, ale w sumie jakby go nie było, bo sama fabuła jest tak wciągająca, że zapominasz o bożym świecie... A takie wtrącenia w ogóle nie powinny mieć miejsca!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? To samo mi wpajano na zajęciach z tłumaczenia. Wiadomo, że tłumacze popełniają błędy (a to z niezrozumienia tekstu zmieni się sens zdania, a to naśladuje się obcy szyk wyrazów, a to ma się luki w języku potocznym i nie wie, co począć z idiomami, a to nie zna się kultury kraju, w którym tekst powstał i pomija się rozpoznawalne dla autora nawiązania do kultury tego kraju itd.). Więc nie czepiam się tego typu usterek, bo chciałabym, aby i mnie je wybaczano. Ale dopisywanie czegoś, czego w wersji oryginalnej nie widać, to jednak b. poważny błąd, szczególnie, kiedy wygląda na przemycenie własnej opinii, a nie autora.

      Usuń
  9. Sylabo,
    i co tu napisać?
    Amen? Dies irae? Miserere...?
    Dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę.
    I dziękuję wszystkim czytelnikom, w wiekszości mamom dzieci dwu lub wielojęzycznych za ich komentarze. Pokazują, że dobrze odczuwasz tę sytuację, że dobrze ją odczuwamy...
    Mój komentarz tutaj przerodził się w LIST otwarty do Pani Doktor Wodnieckiej.
    Widzisz, zmotywowałaś mnie w końcu :)
    Jak tyko skończę, zamieszczę tutaj link.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. LIST OTWARTY do Pani Doktor Wodnieckiej

    http://dziecidwujezyczne.blogspot.fr/2014/02/list-otwarty-do-pani-doktor-zofii.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szybka jesteś, Faustyno! Zaskoczyłaś mnie, ale masz rację, że trzeba o tym mówić, bo uwaga końcowa w książce pochodzi od osoby, która posiada wyjątkowy status naukowy. Nie może być tak, że czyjeś dokonania naukowe wystarczą do szerzenia własnych opinii tam, gdzie one się znajdować nie powinny.

      Usuń
  11. Wrzucam, choć przyznam, że sama jeszcze muszę zagłębić się w Twój tekst Sylabo (przy okazji miło mi poznać, jestem tu po raz pierwszy zdaje się) i książkę i ten wywiad: http://www.akcjadobrapolskaszkola.com/art/2014/02/04/tajemnice-mozgu-u-dwujezycznej-osoby-czesc-1/ Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Aniu! :-) Znam ten portal, ale dziś chyba to wyjątkowe zrządzenie losu, że tam za Twoją wskazówką znów zajrzałam! W zakładce po prawej "Rozmawiać po polsku nie znaczy lekceważyć innych" kto uśmiecha się ze zdjęcia? Cała rodzina Doroty, nie tylko ona sama!

      I mnie bardzo miło, Aniu, że tu wpadłaś :-) Dziękuję serrrrrrrrdecznie. (With a big, rolling "r", jeśli mogę zaśmiecić na moment swój blog angielszczyzną, czyli z przedniojęzykowym "r", wibrującym, że aż szyby drżą ;-)

      Usuń
  12. Oprócz tego, że zgadzam się z tym co piszesz, to moim zdaniem, biorąc pod uwagę historię rozwoju nauki, w ogóle "(...) należy zatem zachować daleko idącą ostrożność w przyjmowaniu znajdujących się tam informacji ,za pewnik’ ” ;) Ja tam zapoznaję się z różnymi teoriami, ale blogi i doświadczenia innych rodziców są chyba dla mnie najcenniejsze, właśnie zgodnie z zasadą, bliższa ciału...
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Spójrzmy chociażby na zmieniające się zalecenia dietetyków. Weźmy olej z siemienia lnianego, który jeszcze niedawno był "lekiem na całe zło". (Nie kpię sobie bynajmniej, bo sama go czasem używam do różnych celów.) A tu proszę, ostatnio czytam artykuł o powiązaniach spożycia oleju z rakiem prostaty. (Nie będę się zagłębiać, które badania słuszniejsze, te pierwsze czy ostatnie, bo nie wiem). Ale bądź tu mądry, prawda? Pani Zurer Pearson, jak pisałam na blogu Faustyny, (http://dziecidwujezyczne.blogspot.com/2014/02/list-otwarty-do-pani-doktor-zofii.html) również wie, że wyniki badań naukowych to nie alfa i omega. Na stronie 301 (ostatni punkt tabelki, w polskim wydaniu tabela nosi tytuł "Główne mity i nieporozumienia na temat dzieci dwujęzycznych", str. 405), autorka pisze że pokutuje mit, według którego istnieje tylko jeden sposób wychowania dwujęzycznego dziecka. A co na ten temat wiadomo to że "parents are the experts in this field." Tłumacze (dlaczego nie przetłumaczyli dosłownie? przecież można!) ujęli to tak: "W tej kwestii należy się zdać na intuicję rodziców...". Ale pod konieć książki, w dodanym przez siebie fragmencie temu przeczą...

      Usuń
    2. Mamma mia, to olej lniany już jest be? Ja nie nadążam, a rację miał D., który kategorycznie odmówił bycia pojonym tymże... A poważnie mówiąc, ja ostatnio starałam się zapoznać z teoriami dotyczącymi wychowania dzieci w wieku niemowlęcym i... dałam sobie spokój. Attachement parenting? Karny jeżyk? Spanie z dzieckiem? Bez? Rozbieżności są za duże jak na mój skołatany ciążowy mózg, nie tykam więc już tego rodzaju literatury.
      A z cytowanych przez Ciebie sprzeczności w lekturze, wynika, że tłumacze są również dostrojeni do stanu badań naukowych, skoro sami sobie przeczą, To przecież naukowcy :)

      Usuń
    3. Prawda, że pomysłów naukowych na życie jest za wiele? I co jeden to lepszy czasami... ;-) Tak jak piszesz. Na kiedy masz rozwiązanie? Chałupka się znajdzie jednak zanim przyjdzie na świat dziecinka Wasza? D. jest nie do podrobienia. Uwielbiam takie pisanie. Pokazuje, że można i uświadamia, jak trudny ten nasz język. I że warto, warto sie go uczyć... Pozdrawiam go serdecznie!

      Usuń
  13. Sylabo, D. jest ogromnym fanem naszego języka, mało tego, uważa, że teraz może trochę rozumieć inne słowiańskie mowy i rzeczywiście, kojarzy czasem lepiej ode mnie. Bardzo to dowartościowujące, nie powiem :)
    Rozwiązanie (problemu?;) mam na 7 kwietnia... Udało się nam już przeprowadzić, ale to na razie tyle z materialnych przygotowań. Z niematerialnych - jak pisałam, teorie mnie rozczarowują... W efekcie coraz częściej czuję się jak uczeń kompletnie nieprzygotowany do zbliżającego się egzaminu i coś mi mówi, że to uczucie nie opuści mnie przez następnych parę lat ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czaro, jestem z niego naprawdę dumna. Tak niewielu obcokrajowców, którzy nie muszą, uczą się polskiego. Twój chłop to złoto...
      Teorie... hm... urodzi się dziecię i ono wskaże, która teoria najlepiej się sprawdzi. I nie jest powiedziane, że w czystej formie. Niepytana o radę powiem tyle, że jeśli tylko będzie taka możliwość, dać się obskakiwać, wyręczać, spać z dziecięciem i odpoczywać. Teraz, kiedy D. wie, gdzie stoi "miot" (jak z Twego ostatniego postu może nie wynika, ale domyślam się, że uświadomiłaś), to potem znajdzie i pieluchy i inne potrzebne rzeczy. Nie wątpię, że będzie zaangażowanym tatą. Przynajmniej pojawi się ten jeden plus na tym "egzaminie", ale wierzę, że więcej się ich uzbiera.

      Usuń