niedziela, 30 września 2012

Old Stars


Koza – urobiwszy Ojca, rzecz jasna – ma już kostium na tegoroczny Halloween.

Sama Córa by nie wpadła na to, że trzeba naciągnąć rodzica na wydatek kostiumowy  „koniecznie już teraz, bo zbliża się wnet koniec października”, lecz uświadomiły to jej liczne reklamy sklepowe. (Przy okazji, proszę nie myśleć, że Halloween w Stanach to dzień, w którym liczy się własna kreatywność. Aby strój był należyty, musi pochodzić z półki sklepowej, a nie z domowych rupieci. Zasadniczo opcje są dwie: albo zakupić gotowe wdzianko wyposażone bogato we wszystkie konieczne akcesoria, albo iść w ciuchach „cywila” - bez przebierania. Samodzielnie uszyty strój nie może trącić amatorszczyzną i nawet jeśli potrafi się szyć, trzeba też umieć znaleźć odpowiednie dodatki, bo bez nich kostium jest niekompletny.)

W tym roku Pierworodna postanowiła pożebrać o słodycze w przebraniu królowej disco. Pokazuje mi białe, długie do połowy uda buty na obcasach i sukienkę mini o szerokich rękawach.

Ale ja jestem z tych, co to nie chcą uczyć dziecka pójścia na łatwiznę. Chce być Koza królową parkietu z lat siedemdziesiątych? Chce cudzych cukierków? To proszę bardzo: niech ćwiczy taniec disco, żeby nie było, że strój to atrapa.

A póki Córka słucha Bee Gees, dopracowując mylące się ruchy, to popatrzcie na ten polski żart muzyczny z 1970-go roku: Old Stars w utworze "Co jest"?



sobota, 29 września 2012

Zielono mi


Mały aligator, znaleziony nad stawem, faktycznie zamieszkał w pokoju Kozy. Od razu zdetronizował pet szopkową armię króliczków, kociąt i szczeniaczków i zajął główny fotel w nie-do-końca pet shopkowym salonie fryzjerskim (salon piękności pochodzi chyba z zabawek Polly Pocket – miniaturowych laleczek). Odświeżony, przystrzyżony udał się na pet shopowy plac zabaw. Huśtał się całą noc na różowej huśtawce, więc domyślam się, że wróci po śniadaniu na fryzjerski fotel ujarzmić rozwiany włos. 

Ja natomiast z wycieczki po zabawkę przyniosłam dwa zdjęcia:


Fragment bulw kwiatowych Crinum pedunculatum (Swamp Lily) – nie znam polskiej nazwy, niestety



i Baldasznik afrykański (Agapanthus africanus)




piątek, 28 września 2012

Podział ról

Przebieramy z Kozakiem w jego poczytajkach. Chłopię upiera się, żebym ja! Matka Polka! czytała mu w języku obcym.
- Pocytaj mi Dzem zbok.
W drodze częstego wyjątku bym i poczytała, chociaż podział ról w domu został kiedyś inaczej jasno ustalony – Ojciec Mych Dzieci czyta im po angielsku, ja po polsku - ale nie posiadamy w biblioteczce pozycji Dzem zbok.
- Dżem zbok? Co to za książka? 
- Dzem zbok, mama.
Hm... James zbokJakub zboczeniec? Na pewno tego nie mamy. Ale może powinnam skądś ściągnąć i się dokształcić, bo świat się ostatnio zagłębia w 50-ciu twarzach Greya, a ja co?
A może wojowniczy Syn ma na myśli innego James’a?
- James Bond?
- Dzem zbuuuk!
A! „Uuu” zmienia postać rzeczy. Nie o zboka, ale zbuka biega. James zbuk, czyli Jakub zgniłe jajo brzmi nieźle. Tę bajeczkę sama chętnie bym przeczytała. Tylko pojawia się ten sam problem: zupełnie, ale to zupełnie takiej książki nie kojarzę.
- James zbuk? Synku, może mi pokaż, o którą książkę ci chodzi...
- PowiedziaŁAM Dzems buk!!!
Ojoj! Kozak przerzuca się na rodzaj żeński. Niedobrze. To znak, że malec jest maksymalnie wkurzony.
Dzems buk, Dzems buk, Dzems buk, Dzems buk... Ach! Już wiem!
- Germs book? Mam poczytać książeczkę o zarazkach?
Trafiony-zatopiony, ale Kozak, zniecierpliwiony moją mierną znajomością jego sepleniącej angielszczyzny łapie za inną lekturę. Spada z półki na podłogę Bolek i Lolek na wsi.
I nie można tak było od razu? Sielsko i swojsko?
- Tę mam ci przeczytać, tak?
- Tata mi wcolaj psecytał.
Czyżby? Ten sam tata, co to nie mówi po polsku? To miałeś, Synu, szczęście, że w książce jest więcej obrazków niż tekstu ;)

czwartek, 27 września 2012

Doña Quijote de la Florida

Gdzieś wyczytałam, ze największe prawdopodobieństwo, aby dzień przeżyć w złym humorze przypada na czwartek i czy zbieżność jest przypadkowa, czy nie - faktycznie jestem dzisiaj zdołowana.

Znalazłam na internecie tekst przypisany Bogumile Baumgartner, autorce książki Przeżyć dwujęzyczność. Jak wychować dziecko dwujęzycznie i to on, ten tekst właśnie, doprowadził mnie do rozpaczy.  

Artykuł czy też streszczenie powyższej książki jest skierowane do rodziców, którzy chcieliby, aby ich dzieci wychowywane na obczyźnie mówiły w języku polskim.

Nie będę tłumaczyć, że na nic mi wzmianka o tym, iż znajdę w Stanach dzielnice typowo polskie. Nie każdy emigrant mieszka w skupiskach, gdzie „prawie wyłącznie mieszka jedna grupa ludności obcojęzycznej”. Ja do tych szczęśliwców nie należę. Ale zostawmy to.

Oto punkt pierwszy, który mnie uderzył:

„...na emigracji z pomocą przychodzą przyjaciele rodziców mówiący ich językiem.”

Zmartwiłam się, bo znów wymienione w artykule normy mnie nie obejmują. Moi polscy przyjaciele mieszkają w Polsce. Chociażby ze względu na nieprzyjemności związane z amerykańską polityką wizową czy drakońskie ceny biletów lotniczych do mnie z pomocą nie przylecą.

Rada druga – o znajomych, lecz mam wrażenie, że „przyjaciele” z punktu pierwszego i „znajomi” w następnym zdaniu to dla autorki te same pojęcia: „Podczas spotkań znajomi powinni świadomie i z uporem zwracać się do wszystkich obecnych dzieci we własnym języku i takiego sposobu komunikacji od nich wymagać. Dzieci szybko uchwycą reguły gry i podporządkują się im.”

Mimo że „podczas spotkań” moi polscy znajomi generalnie zwracają się do moich dzieci po polsku (jeśli nie, to zaraz o to proszę), Córa wyrobiła własne „reguły gry” i zmiata z pola widzenia, żeby tylko za długo się nie pocić w L2. Kozak jeszcze „reguł gry” nie załapał i spontanicznie karmi gościa polskim monologiem o aktualnie dręczących go rozterkach technicznych (na przemiał lecą pralki automaczne, automatyczne suszarki do ubrań, piloty od telewizorów lub odtwarzaczy oraz telefony komórkowe i kalkulatory, ewentualnie klawiatury i windy – wszystko, co ma przynajmniej jeden przycisk, który Kozak miałby wielką ochotę przycisnąć). Ale wiem, że nadejdzie dzień, kiedy za Starszą Siostrą zbiegnie dokądś, skąd z trudem go przyjdzie potem wywołać.

Zaznaczyłam „podczas spotkań” cudzysłowiem, ponieważ należy owe spotkania zdefiniować precyzyjniej: moi znajomi nie przychodzą na ploty do moich dzieci.
„Podczas spotkań” oznacza, że znajomi przychodzą na ploty do mnie. I odwrotnie – odwiedzam znajomych nie po to, aby zaszyć się w pokoju dziecięcym z ich dzieckiem i ćwiczyć z nim polszczyznę, ale po to, aby z rodzicem wymienić się ostatnimi nowinkami, z których wiele, przepraszam odgórnie, nie nadaje się nawet dla uszu malucha.

Reasumując, powyższa rada też mi niewiele daje.

Następna sugestia to „dobrze byłoby, gdyby ci znajomi również mieli dzieci.”

O tak! Dobrze by było. Ale często nie mają. A gdy mają, to dzieci nie są rówieśnikami i zabawa, a tym bardziej rozmowa, się nie klei. A jeśli przydarzy się rówieśnik, to najczęściej mówiący płynnie tylko po angielsku.

„Spotykając się wówczas, można dzieciom celowo organizować czas. Wspólnie z nimi przygotować i rozpalić ognisko, pływać łódką po jeziorze lub grać w piłkę. Podczas zabawy wszyscy będą zmuszeni do używania tego samego języka.”

Patrz wyżej – w moim przypadku odpada.

„Innym pomysłem, by skłonić dzieci do rozmawiania z rodzicami w ich języku, jest stworzenie w domu przestrzeni lub sytuacji, w których wolno używać tylko języka rodzimego. [Wtrącenie: rodzimego? Hm... Który język jest rodzimy dla dziecka urodzonego za granicą?] Muszą to być jednak ważne miejsca, bo inaczej dzieci zaczną ich unikać, by nie być zmuszane do mówienia inaczej niż jest im wygodnie. Takim miejscem może być stół wspólnych posiłków, a poza domem samochód. Dzieciom i rodzicom wolno tutaj mówić tylko tak, jak to zostało wcześniej ustalone. Dzieci same mogą wymyśleć kary dla tych osób, które nie podporządkują się wymogom reszty.”

W samochodzie? Przy kolacji? No, chciałabym, ale to nie jest dobry pomysł w moim domu. Przeznaczenie rzadkiego czasu, kiedy jesteśmy wszyscy razem tylko na mówienie po polsku nie raz odbiło mi się czkawką. W rodzinnym gronie kluczowy moment dnia, jakim jest zebranie się do kupy (wspólna kolacja albo wspólna jazda samochodem) służy przede wszystkim omawianiu strategicznych dyrektyw familijnych. Jeśli przekażę je dzieciom tylko po polsku, Ich Ojciec nie zrozumie i w całej rozmowie słowem się nie odezwie. Co gorsza, zmuszanie Ojca do uczestniczenia w czysto polskiej konwersacji kończy się potem brakiem konsekwencji w wychowaniu dzieci.

- On nie ma tego brać!
- To dlaczego ja nic o tym nie wiem?
- Jak to nie wiesz? Mówiłam!
- Kiedy?
Jak to kiedy? Wtedy, głąbie, gdy mówiłam do Ciebie w języku, którego nie rozumiesz!

Naprawdę tej propozycji nie mogę u siebie wprowadzić w życie. (A co do męża – proszę nie myśleć, że jestem heterą bez serca – jestem zaledwie heterą i w rzeczywistości nie zwracam się do niego głąbie, tylko, jak przystało na kogoś naście lat po ślubie, walę bez wstępów.)

Wróćmy do sedna sprawy. Kolejny pomysł: „Dobrze jest też mieć w samochodzie nagrania z ukochaną muzyką albo ulubionymi bajkami.”

Dobrze jest mieć. Przyznaję. Taki luksus miała za wczesnego dzieciństwa Koza. Ale Kozak zniszczył wszystkie trzy odtwarzacze płyt kompaktowych: jeden samochodowy, dwa domowe. Muzy niet. Pozostają nam bajki, telewizyjne i komputerowe.

„Wartościowe i pomocne w otwarciu się na odrzucony język mogłyby być wyjazdy na kolonie lub obozy wędrowne...”

Koza na nie najprawdopodobniej nigdy nie pojedzie z powodów zdrowotnych.
Ale i Kozak nie pojedzie. Z powodów prozaicznych. Poleci do Polski raz na rok, to ma się integrować z liczną rodziną i przyjaciółmi, a nie z obcymi. (Ja mu tak każę i już.)

„[Wartościowe i pomocne w otwarciu się na odrzucony język mogłoby być] utrzymywanie zawartych znajomości na drodze e-mailowej.”

Mogłoby. Emailem albo Skypem. I wiecie jak to wygląda? Dziecko się wstydzi swojej łamanej polszczyzny i wystukuje rzędy emotikonów, natomiast w sytuacjach krytycznych – kiedy jednak trzeba napisać jakiś wyraz - wzywa mnie przed ekran i każe się zastąpić.

Mój bilans? Na siedem wymienionych inicjatyw jestem w stanie wdrożyć pół punktu przedostatniego: bierne oglądanie bajek.

I... i oto bolesny wniosek nasuwa się sam: nauka języka polskiego w moim domu jest z góry skazana na niepowodzenie.

Oczywiście, to dla mnie nie nowina. Zaznaczyłam jak najbardziej osobiście w pierwszym blogowym poście, że zabierając się tego lata za polszczyznę Córki porywam się z motyką na słońce.

Dlaczego w związku z tym mi przykro i nie pocieszają mnie udogodnienia związane z przebywaniem na tej szerokości geograficznej? (Słońce w Słonecznym Stanie* zawieszone jest niżej, niż, dajmy na to, w Wirginii, dlatego łatwiej je dosięgnąć – to raz i dwa - świeci „to-to” jasno w moich okolicach ponad 200 dni w roku, czyli prawdopodobieństwo dosięgnięcia gwiazdy jest tu wyższe.)

Przykro mi, ponieważ po powyższym artykule czuję, że moja za krótka motyka jeszcze bardziej się kurczy i w wersji skróconej faktycznie nadaje się tylko na grządkę.

Nie mówcie o tym wszystkim Mojej Kozie. Niech nadal żyje w błogim przeświadczeniu, że jej lekcje z Madame Marmoladą – bo co innego pozostaje? - to nie jest zwykła strata czasu.

A teraz „żegnam państwa. Do widzenia. Pocztą prześlę pozdrowienia”.**
Idę się poryczeć.



*Nieoficjalna nazwa stanu Florydy (The Sunshine State)
**Fragment wierszyka Grzybobranie Doroty Gellner

środa, 26 września 2012

Lekcja Trzecia: Gorylu, czy ci nie żal?

Przerabiamy ćwiczenia z wyrazami na „ó” zamknięte i „u” otwarte.
Koza schyla się nad podręcznikiem, ja nad robótką. Nie zgadzają mi się oczka, nie mogę więc za Kozą śledzić czytanki. 

Słucham jednym uchem historyjki o górach. Córa czyta byle jak, zgadując, co ślina na język przyniesie, łykając końcówki. Wiem, że śpieszno jej do obiecanej gry komputerowej, lecz z tego pośpiechu „góral Józef” stał się gorylem Jozefem, który często zakłada ubrania od świetne

Goryl Jozef jest żonaty, jest też poetą i pisze wersje, natomiast nie przepada za muzyką i karci za granie na fujarce młodego jahuża (juhasa). Okazuje się też, że syn goryla Jozefa jest garnikiem i pracuje w hucie, gdzie wywarża (wytwarza) się stal.

Śmieję się w kułak i nie nadążam z poprawianiem przekręcanych wyrazów. Ledwo wyjaśniam dziecku, że polskich Tatr nie zamieszkują żadne z małp naczelnych, a przedstawiciele homo sapiens, „górale”, a tu niecierpliwa Koza już mnie częstuje ciągiem dalszym, z którego dowiaduję się, że praca garnika nie jest dla byle kogo. Byle chuchro kilofowi nie podoła, czyli garnik musi być śliny.

W duszy z oczkami na drutach! Odkładam robótkę i wyrywam książkę Córce z zamiarem przeprowadzenia odpowiedniej korekty, ale powala mnie ostatnie zdanie, które zawzięta Koza – gromkim głosem - zdołała wyczytać z oddalającej się stronicy: na cześć ślinych garników -Wywiad garnicy! 

wtorek, 25 września 2012

W trzcinach

Wyszłam z dziećmi na dłuższy spacer. Zabrałam aparat fotograficzny, bo lubię podglądać, co na podwórkach sadzą sobie sąsiedzi i jak im to rośnie.

W drodze powrotnej zwalniam, sprawdzam na podglądzie zdjęcia, Córka i Syn wyprzedzają mnie dobry kawałek i gonią się trochę za blisko mijanego stawu.
- Nie wpadnijcie do wody!
Powinnam raczej przestrzec ich przed wdepnięciem w kacze kupy, ale zanim się zdecydowałam na kolejne ostrzeżenie, Koza stanęła jak wryta. Czekam, aż uniesie w górę którąś stopę i zacznie wydawać dźwięki obrzydzenia. Ale nie... Koza woła z zachwytem.
- Mamo, zobacz! Aligatorek!
Panika w pełnej mobilizacji! Gonię co sił w nogach w stronę szuwarów, bo mały aligatorek oznacza, że w pobliżu jest też najprawdopodobniej i większy.
- Natychmiast stamtąd się odsuńcie! – Jeśli dobrze kojarzę, im bliżej wody się stoi, tym mniejsze szanse ucieczki. Aligator na lądzie długo gonić ofiary nie będzie, lecz w wodzie nie popuści!
Zachęcony moim popłochem Kozak podbiega do Kozy. Przykucają w trawie.
Jaki śliczny! Mama, możemy go zabrać do domu?
JESZCZE CZEGO! Czytałam, że aligatory są nieśmiale, nie tak agresywne jak krokodyle, ale jeśli głodne, potrafią zaatakować i nie dalej jak dwa miesiące temu czytałam, że gdzieś na Florydzie ten gad odgryzł ramię siedemnastoletniemu chłopcu.
- Powiedziałam odsunąć się!!!
Czy Koza w ogóle wie, co należy robić, gdyby nastąpił atak? Czy słyszała o tym, że należy dźgnąć napastnika w oczy?
Dobiegam do nieposłusznej dwójki i sama staję jak wryta.
- Ktoś go zgubił. Mogę? – Córka podnosi na dłoni słodkiego zwierzaczka. Zielonego. Z nieproporcjonalnie wielką głową do reszty tułowia. Z ogromnymi oczami, które patrzą na mnie błagalnie jak ślepia Kozy. – Nie mam jeszcze takiego pet szopka, Madame Marmolado.
Istotnie. Nie ma. (I od kiedy jestem dla Córki „madame”? Bo żem „marmolada”, to rzeczywiście ostatnio ustalone.)
Postanowiłyśmy, że jeśli jutro i pojutrze zwierzak będzie tam leżał, to może, ewentualnie, pomyślimy. Na teraz Kozie musi wystarczyć zdjęcie.


A czekając, aż do końca opadnie mi adrenalina, sama zauważyłam przy brzegu coś ślicznego i zielonego. I równie niegroźnego. I tym też się dzielę.







A tak wyglądało kozie znalezisko:







Nadal oddycham z ulgą, że nie lokalne, lecz z tworzywa sztucznego Made in China.

poniedziałek, 24 września 2012

Dodatek nadzwyczajny: Jak przyprawiłam Kozie siusiaka


Mam członka! Mam członka! Mam człon...
To znaczy... Mam członkinię!

Naprawdę muszę uważać, co wygaduję. Kiedyś dawno, dawno temu, wstyd się przyznać (zwieszam pokutnie głowę), nie wiedząć jak nazwać zgrabnie damskie przyrodzenie (bo w polszczyźnie porządnego dotąd nie znalazłam, wszystkie jakieś infantylne), na odczepne nazwałam tę część ciała Kozy „siusiakiem”.  

Pożyczyłam sobie słówko, sądząc, że ujdzie w tłumie, że to prawie tak, jak zamiast „płytki ceramicznej” rzec „kafelek”.

I kto wie, jak długo bym się trzymała tego zapożyczenia, ale raz się w ten sposób odezwałam przy rodzinie w Polsce i tak mnie wyśmiano, że od razu poszłam po rozum do głowy. Dbam odtąd o to, aby nazywać rzeczy po imieniu. Żadnych analogii, co pasują jak pięść do nosa.

Wracając do punktu wyjścia: witam pierwszego oficjalnego obserwatora - poproszę o werble i fanfary, bo mój blog jest teraz praw-dzi-wy! 

O przydatności puszczania gazów

Miał być jeden, góra dwa wpisy na tydzień. I co? I zrobił się dzienniczek. Obiecuję poprawę, ale jeszcze nie dzisiaj, bo dzień – w mej skromnej opinii – byłby częściowo zmarnowany, gdybym nie zapisała ostatnich Ważnych Przemyśleń Syna.

Oto zakładam mu spodenki i słucham wykładu o rodzajach męskim i żeńskim w czasownikach przeszłych trybu oznajmujacego o aspekcie dokonanym.

- Ja mówię „puścił-ŁEM bącka”, a moja siostla mówi „puści-ŁAM bącka”.

Ach! Syn zaczyna odróżniać rodzaj męski od żeńskiego. Wreszcie! O słodka chwilo! Myślałam już, że to nigdy nie nastąpi! Dzięki Wam, o Niebiosa... Dzięki! (Dialogi po polsku, które Kozak słyszy, przeprowadzam ja z Kozą – od żeńskich końcówek aż kipi! Męskich nie uwidzisz. Mąż Amerykaniec.)

Idąc za ciosem, ochoczo podejmuję temat.
- Właśnie! Tak się mówi w języku polskim. Chłopcy i panowie mówią inaczej niż dziewczynki i panie. Czyli tatuś też powiedziałby „puści-ŁEM bączka”, prawda?
- Nie. Tatuś nie pusca bącka.
Nie? Mogłabym zaświadczyć wszem i wobec, że – owszem - tatuś też czasem puszcza bączki. Ale Syn ma taką minę, że mogę przysięgać na wszystkie świętości, a i tak mi nie uwierzy. Po chwili zastanowienia obwieszcza po angielsku:
- Daddy farts!*


*Tatuś pierdzi!

niedziela, 23 września 2012

Dumając w cieniu

Wyślizgnęłam się z domu pod pretekstem obchodu obejścia.

Wtopiłam się w grządkę. Upewniłam, że nie jestem ścigana. 
Uniosłam aparat i proszę, cóż za widok się uciekinierce przytrafił.





Prawdę mówiąc, dobrze wiedzieć, że nie do końca jestem sama, bo ktoś te chwile już wcześniej opisał.

„Wiele ogrodów zwiedziłem i cenię
Ich bujne biele, czerwienie, zielenie;
A jednak wszystkie kwiaty ulubione
Nie miód mi dały, lecz tylko łzy słone.”*

Dobrze mieć gdzie zbiec, kiedy przykro.


*[Andrew Marvell, fragment wiersza Oczy i łzy w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka]

sobota, 22 września 2012

Lekcja Druga: Marmolada kontra gra komputerowa

- Chodź do mnie, siadaj tu. Zostaw te ołówki. Nie będą w tej chwili potrzebne. Mówię u-siądź. Bliżej. Poczekaj, przesunę ci krzesło. Wstań... Uff... Dobra, to siadaj. Okej... To zaczynamy. Ale nie garb się. Na czym to skończyłyśmy...
- Ale jak skończymy, mogę pograć na komputerze?
- Jak skończymy... Czy możesz nie drapać tej linijki? Najlepiej ją odłóż. Dalej. Właściwie to włóż do ołówków. Do szuflady? No dobrze. Domknij ją, jeśli możesz. Dzięki. I nie podpieraj się łokciami, co? Hej... do ciebie mówię! Czy musisz się tak kłaść na stole? Zlituj się... Usiądź prosto... Dziękuję... Co to ja miałam... Wracając do rzeczy, w języku polskim...
- Mama, naucz mnie rosyjskiego.

Yyyy? Miałabym jeszcze się tak pocić nad L3? Po co dzieciakowi trzeci język?

Ale z drugiej strony, skoro według guru neurobiologii procesów poznawczych, pani Ellen Bialystok (l bez kreseczki), dwujęzyczność na kilka lat odsuwa demencję, to może trójęzyczność ją likwiduje? Która matka nie chciałaby, aby jej potomstwo żyło długo i w pełnym zdrowiu?  

- Nu dawaj! Pawtaricie pażałusta: „Ałfawit my uże znajem, uże piszem i czitajem i wsje bukwy po parjadku, bez aszybki nazywajem: a, be, we, ge, de, je, jo, że, ze...” (- No, to proszę! Powtarzaj za mną: „Już alfabet poznaliśmy, już piszemy i czytamy i literki jak należy po kolei wymieniamy...”)
- To może lepiej naucz mnie polskiego...

Może lepiej. Bo poza tym wierszykiem z rosyjskiego wiele nie pamiętam.

A Kozie raczej demencja nie grozi. Podobnoż, według tej samej badaczki, Ellen Bialystok, gry elektronicznie świetnie wpływają na stan pamięci krótkoterminowej. A przy grach komputerowych, rzecz jasna, Córka się nie słania. Koncentruje się koncertowo. I bez ponaglania.

piątek, 21 września 2012

Lekcja z wiedzy o robotach

Kozak przykłada do oczu dwie latarki.
- Zobać, jestem lobotem.
Roztargniona odpowiadam, myśląc, że adekwatnie do kontekstu: (Kilka dni temu, łażąc po domu, Syn też przykładał do oczu jakieś gadżety, z tym, że wyjaśniał, że jest potworem.)
- I co? Zjesz nas?
Oburzony „lobot” rzuca we mnie elektroniczne błyski.
- Loboty nie ludzi!

czwartek, 20 września 2012

Strach się bać!

Syn został zaproszony na urodziny. Jubilat lubi piratów, więc w zaproszeniu zawarta jest sugestia, aby goście przyszli w strojach pirackich. Musu nie ma, oczywiście. Po prostu jubilatowi będzie miło.

Na moje Kozak może iść tak jak stoi. Bez charakteryzacji. Zmierzwiony włos, złowrogi wzrok, wywalona częściowo ze spodenek poplamiona, luźna koszulka o postrzępionych rękawkach, bose stopy i łajdacki uśmieszek wystarczą, żeby wzięto go za groźnego typa-łupieżcę, któremu schodzi się z drogi.

Ale znam Ojca Kozaka. Ten będzie chciał, żeby Mały przebrał się jak należy. Biegam w związku z powyższym od szafy do szafy, lecz nigdzie nie widzę niczego, co może przydać się do rynsztunku kilkuletniego pirata.
Ratuje mnie Córka.
- Mama! Przecież ja się kiedyś przebrałam za piratkę w Halloween.

Faktycznie! Przegrzebałyśmy pudła ze starymi ciuchami i strój się odnalazł. Niestety, za bardzo „dziewczyński” i o kilka numerów za duży. Z zestawu przyda się jedynie chusta na głowę i przepaska na oko.

Ale od czego jest fantazja? Wciskamy na Kozaka białą koszulę, ładujemy w czarne spodenki. Czarną bandamkę z głowy zdziera, więc drogą kompromisu przewiązuję mu ją w pasie.
- Arr! Arr! Arr! – wciela się w rolę Koza, bo Kozak walczy z przepaską na oku.

Wchodzi Ojciec Mych Dzieci.
- A to kto? Prawdziwy pirat? W naszym domu? Pokaż no się.
Pirat marszczy brwi, czyli pokazuje się ze swej najlepszej strony. Tłumi uśmiech pod wymalowanym wąsem.
- Musimy nauczyć go kilka pirackich haseł – swierdza Ojciec.
Ale Kozak nie w ciemię bity! Żadnych podpowiedzi nie potrzebuje. Podchodzi do swego pierwszego natarcia i warczy na nas, wymachując rękami:
- Nu... pagadi!

środa, 19 września 2012

Lekcja muzyki

Siedziałyśmy nad lekturą, w której padła wzmianka o talentach.
Jak zwykle upewniam się, czy Moja Koza rozumie najważniejsze słówka. Wiem, że ich nie zapamięta, ale niech przynajmniej złapie sens tego, co czytamy.
- „Nieprzeciętny” oznacza „wybitny”, „wyjątkowy”... O! Świetnym przykładem wybitnego umysłu może być Mozart, genialny kompozytor. Komponował muzykę już jako trzylatek. Wyobrażasz to sobie?
Córka myśli.
- Miał trzy lata i kompo... kompo...zował?
- Komponował. Tak. I potrafił odtworzyć raz usłyszany utwór muzyczny.
- Otworzyć utwór?
- Od-tworzyć. Powtórzyć go z pamięci. Nuta za nutą.
- Wow! To naprawdę miał wybity mózg!

wtorek, 18 września 2012

Jak zostałam Prze-Tworem

Ranna, kuchenna krzątanina. Córka przystaje i zwraca się do mnie.
- Wiesz jakie jest najładniejsze polskie słowo?
- Nie...
- To znaczy dla mnie najładniejsze...
- Jakie?
- Marmolada!
- O!
- I jak myślę o marmoladzie, to myślę o cytrynie.
A ja o dowcipie o żabie, która przychodzi do fotografa zrobić sobie zdjęcie z węższymi ustami. Fotograf ustawia obiektyw, odlicza do trzech i każe żabie powiedzieć „dżem”, ale żaba nie może się opanować i skrzeczy „marmolada.”
Wracam na ziemię. Mówię córce, że marmoladę zasadniczo robi się z innych owoców. Czy jadłam cytrynową?
- Z cytryny wyszłaby kwaśna - dorzucam – chyba, że dodać tonę cukru. Nie wiem, czy by mi to smakowało.
- Ja też nie wiem... Ale „marmolada” bardzo mi się podoba – mówi Koza z rozmarzeniem smarując sobie chleb. – To jest takie piękne słowo, że...
Odwraca się do mnie. Twarz jej się rozjaśnia.
-... że od dziś będę tak na ciebie mówić. Zamiast „mamo” – „marrrmolado”!
I mówi. 

poniedziałek, 17 września 2012

Dziecka twórczość radosna

Wspominam swoje dzieciństwo. Koza słucha.

- Kiedyś mieliśmy psa, Mordusa.
- I nie baliście się? – pyta Córka. – Kogo mordował? Ludzi, czy jakieś inne psy?
- Nikogo nie mordował!
- Przecież mordusy są niebezpieczne. Zabijają i idą za to do więzienia.
- Mordusy? „Mordus” to po prostu takie imię...
- Ale imię! Ja bym nigdy nie nazwała swojego psa Mor... Mordowcem!


niedziela, 16 września 2012

Lekcja Pierwsza: Nie ma to jak dobry początek

„Uprzejmie proszę o usprawiedliwienie nieobecności mojej córki [imię/nazwisko] w dniu dzisiejszym [data] na lekcji języka polskiego. Córka jest niedysponowana, ponieważ najprawdopodobniej wpadło jej coś do lewego oka i nie pozwoli sobie tego usunąć. Za żadne Chiny. Może tylko patrzeć w górę, na trzymaną w omdlewających rękach nad głową książkę z bilioteki. W dół, na ćwiczenia z języka polskiego rozłożone na biurku, niestety, nie.

Z poważaniem,

[imię/nazwisko]”

Taki wzór listu byłabym dzisiaj wykorzystała, gdyby chciało mi się pisać do samej do siebie. Ale nie chciało. Machnęłam też ręką na pisemne usprawiedliwienie z ważniejszej przyczyny. Musiałam współczuć Córce i jej lewemu oku, a kto kiedyś próbował dojść do ładu z beczącą Kozą, co to nie da się dotknąć, ten wie, co mam na myśli. 

sobota, 15 września 2012

Organizacyjnie

Co roku delektuję się wrześniem, bo we wrześniu Córka nadal mówi do mnie głównie po polsku. Mówi z rozpędu: po lipcowej rozgrzewce, po sierpniowych praktykach, we wrześniu zbieramy owoce letniego kontaktu z polską rodziną.

Nadstawiam uszu, ciekawa, co nowego padnie w moim ojczystym języku ze zgrabnie wykrojonych córcinych ust. W tym roku przeważa słownik mojej chrześniaczki, czyli

- do komputera podchodzi się, aby „obczaić” coś na youtube
- zamiast „coś ty!”, „nie gadaj!” mówi się „foch!”
- dotychczasowe słowa aprobaty dla mojej odzieży wyjściowej zastępuje przeciągłe, drapieżne, kocie „mrau” itp.

Przygladam się zadowolonej Córce. Ta widzi, że się przygladam. Podchodzi, przytula mnie, głaszcząc jak zjeżonego zwierzaka.
- Widzisz, mamusiu? Umiem po polsku.

Domyślam się, że zanim wybiegnie z pokoju, Koza Jedna przestawia się na to, co językoznawcy nazywają L1 (first language). Nic na to nie wskóram. Pocieszam się, że systematycznie kaleczona polszczyzna Mojej Kozy – reanimowana przecież w mijające lato – jeszcze dycha.

Ma błogość wrześniowa, niestety, ma skrzydła motyle. Przetrwa kilkanaście dni. Może kilka tygodni. Murowane, że w prezencie pod choinkę nie usłyszę od Córki praktycznie żadnego polskiego słowa poza „dziękuję”. Do zimy Koza się zorientuje, że łatwiej nie tylko myśleć, ale i mówić w L1, w języku, w jakim musi odrabiać lekcje. I z tego powodu zimy nie lubię. (Tu należą się trzy wykrzykniki).

„To jest dlaczego”, cytując Córkę, w tym roku postanowiłam pod groźbą blogowego bata rzucić się z motyką na słońce. Urządzę sobie i dziecku cotygodniowe zajęcia z polskiego i publicznie zdam z nich raport.

Córka jeszcze nie wie, że knuję, że zamierzam jutro przeprowadzić Pierwszą Lekcję z jej L2. Z second language czyli Polish. „Ino wpierw” muszę "obczaić", w której szafce przeleżakowały lato brzuchem do góry potrzebne mi podręczniki.

Wish me luck!