Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L1. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L1. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2013

Lekcja Czterdziestra Druga: Poprzedzona uwagami. (Wszystkie na temat ;-)

Zacznę od uwagi językoznawczej.

Po głębokich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moje starsze dziecko nie jest dwujęzyczne a półtorajęzyczne, bo potrafi dobrze posługiwać się jednym językiem w mowie i w piśmie (język angielski), a drugim średnio (język polski), w dodatku wplątując język większościowy. 

Czyli L1 + L1/2 i bilans wychodzi na jeden język i pół. Dobrze liczę?

Po płytszych przemyśleniach wyznam też, że moja półtorajęzyczna Koza zamienia się coraz bardziej w coś, czego się boję, w nastolatkę.

Rok temu strój na Halloween miała gotowy miesiąc nazad. W tym roku od myślenia o przyszłości ważniejszy jest np. sen i leń - każdy w odpowiedniej dawce. W efekcie mamy co następuje: za dwa dni Halloween, Koza stroju nie ma. Aczkolwiek, winnam dodać ratując jej image, że tyle godności osobistej jeszcze posiada, iż nie pójdzie żebrać o cuksy bez przebrania. A są tacy! Co roku dzwonią mi do drzwi leserzy-bezkostiumowcy, psując innym zabawę. Lekce sobie ważą tradycję rozrywki Halloweenowej. I to w kraju, gdzie tak naprawdę bawić się nie potrafią.

Bo upraszczając, cofnę się w czasie. Do XVII-go wieku. Każę wyobrazić sobie wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i wytknę palcem przybyłych. Oto Purytanie. Straumatyzowani poróżą statkiem stają na nieznanym lądzie. Przyjechali w świętym celu: zgodnie z własną interpretacją Biblii będą tworzyć nowe królestwo Boga na ziemi. I - przy pomocy tubylców - zabierają się za przetrwanie.

I harowali jak dzikie osły, jedli byle co, obrastali robactwem, dziesiątkowały ich choroby... Kto miał czas i siłę się bawić? Przy świeczce czytano Pismo Święte - najważniejszą i często z wyboru jedyną książkę w ordynarnie ubogim purytańskim domu - a Ono nawoływało ciało do stania się świątynią Boga i nic nieczystego nie miało mieć w nim miejsca. I tak m.in. żaden rodzaj tańca w którym razem biorą udział mężczyźni i kobiety, ponieważ wspólne danse to skrót do nierządu.

Rzeczone podejście do zabawy trzymało się całkiem mocno całkiem długo. Jeszcze pod koniec XVIII-go wieku, w czasie drugiej fazy wielkiego przebudzenia religijnego, w kilkunastu natenczas Stanach Zjednoczonych można było przeczytać traktaty o szkodliwości tańca.  

Ale oprócz surowej pobożności napływowych Anglików, Holendrów, czy Niemców, na społeczeństwo amerykańskie zaczęli wywierać wpływ i inni: Irlandczycy, Szkoci, Francuzi (później by trzeba dolać do tej mikstury trochę czupurnej krwi Słowian, Włochów i Greków) i w pewnym momencie purytański model odrzucania wszelkich przyjemności zaczął gasnąć. Dziś taniec jest zakazany w Stanach tylko np. w niektórych kościołach baptystycznych.

Chciałoby się zwalić winę na pierwszych osadników za współczesne amerykańskie, takie sobie w porównaniu z polskimi imprezy. Ale nie wiem, czy wypada.

Piszę więc, co obserwuję. Że mimo poluzowania reguł, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, w USA nie zakorzeniła się szeroko pojęta tradycja karanawału. I tak np. Sylwester nie oznacza otwarcia sezonu imprez tanecznych. Huczne Mardi Gras - dzień przed Środą Popielcową - obchodzi się w zasadzie na Południu i to głównie pochodami, a nie przytupem do muzy z głośnika. American party polega na staniu, jedzeniu i gadaniu. Natomiast tańczący Amerykanin na takim przyjęciu to podrygujący gość ze szklanką lub butelką piwa w dłoni na wprost podobnie wyginającej się gostki z pokrewnym procentowo drinkiem i tyle.

Przeciętny "tosto-zjadacz" tańczyć w parze nie potrafi, chociaż Hollywood może twierdzić inaczej. (Chwycenie partnera czy partnerki za krągłości się nie liczy!) Nie ma w Stanach w zwyczaju wprowadzać dzieci w arkana kroków i obrotów tanecznych poza zapisaniem dziewczynek na balet. Nie organizuje się szkolnych zabaw na parkiecie. Co więcej, nie organizuje się bali przebierańców i jedyną szansą stania się raz w roku kimś innym, kimś w przebraniu, jest 31-go października, w Halloween.
I Kozie nie chce się w nic przebrać? Ten raz w roku?

A może chce się, tylko ja mam o tym pomyśleć?

Moje podejście do czwartkowego święta od lat raczej się nie zmienia

Ciągle próbuję złożyć do kupy amerykańskie wychowanie dzieci (chucha się na nie i dmucha do przesady według zasady Safety 1st grunt to zapewnić bezpieczeństwo) z październikowym machnięciem na tę filozofię reką. Bo bez znaczenia wówczas się staje, czy dziecko potrafi rozróżnić rzeczywistość od fikcji. A można raczej założyć, że powiewająca z drzewa kostucha za rogiem nie jest dowcipna dla smyka z przedszkola i jeśli wyrządzi mu szkodę, to większą niż stłuczone kolano.

Jedni lubią się bać, inni nie. 
Jedni lubią się bać na mniejszą skalę (dekoracje w poziomie - gustowny mini-cmentarzyk na trawniku styka), a inni chcą zdobyć nagrodę osiedlową za najbardziej odstrachany dom w okolicy. Tak jak twórcy tego dzieła:




Co październik tak naprawdę boleję nad czym innym niż straszenie dzieci. Żal mi, że kontakt Amerykanina ze sprawami ostatecznymi zatrzymuje się na atrapie horroru. Że nie ma w tej materii równowagi: teraz zbiorowo świrujemy, potem przystanek alternatywny, Refleksja.

Bez tego zrównoważenia podejście do śmierci w kulturze amerykańskiej jest jak ichni taniec - podwójne zmaganie w pojedynkę, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i każdy z osobna pchły wytrząsa, że zacytuję swego dziadka.

Uważam, że są sprawy, w których w pozycji wyjściowej warto rękę podać.


***


Kiedy Koza trawiła „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, zgodziłam się, żeby czytała sobie pod nosem, ale od czasu do czasu sprawdzałam, czy rozumie. Np. zapytałam, czy wie, co to jest „upiór”.
Koza na to, że ubiór to ubranie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, kochanie, „upiór” przez „p” w środku.
- A, uPiór! To w zasadzie... stworzenie pierzaste... 


Najpierw pojawiły się w ciemnościach oczy - drobne płomyki, niewyraźne jak światła domostw w oddali, lecz pozbawione ciepła, bezlitośnie nieruchome.
Potem wokół wypalonych oczu wyostrzył się zarys głowy bez dolnej szczęki, a w postrzępionym płaszczu zadrgał surowy niepokój. 
Kątem oka dostrzegłam błysk i uniosły się nade mną sierpy szponów pod kapturami obwisłych rękawów.
Struchlałam, nie mogąc się ruszyć. Poczułam na sztywniejącym karku skraplający się lód.

Widmo zastygło.
I przemówiło:

- Ćwir?


***

W czytelnikach pojawiła się Polka z Monachium? Pozdrawiam :-) 

poniedziałek, 23 września 2013

Lekcja Trzydziesta Dziewiąta: Na plus czy minus?

A gdyby tak odwrotnie?
A gdyby tak trochę pośmiać się ze mnie?
Ze mnie uczącej dziecko języka polskiego?

Do tej pory „Koza to”, „Koza tamto”.
A moja polszczyzna?
Niestety, pozostawia wiele do życzenia.

Interpunkcji analizować nie będę, bo ziewniecie.
Literówki – normalka.
Lecz raz mało brakowało, żebym, przykładowo, zamiast „egzystencjalnie” napisała „egzystencjonalnie”, a „wiekopomne” - „wielkopomne”.

Zeszło trochę, zanim ponownie dotarło, że „na co dzień” to nie dwa wyrazy a trzy.
A w Lekcji Trzydziestej Ósmej to naprawdę się już popisałam. Przez kilka dni „protokół” kłuł w oczy „u” otwartym.

I jak w obliczu takich wpadek mam skrytykować Kozę, kiedy pisze „krul”, „krulewicz” i „krulewna”?

Lecz wszystko ma swoje granice i jak zwykła hipokrytka nie wytrzymałam. Powiedziałam, co myślę o tym nonszalanckim zapisie, przemilczając najważniejsze: że ta pisownia to porażka. Dziecko nic nie zapamiętało z regułek z zeszłego roku szkolnego. 

Koza, jak to Koza. Odparła niedbale: „Chilax, matka.”

Mam sobie wrzucić na luzik.
I nie mam być taka sztywna w regułach, bo one są po to, by je łamać – uzupełniła po angielsku.

Łatwo jej mówić.

Z drugiej strony chyba ma ciągle prawo do świata, gdzie istnieją kryteria i normy bez których da się żyć i musi być jej o wiele łatwiej poruszać się w realiach jeszcze nie do końca rozdzielonych przepisami.
Ciekawe, że z jej perspektywy nadal wiele „się da”. 
Da się odkręcić, podmienić, wyjaśnić, przywrócić, otworzyć.

Każda pętla na szyi jak każde „ó”, bez wyjątków, da się wymienić na „u”.

poniedziałek, 20 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Piąta: „Zwierz kocha”, czyli czas na zmiany

Czytałyśmy tekst o zoo i Kozie przypomniała się rozmowa z Bratem.
- Chciał, żebym mu pokazała fokę, co składa jajka. Mówię mu, że foki nie składają jajek, ale kłócił się ze mną, że widział taką, która składa. Na twoim laptopie.

Dla ścisłości: na moim laptopie niczego składać nie wolno!

Nie wolno nawet składać jego samego, bo jest tak zjechany, że się nie zamyka na skutek pęknięcia jednego z zawiasów (pokancerowanego – według Lubego Męża - na skutek mojego bezprecedensowanego obchodzenia się z urządzeniem, spowodowanego targaniem sprzętu z jednego kąta w drugi. Tu przyrzekam - odbywało się ono nie z mojej winy, gdyż nie mam w domu własnego biurka na skutek tego, że Kozak mi je zagracił, a zagarnął je bo, raz niedysponowana przeniosłam się na kanapę i Kozak uznał, że biurko mi niepotrzebne).

I tak od pół roku moja kochana Toshibka ze słabo kontaktującym podłączeniem do prądu oraz o wyrobionym akumulatorze służy na kanapie za komputer stacjonarny, którego – mimo niewielkich gabarytów - nie idzie zapakować do torby.

Wymiana zawiasu się nie opłaca, bo dycha kompcio rozgrzanym wiatrakiem na drugiej baterii, jadąc na trzecim z kolei kablu, a ten trzeci kabel łączy tylko wtedy, kiedy zwisa przewieszony przez monitor, opierając się najchętniej na trzecim rzędzie liter, powodując palcopląs, że o oczach nie wspomnę.

Ale zapędziłam się w dygresje. Miało być o foce, co składa jajka.

- I ponoć ta foka śpiewa - dodaje Koza.

Jeśli rzeczywiście śpiewała z mojego laptopa, to dobrze było ją słychać, bo mam odjazdowe, wbudowane głośniki pod przekrzywionym ekranem (uniesionym lekko w górę po prawej stronie - dokładnie nad feralnym zawiasem). A głośniczki są firmy harman/kardon! Unikacik takie co w laptopie, jeśli mogę czymś jeszcze komputer zrehabilitować.
- Mama, co to znaczy „miota”?
- Miotła?
- Nie! Nie broom tylko „miota”! Ba on mówił, że ta foka się "miota".

Ja też bym się miotała, gdybym zniosła jajko, ale teraz mam jednak ważnieszy problem: trzeba będzie zakupić nowy laptop. A ja nie chcę Windows 8.
„Niestetyk”, zakup kompa z Windows 7 oznacza transakcję online. Żaden szanujący się amerykański sklep z krwi i kości nie prowadzi sprzedaży nadal popularnej „siódemki”. „Niestetyk”, bo nie będę mogła wypróbować klawiatury. Muszę kupić kota w worku, a ten kot drogi. Kilkaset dolarów, żeby mi weń wlazły wszystkie zdjęcia.

Dumam nad tym, kiedy uzbieram znów taką kasę: w lipcu? w sierpniu? jesienią? A tu proszę: okazuje się, że Kozak lepiej nadążał za moją rozmową z Kozą niż ja. Umożliwiły mu podsłuch gipsowo-kartonowe ściany i otwarte drzwi.
- Mama, włąc mi piosenkę o fkoce na twoim laptopie!
- O jakiej fkoce? – Odwracam się do Syna stojącego w przedpokoju.
- O fkWoce! Co „złości się i miota”! Co mówi „a to świnia” i „a to klowa” „takich nikt jus nie wychowa”.
Aha! O „Kwokę” Brzechwy z Akademii Pana Kleksa prosi.
- Za moment, dobrze? Dokończymy tylko lekcję. Poczekaj grzecznie. Pięć minut!
I poszedł sobie. Przycupnął kulturalnie na kanapie i laptop spadł.

Urządzenie działa nadal, choć na kablu pożyczonym od komputera Lubego Męża i na rozdwojonym ekranie – brzeg obudowy po upadku odkleił się tuż nad rozkraczonym zawiasem, firmowy napis harman/kardon wygiął się wypukle...
Ech, szkoda słów!
Szykuj, matka, kilka stów.

- Psia kocha! – wzdychalam pół dnia nad niezadawalającym stanem konta bankowego. A wieczorem, przechodząc obok Kozy, podśpiewującej sobie cosik przy swych zajęciach, dobiegł mnie taki półgłosik:
- Psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha...

Nic, tylko trza brać tę odmianę za dobrą monetę! 

czwartek, 25 października 2012

Prze-tłumaczyć czy wy-tłumaczyć?

Oto kolejna rada Pani Bogumiły Baumgartner:

„Gdy dziecko w komunikacji z rodzicami używa języka otoczenia, a nie rodzimego, należy odczekać, aż zakończy swoją wypowiedź, a potem cierpliwie i konsekwentnie tłumaczyć każdy obcy wyraz na nasz język. Na koniec należy poprosić dziecko o powtórzenie całości poprawnie”. (Całość tekstu TUTAJ)

Nadal mam wątpliwości, że język polski jest dla mojej Kozy L1, językiem rodzimym, ale niech będzie. Postanowiłam dać tej teorii szansę.

Kończą się wczoraj lekcje, Koza wraca do domu. Pożegnawszy się z koleżankami ładuje się do auta i opowiada o tym, co się wydarzyło w szkole:
- Cześć, Mamo-Marmolado! Wiesz co? (I tu Córka przestawia się na angielski, w którym funkcjonowała ostatnie sześć godzin.) A w bibliotece, tam za regałami, kiedy pani nie widziała, najbardziej popularna dziewczyna w szkole, ta, co nosi bluzki w żarówiaste paski, z takim chłopakiem, no, tym, co był już dwa razy u pani dyrektor... tym wysokim, za którym biegają prawie wszystkie dziewczyny, oni weszli do łazienki i zakluczyli drzwi i ja udawałam, że nic nie widzę i takie dwie inne dziewczyny obok też udawały, że nic nie widzą, ale chichotały, ale ja nikomu nic nie powiedziałam, a oni tam siedzieli całą przerwę...

Jak ja mam spokojnie przetłumaczyć te informacje na język polski i kazać dziecku poprawnie po sobie powtórzyć, kiedy ja natychmiast chcę wiedzieć:

1.  Gdzie była bibliotekarka?
2. Jak to możliwe, że dzieci różnych płci zamykają się same na klucz w szkolnej ubikacji?
3. Co się działo w środku?
4. Co pomyślała sobie o całym zajściu moja Córka?

Przerywam kozine wywody nienaturalnym jękiem.
- Nie wiem, gdzie była pani z biblioteki – Dziecko czyta w moich struchlałych myślach – ale, mama, oni poszli tam tylko sprawdzić, czy mają zasięg...
Uff! No, tak. Teraz prawie każde dziecko z komórką do szkoły chodzi. To norma.
-... a potem albo się całowali... 
No, fantastycznie!
-... albo bili...
Yyy?
-... albo skakali. Bo potłukli umywalkę...

wtorek, 9 października 2012

Zajęcia dodatkowe


Wedle własnych prognoz, po mojej wrześniowej euforii praktycznie nie pozostało już śladu: nadzszedł październik i Koza zaczyna zwracać się do mnie coraz częściej w języku angielskim. Nie poddaję się i mówię po polsku, namawiając Córkę do tego samego. Ale wczoraj nie mogłam się zebrać, żeby cokolwiek wrzucić na bloga, bo odganiałam od siebie widmo dydaktycznej porażki.

Żeby urozmaicić Kozie pracę nad polszczyzną, wymyśliłam sobie kiedyś, że poszukam w księgarni (za kolejnym pobytem w RP) przetłumaczoną na język polski pozycję, co to ją Córka wcześniej z zapałem przeczytała w oryginale (czyli po angielsku).

Tak też pewnego lata wpadło mi w ręce polskie wydanie Junie B. Jones Barbary Park - Zuźka D. Zołzik. (Zobacz TUTAJ) Kupiłam książkę odruchowo i zanim jeszcze wyszłam na ukochany deptak rodzinnego miasta, z ciekawości przewertowałam kilkanaście rozdziałów. Czy w tłumaczeniu Magdaleny Koziej kilkuletnia bohaterka pozostanie nadal sympatycznie nieprzewidywalna, krnąbrna i wrażliwa, dociekliwa i niesforna? Czy moja Pierworodna da się przekonać do tej wersji?

Tego samego dnia zaczęłam Córce czytać książkę i odetchnęłam z ulgą. Koza słuchała. I śmiała się tak samo, jak przy czytaniu oryginału.

Wczoraj, kiedy zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób urozmaicić Kozie bieżące lekcje języka matczynego, przyszło mi do głowy, aby powtórzyć wcześniejszy sukces znalezienia polskiego tekstu, który Koza dobrze zna w L1. 

Skojarzyłam, że kilka lat temu wydano polską wersję innej amerykańskiej książki dla dzieci, Diary of a Wimpy Kid autorstwa Jeffa Kinney’a. Odnalazłam lekturę na internecie i przypomniało mi się dlaczego poprzednim razem obeszłam ją wielkim łukiem.

W przeciwieństwie do pani Magdy, która z nazwiska Jones (niech będzie po polsku Kamińska) stworzyła Zołzika - nazwisko-przezwisko oddające temperament głównej bohaterki, tłumaczka Diary of a Wimpy Kid tytułowemu mięczakowi diametralnie zmieniła w tłumaczeniu osobowość. Nie trzeba być anglistą, aby sięgnąć po dobry słownik i dowiedzieć się, że wimp to mięczak właśnie, czyli łajza lub gamoń, a od kiedy mięczak znaczy to samo co cwaniak? (Pełen polski tytuł książki brzmi Dziennik Cwaniaczka.)

Już w samym tytule z gulajowatego popychadła stworzono matacza i spryciarza, którym, niestety, niewyrośnięty, inteligenty, ale pechowy, wygadany, ale nieśmiały Greg Heffley w wersji angielskiej nie jest.

Jak uczy stare powiedzenie szczurołapa, „For one rat you see, there are ten you don’t”. (W absolutnie frywolnym tłumaczeniu: „Na jeden karygodny błąd translatorski, który dostrzeżesz przypada dziesięć, których się nawet nie domyślasz”.)

Nie zamówię dziecku tej książki, bo wolę nie sprawdzać, czy powyższa prawda potwierdza się jej w przypadku. Niestety, ale na widok szczura generalnie cierpnie mi skóra.

sobota, 15 września 2012

Organizacyjnie

Co roku delektuję się wrześniem, bo we wrześniu Córka nadal mówi do mnie głównie po polsku. Mówi z rozpędu: po lipcowej rozgrzewce, po sierpniowych praktykach, we wrześniu zbieramy owoce letniego kontaktu z polską rodziną.

Nadstawiam uszu, ciekawa, co nowego padnie w moim ojczystym języku ze zgrabnie wykrojonych córcinych ust. W tym roku przeważa słownik mojej chrześniaczki, czyli

- do komputera podchodzi się, aby „obczaić” coś na youtube
- zamiast „coś ty!”, „nie gadaj!” mówi się „foch!”
- dotychczasowe słowa aprobaty dla mojej odzieży wyjściowej zastępuje przeciągłe, drapieżne, kocie „mrau” itp.

Przygladam się zadowolonej Córce. Ta widzi, że się przygladam. Podchodzi, przytula mnie, głaszcząc jak zjeżonego zwierzaka.
- Widzisz, mamusiu? Umiem po polsku.

Domyślam się, że zanim wybiegnie z pokoju, Koza Jedna przestawia się na to, co językoznawcy nazywają L1 (first language). Nic na to nie wskóram. Pocieszam się, że systematycznie kaleczona polszczyzna Mojej Kozy – reanimowana przecież w mijające lato – jeszcze dycha.

Ma błogość wrześniowa, niestety, ma skrzydła motyle. Przetrwa kilkanaście dni. Może kilka tygodni. Murowane, że w prezencie pod choinkę nie usłyszę od Córki praktycznie żadnego polskiego słowa poza „dziękuję”. Do zimy Koza się zorientuje, że łatwiej nie tylko myśleć, ale i mówić w L1, w języku, w jakim musi odrabiać lekcje. I z tego powodu zimy nie lubię. (Tu należą się trzy wykrzykniki).

„To jest dlaczego”, cytując Córkę, w tym roku postanowiłam pod groźbą blogowego bata rzucić się z motyką na słońce. Urządzę sobie i dziecku cotygodniowe zajęcia z polskiego i publicznie zdam z nich raport.

Córka jeszcze nie wie, że knuję, że zamierzam jutro przeprowadzić Pierwszą Lekcję z jej L2. Z second language czyli Polish. „Ino wpierw” muszę "obczaić", w której szafce przeleżakowały lato brzuchem do góry potrzebne mi podręczniki.

Wish me luck!