wtorek, 9 października 2012

Zajęcia dodatkowe


Wedle własnych prognoz, po mojej wrześniowej euforii praktycznie nie pozostało już śladu: nadzszedł październik i Koza zaczyna zwracać się do mnie coraz częściej w języku angielskim. Nie poddaję się i mówię po polsku, namawiając Córkę do tego samego. Ale wczoraj nie mogłam się zebrać, żeby cokolwiek wrzucić na bloga, bo odganiałam od siebie widmo dydaktycznej porażki.

Żeby urozmaicić Kozie pracę nad polszczyzną, wymyśliłam sobie kiedyś, że poszukam w księgarni (za kolejnym pobytem w RP) przetłumaczoną na język polski pozycję, co to ją Córka wcześniej z zapałem przeczytała w oryginale (czyli po angielsku).

Tak też pewnego lata wpadło mi w ręce polskie wydanie Junie B. Jones Barbary Park - Zuźka D. Zołzik. (Zobacz TUTAJ) Kupiłam książkę odruchowo i zanim jeszcze wyszłam na ukochany deptak rodzinnego miasta, z ciekawości przewertowałam kilkanaście rozdziałów. Czy w tłumaczeniu Magdaleny Koziej kilkuletnia bohaterka pozostanie nadal sympatycznie nieprzewidywalna, krnąbrna i wrażliwa, dociekliwa i niesforna? Czy moja Pierworodna da się przekonać do tej wersji?

Tego samego dnia zaczęłam Córce czytać książkę i odetchnęłam z ulgą. Koza słuchała. I śmiała się tak samo, jak przy czytaniu oryginału.

Wczoraj, kiedy zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób urozmaicić Kozie bieżące lekcje języka matczynego, przyszło mi do głowy, aby powtórzyć wcześniejszy sukces znalezienia polskiego tekstu, który Koza dobrze zna w L1. 

Skojarzyłam, że kilka lat temu wydano polską wersję innej amerykańskiej książki dla dzieci, Diary of a Wimpy Kid autorstwa Jeffa Kinney’a. Odnalazłam lekturę na internecie i przypomniało mi się dlaczego poprzednim razem obeszłam ją wielkim łukiem.

W przeciwieństwie do pani Magdy, która z nazwiska Jones (niech będzie po polsku Kamińska) stworzyła Zołzika - nazwisko-przezwisko oddające temperament głównej bohaterki, tłumaczka Diary of a Wimpy Kid tytułowemu mięczakowi diametralnie zmieniła w tłumaczeniu osobowość. Nie trzeba być anglistą, aby sięgnąć po dobry słownik i dowiedzieć się, że wimp to mięczak właśnie, czyli łajza lub gamoń, a od kiedy mięczak znaczy to samo co cwaniak? (Pełen polski tytuł książki brzmi Dziennik Cwaniaczka.)

Już w samym tytule z gulajowatego popychadła stworzono matacza i spryciarza, którym, niestety, niewyrośnięty, inteligenty, ale pechowy, wygadany, ale nieśmiały Greg Heffley w wersji angielskiej nie jest.

Jak uczy stare powiedzenie szczurołapa, „For one rat you see, there are ten you don’t”. (W absolutnie frywolnym tłumaczeniu: „Na jeden karygodny błąd translatorski, który dostrzeżesz przypada dziesięć, których się nawet nie domyślasz”.)

Nie zamówię dziecku tej książki, bo wolę nie sprawdzać, czy powyższa prawda potwierdza się jej w przypadku. Niestety, ale na widok szczura generalnie cierpnie mi skóra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz