Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język polski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 września 2014

Nie nadążam: zdetronowana, z zasmarkanym akcentem w pożegnaniu z Afryką

- Cześć, mama! - mówi Kozak. - Czy mogę jeszcze czegoś zjeść?
Przypuszczalnie jedzony był popcorn, bo na podłodze szlaja się puste opakowanie po prażonej kukurydzy. 
Jest sobotni poranek, siódma trzydzieścicośtam. Obudziło mnie trzaskanie drzwiami od spiżarki.
Łeb mi pęka. 
Przecieram chusteczką zatkany nochal. 
Łamie mnie w gnatach.
- A dzo chdzesz?
- Chrupki cymonowe - Kozak wyciąga otwarty karton, ten wypada mu z rąk i cała zawartość...

Uroczo rozpocząć weekend od mega syfu w kuchni. (Tak teraz się podobnież mówi po polsku: „mega”. Po tutejszemu: epic - aktualnie bardzo popularny zwrot młodzieżowy.)
Ale żadnego mega syfu nie rejestruję.
No epic mess, bo ktoś wstawił na półkę puste opakowanie. 
Nie muszę zamiatać. Ani się schylać! 
Od tej pory nie będę wytykać dzieciom lenistwa, kiedy przyłapię ich na upychaniu po kuchni pustych pojemników po jedzeniu.
- Nie ma chrupek? - Kozak sięga do środka i wylizuje cukier z cynamonem.
- Do może zrobię dzi owsiankę?
- O tak!
Wyciągam garnek.
- Ale nie taką! Nie chcę old-fashioned oats.
Chciałam „staromodnie” ugotować płatki na sypko, w garnku. Z rodzynkami, z jabłkiem, na kuchence.
- Poproszę... „new-fashionedoats.
Taki produkt nie istnieje. To tylko słowna sklejka Kozaka. Wyszperał już kartonik instant oatmeal i podał mi do rąk.
- Ja lubię TO! Poproszę dwa paczki.
Może „TO” i lepiej. Nie mam sił na stanie przy kuchni.

Owsiana paćka wkrótce gotowa.
Wrzątek z czajnika zaczyna weń stygnąć i chcę postawić miskę na stole, ale tam Kozak wcześniej rozlał wodę ze szklanki. Pewnie przy okazji posilania się resztką popcornu.
Schylam się po szmatę.
Nie ma.
A! Wczoraj wieczorem Kozak rozlał swoje picie. I moje. Potem zmoczył z wanny łazienkę. Ścierki pewnie są tam.
Idę do pralni, bo bliżel. Może została jakaś ścierka porządnych rozmiarów. Potykam się w przejściu o stertę brudnych ciuchów.
Dzo za dureń mi do du wyłożył?”
Sięgam pamięcią wstecz. Tym durniem jest niewyspana, zasmarkana kobieta po czterdziestce, stojąca obecnie w dwóch różnych skarpetkach i rozjechanych laczach nad kupką ubrań.
Planowała wczoraj zrobić pranie, bo Kozak nie miał już ani jednej czystej pary spodenek...
- Mama, wyglądasz jak królowa!
- Ooo... - Rozjaśniam się ze wszech miar ucieszona. Wycieram znów nos, poprawiam poczochrane włosy, związuję pasek obwisłej podomki w malinowym kolorze.
Kto by pomyślał! Przetarty ciuch, a nadal potrafi budzić respekt.
- Chodź jeźdź - mówię. Zamykam za sobą drzwi do pralni.
- Czy ja też mogę założyć moją podomkę?
- Dy masz szlafrok, ale dobrze...
Idziemy do pokoju Kozaka. Grzebię w jednej części szafy, z drugiej Kozak wyciąga podkoszulek. Zrzuca z siebie piżamę. Rozmyślił się?
- Proszę majdki...
- Dzisiaj będę chodził bez majtków.
- Bez majdek? Spodenki masz brudne, włóż chodziaż majdki!
- Nie martw się! Założę czapkę z daszkiem. Będę elegancki.
I już go nie ma, bo czapka jest w pralni. Jeśli dobrze kojarzę, czapka jest czysta.

Wlokę się we wskazanym bosymi stópkami kierunku. Pokasłuję.
W pralni potknięcie, umiarkowane przekleństwo i stękanie. Kozak zapewne wpadł na brudne pranie, a potem wspiął się na automatyczną suszarkę do ubrań.
Mija mnie za chwilę w czapce na głowie, gnając w przeciwną stronę.
- Mama! Jaki to jest najgroźniejszy aligator?
???
- Nie wiem - poddaję się bez walki. - Jaki?
- Krokodyl!
I znów Kozak „wyśmignął” mi z pola widzenia.
- Chodź jeźdź! - przypominam.
Chcę przysiąść na krześle, ale jest mokre. Musi być od wody, tej rozlanej przez Kozaka, który pożywiał się popcornem. I batonikiem? Podnoszę papierek. Zgniatam go i chowam w kieszeń. Śmieć ma do towarzystwa zerwaną przez Kozaka gumkę do włosów i złamaną przez Kozaka kredkę świecową.

Przykucam obok drzwi tarasowych i „tren” peniuaru zamiata niezamiecioną wczoraj podłogę. Ktoś miał tu posprzątać, ale nie pamiętam kto.

Patrzę przez szybę na półtropikalny deszcz. Od wczoraj raz leje, raz siąpi i w to mi graj. Nie będę musiała kosić przerośniętego trawnika.
Teraz popaduje równiutko, bo nie ma wiatru. Krople wody spadają prostopadle do ziemi w cieniuśkich sznureczkach, jakby kto delikatnie przelewał wodę przez mega sitko o mini oczkach.

Otwieram drzwi i wzrasta szmer wody.
Na jezdni ciche pląsy w kałużach.
Osiedle nadal śpi.
Oprócz mnie i Kozaka, znaczy się. Może kogoś jeszcze.
Zostawiam drzwi rozsunięte, bo od maja nie było tak przyjemnego poranka. Powietrze wilgotne, lecz prawie chłodne.
Właśnie! W kuchni stygnie owsianka instant o smaku syropu klonowego.

Wołam synka, bawiącego się w najlepsze klockami lego.
Nie może teraz jeść.
Jest zajęty budowaniem Afryki.

Opadam na kanapę. Muszę złapać oddech. I po prostu się nie ruszać.
Co tam nowego w laptopie?
A może coś napiszę?

Pod koniec sklecania niniejszego wpisu, przypomina mi się, że wyglądam dziś jak królowa.
Co z tego, kiedy nie panuję nad sytuacją i kto inny tak naprawdę władzę sprawuje?
O, proszę! Znów spada korona:
- Mama, czy mogę czegoś zjeść?
Ludu drogi!
- Przedziesz masz owsiankę...
- A masz lody? W Afryce jest potęęężny upał. 

To dlatego lata dziś pół goły, acz w nakryciu głowy!

Dosyć tego biadolenia, Dwórki i Dworzanie!
Nadszedł czas na mega pranie!
Kicham na swe niedysponowanie!


Ps. W tekście wystąpiły następujące angielskie wyrazy:

epic mess [wym. epyk mes] - mega syf/bałagan
no epic mess [wym. noł plus patrz wyżej] - nie ma mega syfu/bałaganu
old-fashioned oats [wym. ołd-fesziend ołtz] - tradycyjne płatki owsiane
new-fashioned oats [wym. nju-fesziend ołts] - „sklejka wyrazowa” Kozka mająca oznaczać owsiankę na szybko
instant oatmeal [wym. ynstent ołtmiil] - owsianka typu „instant”, na szybko

I witam Dominikę na liście czytelniczej :-)

wtorek, 9 września 2014

Lekcja Czterdziesta Ósma: Wybaczcie, jeżeli nie znacie angielskiego, ale był konieczny

Grzebałam w biblioteczce Kozy i ciśnienie mi się podniosło.

Książki stały równo. Nic z tych rzeczy, kiedy matka wpada czystki robić u dzieci. (Gdy w domu mnie latem nie było, Koza pięknie poustawiała swoje czytadła, za co pochwała się należy!)
Po prostu znów złapałam za „Dzienniki Nikki” - polską wersję amerykańskich powieści dla „wczesnonastolatek” - Dork Diaries Rachel Renée Russell. Młodsza Koza zaczytywała się w tej serii parę lat temu i na moją prośbę przysłano mi wtedy tłumaczenie pierwszego tomu.
Zdenerwowałam się, bo znów stanęły mi przed oczami stracone pieniądze na ten zakup i przesyłkę. A za stracone je uważałam dlatego, że przekład zaliczam do byle jakich, a in the long run (w rezultacie) - krzywdzących.

Już na pierwszych kilku stronach widać, że

1. tłumacz nie zna amerykańskiego angielskiego lub nie ma dobrego słownika

Tłumaczy „but I figured I couldn’t go wrong” „to i tak nieźle”.
I figured” – niesłychanie popularny zwrot w potocznym amerykańskim – znaczy „dojść do wniosku, że”; „can’t go wrong” znaczy tu mniej więcej „nie rozczarować się”, „nie ma mowy o rozczarowaniu,” a w książkowym kontekście „nie pożałować zakupu” (bohaterka komórkę sobie sprawiła). Proponuję więc „ale doszłam do wniosku, że nie pożałuję zakupu”.

Dalej o telefonie po polsku można przeczytać, że był w promocyjnej cenie. Ale w oryginale nie ma nic o promocji (sale) a o wyprzedaży i to końcowej, mianowicie „clearance”. Taka wyprzedaż sugeruje, że towar nie schodził i trzeba było cenę obniżyć do 70 czy 80 czy więcej procent, żeby po prostu się go pozbyć. I ten żart, że telefon pochodził ze spadów umyka w tłumaczeniu.

Reasumując, punk 2. brzmi: tłumacz nie zna się na realiach rządzących amerykańskim handlem, a zakupy przecież to sport, który Amerykanie lubią uprawiać najczęściej i na wiele sposobów. Tu akurat nie powinno się iść na skróty.

3. tłumacz gubi się w grze słów

Juicy gossip” w tłumaczeniu to „gorące plotki”, a „Juicy Couture designer cell phone” przetłumaczono „Gorący Telefon”. [Tłuste literki moje.]

Juicy Couture to markowa firma i „Gorący Telefon” tego w ogóle nie oddaje.

Gdyby tak przetłumaczyć „juicy gossip” na „plotki w pikantnym stylu”, a „Juicy Couture designer cell phone” na „telefon markowej firmy Pikanty Styl”, zachowana zostaje gra słów „juicy gossip” i Juicy Couture”. (I sugestia poprawkowa: pojawiające się wówczas na stronie 3 nieporozumienie z telefonem można wytłumaczyć np. tak: „powiedziałam dzwońcie ‘z ploteczkami w pikantnym stylu na moją nową komórkę’, a NIE ‘z nowymi ploteczkami na moją komórkę z Pikantnego Stylu’ ”.) 

4. tłumacz pomija slang

I was like, ‘Hello’ ” – witamy w tekście amerykańską plagę językową ostatnich lat, wyrażenie „I was like”, które tutejsi nauczyciele próbują tępić w mowie u dzieci i młodzieży! Koniecznie trzeba oddać to niechlujstwo odpowiednim, innym polskim błędem językowym. Od jakich słów nieładnie zaczynać w polszczyźnie zdania? „Więc”, „no i”? Na pewno się coś jeszcze znajdzie. (Pomożecie?) O, na przykład "i". I :-) kiedy autorka podkreśla u niedojrzałej bohaterki wszędobylski tudzież byle jaki styl mówienia typowej amerykańskiej nastolatki, w tłumaczeniu odzywa się ona o dziwo bardzo poprawnie:
„- Halo? – powiedziałam.”

5. tłumacz gubi się w gramatyce na poziomie średniozaawansowanym

Na stronie 7 ktoś woła: „OH. NO. SHE DIDN’T!”
Jedna z poprawnych wersji tłumaczenia patrząc na kontekst to „NIE! NIE WIERZĘ!” a nie „O, NIE, NIE ZROBIŁA TEGO!”
She didn’t” – patrząc od strony gramatycznej, przedstawia się następująco: she - „ona” (trzecia osoba) i operator czasu przeszłego prostego „did” plus przeczenie „not”. Nie ma tu czasownika. Żadnego. Tym bardziej czasownika „robić”.

Przetłumaczenie powyższego na „nie zrobiła tego” to błąd, jaki robią polscy uczniowie może w szkole średniej, może w liceum, ale tłumacz? „Nie zrobiła tego” w języku angielskim to „She didn’t do it.”

She didn’t” jest celowo niekompletnym wyrażeniem w języku amerykańskim (być może i innym angielskim), bo ma podkreślić niedowierzanie, a ściślej ten moment, kiedy odbiera człowiekowi mowę i reszta zdania nie chce przejść przez usta. Jeszcze dosadniejszym „NIE WIERZĘ!” byłoby nawet rozparcelowanie operatora i przeczenia: „She did not!”. A jak komu „nie wierzę” nie leży, to niech sobie wstawi „coś ty!”. Opcji jest sporo.

6. tłumacz nie ma czasu na niuanse, wiem, mało który tłumacz ma, ale zawsze tych smaczków szkoda, szczególnie, kiedy usuwa się humor

Talk about major HEARTBREAK!” nie jest w oryginale aż tak melodramatyczne jak to przedstawiono w języku polskim - „ZŁAMAŁA MI TYM SERCE” (pomijam, że polska wersja w ogóle tu nie trzyma się oryginału). Zdanie angielskie sugeruje rozczarowanie, ale też ironię, a w tym kontekscie nawet i złość. Potwierdza to poprzednie zdanie, a konkretnie wyrażenie „just a stupid little book”. W ten sposób odezwie się w języku angielskim rozgniewane dziecko. W dodatku "talk about major HEARTBREAK" brzmi śmiesznie w angielszczyźnie. A „ZŁAMAŁA MI TYM SERCE” za bardzo śmieszne czy ironiczne nie jest, stąd prędzej przetłumaczyłabym zdanie jako „Zafundowała mi niezły CIOS W SERCE!”

Mogłabym dalej rozprawiać o tym przekładzie, o tym, jak przedstawia się kolejny raz polskiemu czytelnikowi byle jakie tłumaczenie (wiem, czemu, wiem), ale wystarczy, że stałam przed gablotką Kozy i trzepałam paluchami po stronicach i że córka musiała tyrady wysłuchać. Bo przy Kozie, Kochani, to sami swoi - nie wyrażałam się o nieścisłościach tłumaczenia tak układnie jak tutaj.

Co tu robi w ogóle ten post?

Kiedy poszłam sobie ochłonąć, miętoląc w ustach ostatnie złości pod adresem tłumacza, Koza wzięła książkę do ręki, bo... nic nie działa w marketingu tak skutecznie jak antyreklama?

I teraz nie wiem, Drogi Tłumaczu, czy w efekcie mam Panu dziękować czy nie.

Bez nagonki Koza czyta rzecz po polsku. Może nie przebrnie przez więcej, niż kilkanaście stron - jak jej matka - ale fakt faktem, że czyta. 

A ja jestem w kropce. Czy nagłe zainteresowanie Kozy oznacza, że nie pożałuję zakupu”?


poniedziałek, 8 września 2014

Lekcja Czterdziesta Siódma: Chińskie kamienie młodości i zanik pamięci na sen.

- Can you take me, or do you want me to ask daddy?
A po co zaraz tatę angażować? Skoro córka prosi, żebym ją zawiozła do koleżanki na popołudnie, to przecież zawiozę. 

Plan jest prosty. Jadąc pięciominutową trasą będę do Kozy dużo mówić po polsku. Trzeba, bo w lato bez mego nadzoru zangielszczyła się do bólu. Momentami polskiego nie rozpoznaje. Ta, która pierwsze pełne zdanie w swoim życiu wypowiedziała po polsku: Mama pi, tata pacy”. - Mama śpi, a tata jest w pracy. (Wychodzi na to, że leniwą matką byłam, co?)
Dzisiaj nawet byle jakim polskim Koza nie zaszczyci. Najgorzej, że ciągnie mnie w swój angielskomyślący świat, a ja, stara baba, daję się zapędzić w kozi róg. 

Pięć minut do koleżanki. Pięć minut od koleżanki. Razem to przecież aż dziesięć minut nawijki po polsku. Ja będę gadulić, Koza może słuchać, jeśli muza w słuchawkach nie będzie jej dudnić za głośno.

Wiem, że nie nadrobię strat z wiosny. Nie nadrobię strat z lata. I uwaga! Nie będę nic nadrabiać! Precz z nadrabianiem! Ten rok za bardzo mną potrząsnął i jeszcze do siebie nie doszłam, więc po co udawać, że się da, jeśli prawdopodobnie się nie da? Strata goniąca stratę też ludzka rzecz i przyjmuję to na biust. Ale jestem teraz w domu. A w domu z przyzwyczajenia i tak zwracam się do Kozy po polsku, chociaż ona do mnie - tak jak w pierwszych słowach tego wpisu - mówi już wyłącznie po angielsku.

- Przyślij mi SMS-a, kiedy mam po Ciebie przyjechać - instruuję Kozę wyskakującą z samochodu.
- 'kiej - Spoks woła Koza i śmiga do drzwi, które ktoś już od środka otwiera.

Mija popołudnie, przychodzi wiadomość: You can pick me up. (Możesz po mnie przyjechać”.) To wystukuję standardową odpowiedź i siadam za kierownicą.

Gadka szmatka z mamą koleżanki, Koza żegna kumpelkę, wsiadamy do minivana, trzaskamy dverjami, odpalam silnik i słyszę po angielsku:
- Mama, a co ty mi napisałaś?
- Kiedy? Gdzie?
- Kiedy przysłałaś SMS-a. O co chodzi z tym kamieniem?
- Z jakim kamieniem?
- No dobra! Minerałem!
- Wybacz, Rybka, ale nie wiem... - rozglądam się stojąc na pierwszym skrzyżowaniu przy znaku stopu - ...nie wiem, o czym mówisz.
- Napisałaś dziejd...
- Co tam takiego napisałam? - ruszam przed siebie ostrożnie, bo na tym skrzyżowaniu często wymuszają pierwszeństwo.
- Dziej-ej-di-i! - literuje po angielsku Koza.
Jest taki kamień, prawda, zielonkawy. Mam nawet z okruszków nefrytu bransoletkę. Jednak nie przypominam sobie, żebym słała dziecku SMS-a o nefrycie.
- Nic takiego nie... - HA! I owszem. Napisałam. Cztery literki składające się w jeden wyraz: J-A-D-E. 
Każdemu by tak wyszło bez polskiej klawiatury. Mój amerykański nie-smartfon nie ma takiej opcji. Ale żeby brak ogonka tak zniekształcił słowo, że Koza nie kuma?

Niestety. Tylko pomarzyć można o dawnych czasach, kiedy to-to mówiło do mnie exlusively in Polish. Mama pi... do dziś mnie rozczula. Nie pamiętam, czy kiedy stanęła w sypialni miała na sobie piżamkę w biedronki i inne stonki, ale i tak słodko mi się na obecność Kozy zrobiło, gdy usłyszałam przez sen w ciemny, zimowy ranek jej pierwsze zdanie. I od razu, zwróć uwagę Luby Czytelniku, zdanie złożone! Mama pi, tata pacy - przymknijmy oko na to, że bez spójnika. 

Mama pi... i pospałaby jeszcze, mama, pospała. Na skołowanie najlepszy jest sen.

Oh, yeah? I have news for you, mama! Czyli niosę ja tobie wiadro zimnej wody! Dzieciak już nawet prostego jadę nie rozumie! Twój ciężki rok wsadź se gdzieś! Ty się, matka, lepiej OBUDŹ! 


Ps. Zapisała się do czytania mamajanka. Mamo Janka - pozdrawiam!

sobota, 1 lutego 2014

„Proszę ładnie się wpisywać, lecz karteczek nie wyrywać...”

Któregoś dnia, może z półtora roku wstecz, mój ówczesny trzylatek przyniósł kilka kartek spod drukarki i poprosił, żeby je spiąć. Powiedział, że będzie pisał książkę „dla dorosłych”, a zagadnięty o detale, dodał, że będzie dużo literek i mało obrazków.
Potem zakasał rękawy. Bez pośpiechu wyrysował rzędy szlaczków na każdej stronie i dumny ze swego dzieła przyszedł i zapytał:
- Co ja tu napisałem? Przeczytaj mi, bo nie wiem.
W ten sposób rozpoczęła się nasza rozmowa o różnicy między esami-floresami a literami, które Kozak znał już po angielsku.

Rok temu wprowadziłam polskie samogłoski (ślad tej nauki widoczny jest w tym wpisie) i zaczęłam przygotowywać się do uczenia Kozaka czytania po polsku metodą sylabową zapodaną mi przez logopedkę Elę Ławczys (autorkę tego bloga).

W międzyczasie książka Kozaka rosła. Spinane zszywaczem kolejne rozdziały doklejałam do książki-matki taśmą klejącą. Kozak nadal operował szlaczkami, ale tym razem szły one w parze z tłumaczeniem na język do rozczytania. I tak, kto zna język polski lub angielski, może dziś przeczytać w tym dziele, że 




 („To jest fajna książka dla każdego. A teraz muszę tu jeszcze dopisać literek”.)

ALBO

„Jabłecznik nie wyjdzie, bo nie założyłaś fartucha”. 
 „Papuga to ptak policyjny. Wszystko powtarza, co mówią policjanci w komisariacie i przestępcy mogą wtedy lepiej słyszeć”.
 „Łopaty śmigłowca obracają się tylko w jedną stronę”.
Itp. Itd.

Po ostatnich letnich wakacjach Kozak zapragnął osobiście zapisać coś z angielskich wyrazów wałkowanych w przedszkolu, a potem i z sylab, które poznawał po polsku, weryfikując charakter swego dzieła - odtąd co lepsze słowa musiały zostać zilustrowane.




Tworzony metodą chałupniczą wolumin tak rozrósł się wszerz, że jedną ręką dzisiejszego pięciolatka nie uniesiesz.




I zastanawialiśmy się, czy nie czas na rozpoczęcie drugiego tomu pamiętnika, a tu raptem smyk dostał „Mój pierwszy dzienniczek” Agnieszki Fabisiak-Majcher i Eli Ławczys.

Książka wprawiła Kozaka w stan zakłopotania i zachwytu zarazem. Bo - jakby nie patrzeć - konkurencja jakaś się objawiła, ale przydatna przecież - z linijkami jak ulał pod myśli nieuczesane.

Chociaż książeczka została napisana z myślą o wypełnianiu dwóch stron dziennie, zaintrygowany Kozak chciał, abym za jednym posiedzeniem przeczytała mu całość. (Niestety, tak płodnemu „artyście” jak Kozak nie przetłumaczysz, że ma się zadowolić dwoma kartkami na dobę.)
Książkę przeczytaliśmy w trzy posiedzenia i wiem, jaki temat jest na której stronie, a to przydatne, kiedy młody czytelnik nie z tych, co chce trzymać się narzuconego kierunku. Najważniejsze, że świetnie rozumie proste dialogi, lubi pytania o niego samego, każe mi streszczać mijający dzień i raz sam, raz z moją pomocą gryzmoli zawzięcie to literki to obrazki. 




Nie zaglądamy do dzienniczka codziennie. Tytuł taką częstotliwość zaleca, ale luźny format książeczki tego nie wymaga. Powroty są jednak twórcze, bo oprócz odpowiadania na pytania, Kozak nie żałuje introspekcji i wyłuszczania praw rządzących światem. Polecam stąd takie wpisy jak
„Guma do żucia zrobiona jest z żuka”
„Rano dobrałem się do słodyczy.”
„Nie lubię majazonu”. (majonezu)
„A kiedy urosnę, to będę dorosłym”.
„Dzisiaj dostaliśmy od listonoszki nowe kluczynki do skrzynki.”
oraz
„Jak nie czytasz książki, to się długo nudzisz. Przestępcy nie czytają książek”.

No.
To szklanice w górę za wszystkich „nienotowanych” i za Elę - w podzięce za przygodę z drugim pamiętnikiem Kozaka.

Muszę patrzeć tylko, żeby nie kłaść dzienniczka zbyt wysoko, bo jak to Kozak ostatnio skwitował próbując go dosięgnąć, „lepiej nie wchodzić na półkę, bo można kompletnie dobrze się zwalić”.
Aż takich poświęceń dla krzewienia języka byśmy nie chcieli... ;-)





Ps. Umyśliłam sobie od początku istnienia bloga przywitać wszystkich ujawniających się gości - przynajmniej tych, których wypatrzę -  i dziś oficjalnie ślę ukłony ivonesce. Prosto z górnej półki, że się wyrażę ;-) I pozdrawiam wszystkich!

czwartek, 14 listopada 2013

Wiara balony przenosi?

Kozak chciał wczoraj mieć urodziny i sprawił sobie balon. Wlókł go po podłodze od obiadu do kolacji. I jak ten wierny pies balon trwał przy nodze. 

Przed pójściem spać, Kozak poprosił Lubego Męża Mego, żeby balon ponownie nadmuchał. Ale tym razem „porządnie”.
Mąż odparł, że balon już się bardziej nie rozciągnie. Co najwyżej pęknie.
No to Kozak podumał chwilę i wyjaśnił, że nie chodzi o większy balon, tylko taki, który będzie się unosił w powietrzu.

Luby Mąż rozkłada ręce. Tłumaczy, że nie potrafi wydychać helium [wym. „hiljem”]. Gdyby umiał wydychać helium to miałby wysoki głos i... I nie dosłyszałam, bo akurat prowadziłam rozmowę telefoniczną.
Niezadowolony z odmowy ojca, Kozak zwraca się do mnie, chociaż widzi, że jestem zajęta.
- Mama... Co to jest helium
Macham ręką, że teraz nie mogę rozmawiać. Ale ten nie ustaje.
- Excuse me for just one second… - mówię do słuchawki, zakrywam ją ręką, patrzę na Kozaka – Słucham? O co chodzi?  
- Co to jest helium? Powiesz mi? Czy nie?
- Hel... Yes? – zwracam się znów do osoby na drugim końcu połączenia i zaraz potem kończę rozmowę, a Mąż zaczyna się śmiać i pyta czego się wyrażam bez powodu w biały dzień. Posądzona niesłusznie o czyn gorszący przed maluczkim, w odwecie pytam, co w czasie mojej nieobecności Luby Mąż robił na kanapie, że wylazły z niej flaki i musieliśmy wydawać pieniądze na nową?

Zrobiło się piekło? Hell, yes!* I nie przez podobnie brzmiącą do angielskiego hell nazwę polskiego pierwiastka. Czyli nie o rzekome angielskie „kurde” czy „cholerę” poszło. Zrobiło się gorąco, bo balon pękł. A wiadomo, lepszy balon w garści niż jego strzępy na dachu. (Czy coś w tę deseń).
Kozak z nosem na kwintę usunął się w cień, a tu proszę: cień najwyraźniej przysposobił dzieciaka do myślenia, bo Syn wyszperał kolejny balon do nadmuchania i podstawił mi go pod nos.
- Mama, ty masz wysoki głos. Zaśpiewaj mi te Alleluja do balona. Żeby poleciał wysoko aż do sufitu.



* Hell, yes! - brzydko, dla niektórych wręcz wulgarnie: „a jak!” „a pewnie!”

** "Alleluja" z Mesjasza Haendla



wtorek, 15 października 2013

Lekcja Czterdziesta Pierwsza: Polska biała zwisłoucha - kupa mięcha i egipski bóg słońca

- Mama, kup mi świnkę.
Po angielsku to powiedziano, do mnie.
W odpowiedzi milczałam znacząco moją najlepszą polszczyzną, bo w godzinach lekcyjnych nie chcę słyszeć angielskiego. 
Koza się poprawia:
- Kup mi pigletka.
- Prosiaczka.
- Kup mi prosiaczka...
Próbowano już przepchnąć dudka i żółwia. Doszłyśmy, widać, do ssaków.
- Ale wymyślasz! Po co ci prosiaczek?
- Zobacz jakie są śliczne! - Zaparkował mi przed nosem laptop (podstępnie otwarty na stronie pełnej różowych ryjków i ciemnych raciczek). - To... myniczeur prosiaczki...
- Miniaturki.
- I zobacz, co tu jest napisane: przywiezione do USA z Twojej u-ko-cha-nej Europy!
Zadźwięczał dzwonek u drzwi wejściowych.
- Tak, malutkie są śliczne... Tylko jaką masz gwarancję, że taka miniaturka nie rozrośnie się w zwykłą świnię hodowlaną?
Ponowny dzwonek do drzwi. Tym razem niecierpliwy. I jeszcze jeden. Wstałam od biurka.
- Wpisz w wyszukiwarkę maciora, wybierz images, to pogadamy - rzekłam na odchodne.
Odkluczyłam drzwi wejściowe.
- Cześć, to ja! - uśmiechnął się z wycieraczki Kozak.
- Co ty tu robisz?
- Tata zabrał mnie na spacer.
Luby Mąż wyłonił się na chodniku, targając kozaczy rower. Kozak zadzwonił dzwonkiem jeszcze kilka razy, uznał, że wystarczy, zbiegł ze schodków i pognał dzwonić do drzwi sąsiadów.
Wróciłam do Kozy zgarbionej nad komputerem i za Kozą kompletnie zbiło mnie z tropu. 

Na ekranie napakowany koksem gościu w pretensjonalnej pozie smoli cygarosa wielkości kabanosa. Zwierz - nie zwierz, próżno deliberować - w każdym razie samiec. Klasy truteń mym skromnym zdaniem.



(Zdjęcie stąd

- Co ty za strony przeglądasz? - pytam Córkę.
Koza dalej gałuje w komputer. Żuje dolną wargę.
Szukam wąskiego paska przeglądarki - co tam wpisało moje dziecko, że zamiast maciory byczek się pojawił?
I za chwilę namierzam odpowiedź: Macho Ra.

niedziela, 8 września 2013

Lekcja Trzydziesta Ósma: Czy grozi mi marskość wątroby?

Nic innego z polskiego nie udało nam się wczoraj zrobić poza czytaniem na głos. Koza czytała, ja sprzątałam kuchnię. Kiedy odstawiłam miotłę, Córa zatrzasnęła książkę.
- Nie zaznaczyłaś strony. Będziesz pamiętać, gdzie skończyłaś?
- Pewnie. Strona treinta y cuatro.
Po jakiemu to było? Po hiszpańsku zapewne. Ach, jaka wykształcona!
- A o polsku to ile?
- Trzydzieści cztery! Takie rzeczy się wie! Przecież po polsku umiem liczyć aż do sto.
„Do stu” się mówi, lecz jej nie poprawiam, bo mi się już po prostu nie chce. 

Dzień był długi. Rozciągnęło go jak przy krawędzi kosmicznej czarnej dziury i na moje trwał wręcz tydzień. A może to cały tydzień skondensował się w dwanaście godzin? Nie wiem, ale jakieś prawa fizyki na pewno ostatnio zawiodły.
Koza – nieproszona – odlicza po polsku do dwudziestu. Potem dziesiątkami dobija do setki.
I podkusiło mnie.
- A co jest po... sto dziewięćdziesiąt dziewięć? – pytam.
- Yyy... Dwa-zero-zero.
- Dwieście... – podpowiadam.
- Dwieście, trzyście, czteryście...
- Niezupełnie... Dwieście, trzysta, czterysta...
- OK. Dwieście trzysta, czterysta, pięć-czysta, sześć-czysta...
- Rybka, zagalopowałaś się! Czterysta, ale potem pięćset, sześćset...
- ... siedemset, osiemset, dziewięćset, dziesięćset....
- Tysiąc!
- No dobra, tysiąc.
A na zegarze dwudziesta druga z minutami, więc wygnałam Kozę spać.

Oparłam ręce o wylizany kuchenny blat i popadłam w przygnębienie. Po trzech miesiącach przerwy w lekcjach z polskiego wymowa głosek szczelinowych u Kozy (przy okazji i u Kozaka) samoistnie się polepszyła. Ale jak widać u Córki stało się to za cenę znajomości liczebników. Ech...

Odwróciłam się. Bezwiednie podeszłam do lodówki. Szarpnęłam ciężki drzwi, dostrzegłam napoczętą butelkę czerwonego wina. Z westchnieniem wyciągnęłam korek i szkło.

Bul... bul... bul... ból, że ta nauka polskiego ciągle powiela ten sam schemat: każdy krok do przodu następuje po przynajmniej jednym w tył... Hej! To zupełnie jak z zakupem kanapy! Przyjechała z magazynu nowiuśka, ale po zdarciu folii okazało się, że z dwoma czarnymi plamami na obiciu. Dzwonię z reklamacją i dowiaduję się, że właściwy pan od przyjmowania reklamacji może przyjechać „obejrzeć plamy i spisać protokół” dopiero za kilkanaście dni.

Wpatrzyłam się znów w łysy blat. Łyknęłam bordowy płyn. Łypnęłam na butelkę. Zostało niewiele, więc lepiej dokończyć, bo za chwilę pójdzie w ocet... A ja z torbami! Czy wiecie, że wóz, którym jeżdżę widnieje w dziesiątce najbardziej rozchwytywanych samochodów na części? Wymieniliśmy wczoraj jedną z nich, więc rozumiem, dlaczego ten dwunastolatek ma takie powodzenie u złodziei. Kiedy siada elektronika, buli się słono. Może następnym razem trzeba kupić model o mniejszej ilości przycisków, a większej ilości uchwytów, korbek i wejść na kluczyk. Tak jak to cacko poniżej z 1939-go roku. 






Tylko taki „niezelektronizowany” pojazd to zabawka na kolekcjonerską kieszeń. A ja kolecjonuję kwiatki, nie auta, więc o czym w ogóle mowa? Gdzie logika?

Odchyliłam głowę, spijając ostatnie krople wina. Odstawiając naczynie, dojrzałam kątem oka jakiś cień. 
Koza, przebrana w piżamę, stała oparta o ścianę.
- Przyszłam ci powiedzieć „dobranoc”.
- No... dobranoc, dobranoc...
Jeszcze koziny łeb przytulił się do mokrego fartucha. I oczywiście musiałam poczuć rogi.
- A czy przypadkiem – rzecze Córka po angielsku – lekarz cię nie ostrzegał, że nie masz przed snem jeść czekolady lub pić alkoholu, bo dostaniesz zgagi?
- Ej...
- Słyszałam, jak cioci mówiłaś. Żadna tajemnica.
Koza zawija się do odwrotu. Kiedy jest dostatecznie daleko, aby jej nie widzieć, dodaje:
- Ale nie przejmuj się, mamo! Masz jeszcze inną opcję. Czytałam, że ciepłe mleko też dobrze robi na zaśnięcie. Dobranoc!

poniedziałek, 20 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Piąta: „Zwierz kocha”, czyli czas na zmiany

Czytałyśmy tekst o zoo i Kozie przypomniała się rozmowa z Bratem.
- Chciał, żebym mu pokazała fokę, co składa jajka. Mówię mu, że foki nie składają jajek, ale kłócił się ze mną, że widział taką, która składa. Na twoim laptopie.

Dla ścisłości: na moim laptopie niczego składać nie wolno!

Nie wolno nawet składać jego samego, bo jest tak zjechany, że się nie zamyka na skutek pęknięcia jednego z zawiasów (pokancerowanego – według Lubego Męża - na skutek mojego bezprecedensowanego obchodzenia się z urządzeniem, spowodowanego targaniem sprzętu z jednego kąta w drugi. Tu przyrzekam - odbywało się ono nie z mojej winy, gdyż nie mam w domu własnego biurka na skutek tego, że Kozak mi je zagracił, a zagarnął je bo, raz niedysponowana przeniosłam się na kanapę i Kozak uznał, że biurko mi niepotrzebne).

I tak od pół roku moja kochana Toshibka ze słabo kontaktującym podłączeniem do prądu oraz o wyrobionym akumulatorze służy na kanapie za komputer stacjonarny, którego – mimo niewielkich gabarytów - nie idzie zapakować do torby.

Wymiana zawiasu się nie opłaca, bo dycha kompcio rozgrzanym wiatrakiem na drugiej baterii, jadąc na trzecim z kolei kablu, a ten trzeci kabel łączy tylko wtedy, kiedy zwisa przewieszony przez monitor, opierając się najchętniej na trzecim rzędzie liter, powodując palcopląs, że o oczach nie wspomnę.

Ale zapędziłam się w dygresje. Miało być o foce, co składa jajka.

- I ponoć ta foka śpiewa - dodaje Koza.

Jeśli rzeczywiście śpiewała z mojego laptopa, to dobrze było ją słychać, bo mam odjazdowe, wbudowane głośniki pod przekrzywionym ekranem (uniesionym lekko w górę po prawej stronie - dokładnie nad feralnym zawiasem). A głośniczki są firmy harman/kardon! Unikacik takie co w laptopie, jeśli mogę czymś jeszcze komputer zrehabilitować.
- Mama, co to znaczy „miota”?
- Miotła?
- Nie! Nie broom tylko „miota”! Ba on mówił, że ta foka się "miota".

Ja też bym się miotała, gdybym zniosła jajko, ale teraz mam jednak ważnieszy problem: trzeba będzie zakupić nowy laptop. A ja nie chcę Windows 8.
„Niestetyk”, zakup kompa z Windows 7 oznacza transakcję online. Żaden szanujący się amerykański sklep z krwi i kości nie prowadzi sprzedaży nadal popularnej „siódemki”. „Niestetyk”, bo nie będę mogła wypróbować klawiatury. Muszę kupić kota w worku, a ten kot drogi. Kilkaset dolarów, żeby mi weń wlazły wszystkie zdjęcia.

Dumam nad tym, kiedy uzbieram znów taką kasę: w lipcu? w sierpniu? jesienią? A tu proszę: okazuje się, że Kozak lepiej nadążał za moją rozmową z Kozą niż ja. Umożliwiły mu podsłuch gipsowo-kartonowe ściany i otwarte drzwi.
- Mama, włąc mi piosenkę o fkoce na twoim laptopie!
- O jakiej fkoce? – Odwracam się do Syna stojącego w przedpokoju.
- O fkWoce! Co „złości się i miota”! Co mówi „a to świnia” i „a to klowa” „takich nikt jus nie wychowa”.
Aha! O „Kwokę” Brzechwy z Akademii Pana Kleksa prosi.
- Za moment, dobrze? Dokończymy tylko lekcję. Poczekaj grzecznie. Pięć minut!
I poszedł sobie. Przycupnął kulturalnie na kanapie i laptop spadł.

Urządzenie działa nadal, choć na kablu pożyczonym od komputera Lubego Męża i na rozdwojonym ekranie – brzeg obudowy po upadku odkleił się tuż nad rozkraczonym zawiasem, firmowy napis harman/kardon wygiął się wypukle...
Ech, szkoda słów!
Szykuj, matka, kilka stów.

- Psia kocha! – wzdychalam pół dnia nad niezadawalającym stanem konta bankowego. A wieczorem, przechodząc obok Kozy, podśpiewującej sobie cosik przy swych zajęciach, dobiegł mnie taki półgłosik:
- Psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha...

Nic, tylko trza brać tę odmianę za dobrą monetę! 

czwartek, 9 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Trzecia: Dlaczego unikam upowszechniania domowych wywiadów

Rozmowa między mną a Kozą:

- Powiedz mi, co tak naprawdę myślałaś zaczynając czytać książkę o Mai i jej kocie?
- Że będzie nudna i dla malutkich dzieci. 
- Aha...
- I właśnie taka była.
- Taaak?
- Nie. I’m keeping you on your toes. („Sprawdzam, czy słuchasz, co mówię.”)
- Laska... Możesz przez chwilę nie żartować?
- Mogę.
- W takim razie... Co w książce było najtrudniejsze?
- Słowa.
- Które?
- Wszystkie.
- Jakie „wszystkie”?
- Wszystkie, które miały litery... Nie idź! Nie iiiidź!!! I’ll be serious from now on. („Już się będę zachowywać poważnie”.)
- Co było w książce najłatwiejsze?
- Rysunki. Nie trzeba było ich czytać. 
- Nie, no jaja znowu sobie robisz!
- Wcale nie! Rysunki mi pomogły!
- W zrozumieniu treści?
- Not really. (Niezupełnie.) Po prostu lubiłam na nie patrzeć, bo były ładne! Nie jak w tej książce „Karolcia na wakacjach”. Pamiętasz te ohydne kocie oczy?
- Przecież lubisz kocie oczy.
- Ale nie na twarzy!
- Ja tam uważam, że skośne oczy są bardzo piękne...
- Mama! Skośne tak, ale nie kocie i do tego wielkie na pół buzi! I na dodatek wszyscy bo... boh... boh... characters?
- Bohaterowie?
- ...bohaterowie mieli krótkie nogi, a Filomena wyglądała jak stara czarownica. Nie lubię książek z brzydkimi rysunkami. A kotek Mai był śliczny. Chciałabym kiedyś takiego mieć.
- Jeśli się postarasz, to może i będziesz miała. Nigdy nie wiadomo. Następne pytanie: Czy indentyfikowałaś się z główną bohaterką?
- Tak... Maja ma młodszego brata, jak ja.
- Chodziło mi o jej problemy.
- Mówię: ma brata, jak ja.
- Pardon. Chodziło mi o problemy związane z nowym miejscem, z koleżankami...
- To nie.
- Pytanie piąte: Czy spodziewałaś się takiego zakończenia?
- Tak, bo most stories that have little kittens on the front end the same. (“Większość książek, które mają na okładce kociaki kończy się tak samo.”)
- Hm... Między nami, bardzo dłużyło ci się czytanie?
- Średnio, ale mama! Następna książka po polsku...
- Tak?
- ... chce ją czytać...
- No???
- ... tylko po cichu.
- A może chociaż część poczytasz na głos, to pośmiejemy się obie? Bo mam śmieszną książeczkę, jedną z ulubionych z dzieciństwa, o Mikołajku.
- Co to za koleś?
- A taki zabawny chłopiec... kilka lat młodszy od ciebie, co chwile pcha się w kłopoty...
- Nie, dziękuję. Już takiego znam...
- Zgoda, ale ten jest starszy od twojego brata, a poza tym to książka o przyjaźni, koleżeństwie.  I naprawdę jest śmieszna...
- E...
- Zaufaj mi! Pozory mylą! Teraz się krzywisz, a potem się zdziwisz. Mówię ci, że jest fajna.
- Nie wiem...
- Dobra, jeśli ci się nie spodoba, to następnej części nie będziesz musiała przeczytać.
- Ile jest tych części?
- Nie pamiętam... Sześć? Może więcej. Musiałabym sprawdzić... Ale ja mam tylko dwie. Teraz jeszcze mi powiedz, jakie książki w języku angielskim poleciłabyś swoim rówieśnikom?
- A jak powiem, to mi je kupisz?
- Wypożycz sobie z biblioteki.
- Ostatniej części nie ma w bibliotece.
- Ostatniej części czego?
- Serii Maximum Ride.
- Co to za seria?
- Jak się to mówi... Fantasy? Science-fiction? Action… „Action-owa”?
- Przygodowa. A o czym konkretniej? O kim?

Tu usuwam wartki monolog w języku angielskim o przygodach nastoletnich uciekinierów plus jednego sześciolatka, bo nie chciało mi się tego tłumaczyć.

- Słuchaj, tak się zastanawiam, czy to jest już w polskim wydaniu. Kupiłabym ci przez kogoś polską wersję...
[Kozie oczy nabierają „kocich” kształtów, zupełnie jak u bohaterów „Karolci na wakacjach”.]
- CO?
- Poprosiłabym, żeby ci ją przysłano do przeczytania...
- OH, NO! YOU’RE GONNA RUIN IT FOR ME!!!

[Koza zrywa się i wybiega, zaciskając pięści. Ani be, ani me, żadnego „dziękuję za rozmowę”. Długo przeżywa, że matka chce „obrzydzić” oryginał aktualnie ulubionej książki.]

Ps. Przy okazji "matkowania", "amerykańskim” mamom życzę Happy Mother’s Day! (Dzień Matki wypada w Stanach za trzy dni, w drugą niedzielę maja.) Życzę zresztą każdej mamie, każdemu z Was, kto czasem staje oko w oko z dziatwą, żeby umiał wyczuć, kiedy nie należy jej podpaść. 

Jeśli chodzi o mnie, liczę po cichu, że do niedzieli moja niefortunna książkowa propozycja pójdzie w niepamięć.