Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język polski w obcym kraju. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą język polski w obcym kraju. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

Lekcja Pięćdziesiąta Pierwsza: W temacie czyste kulturoznawstwo

Pracujemy z Kozą nad artykułem.
Autor, Brytyjczyk mieszkający w Polce, pisze o przygodach towarzyszących mu w odnalezieniu się w jej kulturze i języku.

Artykuł jak najbardziej stosowny, bo nic nowego donieść nie mogę, poza tym, że jak wczoraj, tak i dziś Koza odnajduje się bez problemu w gadżetach, jedynych dwóch zdezelowanych, jakie ma - w kompie i w komórce. W języku matki - nie.

Aż dziw bierze, że można czytać prawie płynnie tekst z polskiego Newsweeka, a nie rozumieć w nim połowy wyrazów.
Nie powinnam się dziwić, bo uczyłam obcokrajowców i wiem, że na tym polega bałamutna uroda polszczyzny, iż raz opanuje się wymowę i z powodzeniem można przeczytać i menu w pierogarni i sprawozdanie z obrad sejmu. (Inna rzecz, co się z treści pojmie i co nam z tego zaszkodzi.) Ale zdziwko jest silniejsze ode mnie. Wrodzone.

Po skończeniu lekcji z córką przycichłam. Koza wyjmuje z uszu włożone weń przez chwilą słuchawki. 
- A co ty tak posmutniałaś? - pyta po angielsku.
- Co?
- Czemu jesteś taka smutna? - znów pada zdanie w języku miejscowym. - Uśmiechnij się. Hej! Mama?
Wykonuję polecenie.
Nie staram się zbytnio i Koza postanawia opowiedzieć mi dowcip.
- Znasz kawał o cyfrach rzymskich?
O tych samych, których nadal nie potrafi odpowiednio przeczytać, gdy widzi je w polskich czytankach i o czym pisałam zawczasu? Nie, nie znam.
- Przychodzi starożytny Rzymianin do współczesnego baru, pokazuje dwa palce, wskazujący i środkowy i mówi "tyle piw poproszę". Barman stawia przed nim dwa, a on się piekli o pozostałe trzy... Ha, ha, ha!
Uśmiecham się.
- No, dałaś się rozweselić - rzecze ona. - Twoje szczęście, bo już myślałam, że przechodzisz kryzys wieku średniego.
- Czy ty w ogóle wiesz, co to jest kryzys wieku średniego?
- Wiem. I wiem, że ty swój już przeszłaś. Przez moment myślałam, że przechodzisz drugi.
- Ja przeszłam midlife crisis??
- Parę lat temu kupiłaś sobie Kindla, czy nie?
- I co z tego?
- A potem tablet!
- No i co?
- Jedni kupują nowe samochody, a ty chciałaś się odmłodzić na swój sposób. Czyli czytać, jak większość ludzi inteligentnych.
Pardon, ale tu się Koza myli! Statystki pokazują, że mimo czarnych scenariuszy, ebooki i tym podobne wcale nie wyparły wydań papierowych. To tylko 30% rynku wydawniczego. Stara kartka dobrze się trzyma, lecz nie powiem teraz o tym Kozie, bo nie daje mi dojść do głosu.
- Nie udało ci się pójść z duchem czasu, co?
Nie odpowiadam. Koza miele gębą dalej:
- I teraz Kindle i tablet leżą nieużywane. Ładujesz je chociaż? W sumie, skoro ma już tak leżeć, to tablet mogłabyś mi pożyczyć.
HA! Niedoczekanie!
- Ty mi lepiej jeszcze raz powiedz, co masz w tygodniu zrobić z polskiego.
Teraz Koza wygląda, jakby przechodziła kryzys wieku średniego.
- I po polsku mi powiedz, co masz zadane - dodaję.
Koza się waha, ale zaczyna dukać.
- Mam wypisać resztę wyrazów, których nie rozumiem. Takich jak kinder jajko.
- Powtórz po mnie: kinder-sztuba.
- Kinder-sztuba. Jedno i to samo... I ustąpić miejsca strasznym.
- Star-szym.
- Niech im będzie.
Wzdycham i pytam.
- Co jeszcze?
- Napisać, co ja wiem o kulturze polskiej. O zwyczajach na święta. Co w Polsce ludzie robią na przykład w Boże Narodzenie.
- Tak. I uwzględnij Wielkanoc i Wszystkich Świętych.
Tu pada wzmianka o bracie.
- E, mama, a pamiętasz, jak chciał jeść pomarańcze z drzewka na cmentarzu? Mogę o tym napisać? Albo, jak pokłuł się przy jednej krypcie kaktusem? I może dodam imieniny?
- O! Czemu nie? Kapitalny pomysł - cieszę się i z nadmiaru radości skracam poprzednio wydane instrukcje. - Po zdaniu na zwyczaj wystarczy.
- Tylko po jednym zdaniu? Super! To napiszę to teraz i będę miała z głowy - Koza myśli pragmatycznie i głośno zarazem. I znów po angielsku.

Właściwie jest mi wsio rawno, czy odświeży sobie pamięć teraz, czy jutro. Jest mi to bez różnicy, bo ważniejsze, że dłużej pomyśli o Polsce.

Nie ruszam się od stołu. Udaję, że szukam czegoś w rozsypanych papierach, żeby pobyć jeszcze obok dziecka. W tygodniu nie mamy dla siebie za wiele czasu. I - nie ukrywam - przyjemnie być świadkiem tego, że Koza jednak potrafi pomyśleć o czymś poza jej wersją problemów dorosłych. Patrzę, jak intensywnie myśli. I myśli. I zapisuje tytuł pracy na pustej kartce, Obczaje Polske”.




piątek, 12 września 2014

Lekcja Czterdziesta Dziewiąta: Zakończona haniebnie

Poczytała sobie Koza pierwsze strony kontrowersyjnych dla matki Dzienników Nikki” (patrz: poprzedni post), a potem przyznała, że zaczęła skakać z rozdziału do rozdziału, tam, gdzie pamiętała, że było ciekawiej.
Dotarła do jakiejś historyjki z tatuażem i sama, bez próśb o polski, zaczęła relacjonować zdarzenie swą sfatygowaną polszczyzną.
Najpierw powoli, jak żółw ociężale,
ruszyła dziewczyna w fabułę nieśmiale.
Ruszyła baniaczkiem i ciągnie z mozołem.
I kręci się, kręci się słowo za słowem. (O tym, jak to tata Nikki rozjechał niechcący samochodem jeden z ważnych gadżetów szkolnych.)
I biegu przyśpiesza i gna coraz prędzej...
A matka się cieszy. Nie będzie dziś zrzędzić!
- I Nikka rozmawia do tych koleżanek... - wyjaśnia Koza, a ja nie poprawiam, jak nie poprawiałam wcześniej, żeby nie peszyć. -... że to nie jej wina i... Ej!!!
O...
Wykoleiła się!
Za moimi plecami znalazło się coś, co zdołało przerwać tok myślenia. 
Szkoda, szkoda. Tak dobrze szło! 
Do rejsowego, japońskiego pociągu daleko, ale jeszcze kawałek i by prawie dudniło i stukało rytmicznie jak w porządnym parowcu.
- Ja tylko ściałem... - „Coś” okazało się „kimś”. Młodszym bratem. O wiele! I to bratem nastolatki! Nie ma nic gorszego na świecie niż taki brat.
- A co to jest? - pyta to ciekawskie jajo.
- Nie bierz! - Koza podnosi głos bez cienia akcentu i zaczyna gnać w niebezpiecznym kierunku. - Powiedziałam, nie bierz! To nie dla ciebie!
Nic tu po mnie. Lepiej się usunąć, żeby zachować w pamięci poprzednią, miłą rozmowę. Przecież dziś każde słowo po polsku w ustach Kozy jest dla mnie...
- ZOSSSSTAW! NATYCHMIAST! - wali buch, buch.
... na wagę złota.
- WY-NO-CHA!
Pięcha młodszego - w ruch!

I tak rozpędza się katastrofa.

poniedziałek, 8 września 2014

Lekcja Czterdziesta Siódma: Chińskie kamienie młodości i zanik pamięci na sen.

- Can you take me, or do you want me to ask daddy?
A po co zaraz tatę angażować? Skoro córka prosi, żebym ją zawiozła do koleżanki na popołudnie, to przecież zawiozę. 

Plan jest prosty. Jadąc pięciominutową trasą będę do Kozy dużo mówić po polsku. Trzeba, bo w lato bez mego nadzoru zangielszczyła się do bólu. Momentami polskiego nie rozpoznaje. Ta, która pierwsze pełne zdanie w swoim życiu wypowiedziała po polsku: Mama pi, tata pacy”. - Mama śpi, a tata jest w pracy. (Wychodzi na to, że leniwą matką byłam, co?)
Dzisiaj nawet byle jakim polskim Koza nie zaszczyci. Najgorzej, że ciągnie mnie w swój angielskomyślący świat, a ja, stara baba, daję się zapędzić w kozi róg. 

Pięć minut do koleżanki. Pięć minut od koleżanki. Razem to przecież aż dziesięć minut nawijki po polsku. Ja będę gadulić, Koza może słuchać, jeśli muza w słuchawkach nie będzie jej dudnić za głośno.

Wiem, że nie nadrobię strat z wiosny. Nie nadrobię strat z lata. I uwaga! Nie będę nic nadrabiać! Precz z nadrabianiem! Ten rok za bardzo mną potrząsnął i jeszcze do siebie nie doszłam, więc po co udawać, że się da, jeśli prawdopodobnie się nie da? Strata goniąca stratę też ludzka rzecz i przyjmuję to na biust. Ale jestem teraz w domu. A w domu z przyzwyczajenia i tak zwracam się do Kozy po polsku, chociaż ona do mnie - tak jak w pierwszych słowach tego wpisu - mówi już wyłącznie po angielsku.

- Przyślij mi SMS-a, kiedy mam po Ciebie przyjechać - instruuję Kozę wyskakującą z samochodu.
- 'kiej - Spoks woła Koza i śmiga do drzwi, które ktoś już od środka otwiera.

Mija popołudnie, przychodzi wiadomość: You can pick me up. (Możesz po mnie przyjechać”.) To wystukuję standardową odpowiedź i siadam za kierownicą.

Gadka szmatka z mamą koleżanki, Koza żegna kumpelkę, wsiadamy do minivana, trzaskamy dverjami, odpalam silnik i słyszę po angielsku:
- Mama, a co ty mi napisałaś?
- Kiedy? Gdzie?
- Kiedy przysłałaś SMS-a. O co chodzi z tym kamieniem?
- Z jakim kamieniem?
- No dobra! Minerałem!
- Wybacz, Rybka, ale nie wiem... - rozglądam się stojąc na pierwszym skrzyżowaniu przy znaku stopu - ...nie wiem, o czym mówisz.
- Napisałaś dziejd...
- Co tam takiego napisałam? - ruszam przed siebie ostrożnie, bo na tym skrzyżowaniu często wymuszają pierwszeństwo.
- Dziej-ej-di-i! - literuje po angielsku Koza.
Jest taki kamień, prawda, zielonkawy. Mam nawet z okruszków nefrytu bransoletkę. Jednak nie przypominam sobie, żebym słała dziecku SMS-a o nefrycie.
- Nic takiego nie... - HA! I owszem. Napisałam. Cztery literki składające się w jeden wyraz: J-A-D-E. 
Każdemu by tak wyszło bez polskiej klawiatury. Mój amerykański nie-smartfon nie ma takiej opcji. Ale żeby brak ogonka tak zniekształcił słowo, że Koza nie kuma?

Niestety. Tylko pomarzyć można o dawnych czasach, kiedy to-to mówiło do mnie exlusively in Polish. Mama pi... do dziś mnie rozczula. Nie pamiętam, czy kiedy stanęła w sypialni miała na sobie piżamkę w biedronki i inne stonki, ale i tak słodko mi się na obecność Kozy zrobiło, gdy usłyszałam przez sen w ciemny, zimowy ranek jej pierwsze zdanie. I od razu, zwróć uwagę Luby Czytelniku, zdanie złożone! Mama pi, tata pacy - przymknijmy oko na to, że bez spójnika. 

Mama pi... i pospałaby jeszcze, mama, pospała. Na skołowanie najlepszy jest sen.

Oh, yeah? I have news for you, mama! Czyli niosę ja tobie wiadro zimnej wody! Dzieciak już nawet prostego jadę nie rozumie! Twój ciężki rok wsadź se gdzieś! Ty się, matka, lepiej OBUDŹ! 


Ps. Zapisała się do czytania mamajanka. Mamo Janka - pozdrawiam!

sobota, 1 lutego 2014

„Proszę ładnie się wpisywać, lecz karteczek nie wyrywać...”

Któregoś dnia, może z półtora roku wstecz, mój ówczesny trzylatek przyniósł kilka kartek spod drukarki i poprosił, żeby je spiąć. Powiedział, że będzie pisał książkę „dla dorosłych”, a zagadnięty o detale, dodał, że będzie dużo literek i mało obrazków.
Potem zakasał rękawy. Bez pośpiechu wyrysował rzędy szlaczków na każdej stronie i dumny ze swego dzieła przyszedł i zapytał:
- Co ja tu napisałem? Przeczytaj mi, bo nie wiem.
W ten sposób rozpoczęła się nasza rozmowa o różnicy między esami-floresami a literami, które Kozak znał już po angielsku.

Rok temu wprowadziłam polskie samogłoski (ślad tej nauki widoczny jest w tym wpisie) i zaczęłam przygotowywać się do uczenia Kozaka czytania po polsku metodą sylabową zapodaną mi przez logopedkę Elę Ławczys (autorkę tego bloga).

W międzyczasie książka Kozaka rosła. Spinane zszywaczem kolejne rozdziały doklejałam do książki-matki taśmą klejącą. Kozak nadal operował szlaczkami, ale tym razem szły one w parze z tłumaczeniem na język do rozczytania. I tak, kto zna język polski lub angielski, może dziś przeczytać w tym dziele, że 




 („To jest fajna książka dla każdego. A teraz muszę tu jeszcze dopisać literek”.)

ALBO

„Jabłecznik nie wyjdzie, bo nie założyłaś fartucha”. 
 „Papuga to ptak policyjny. Wszystko powtarza, co mówią policjanci w komisariacie i przestępcy mogą wtedy lepiej słyszeć”.
 „Łopaty śmigłowca obracają się tylko w jedną stronę”.
Itp. Itd.

Po ostatnich letnich wakacjach Kozak zapragnął osobiście zapisać coś z angielskich wyrazów wałkowanych w przedszkolu, a potem i z sylab, które poznawał po polsku, weryfikując charakter swego dzieła - odtąd co lepsze słowa musiały zostać zilustrowane.




Tworzony metodą chałupniczą wolumin tak rozrósł się wszerz, że jedną ręką dzisiejszego pięciolatka nie uniesiesz.




I zastanawialiśmy się, czy nie czas na rozpoczęcie drugiego tomu pamiętnika, a tu raptem smyk dostał „Mój pierwszy dzienniczek” Agnieszki Fabisiak-Majcher i Eli Ławczys.

Książka wprawiła Kozaka w stan zakłopotania i zachwytu zarazem. Bo - jakby nie patrzeć - konkurencja jakaś się objawiła, ale przydatna przecież - z linijkami jak ulał pod myśli nieuczesane.

Chociaż książeczka została napisana z myślą o wypełnianiu dwóch stron dziennie, zaintrygowany Kozak chciał, abym za jednym posiedzeniem przeczytała mu całość. (Niestety, tak płodnemu „artyście” jak Kozak nie przetłumaczysz, że ma się zadowolić dwoma kartkami na dobę.)
Książkę przeczytaliśmy w trzy posiedzenia i wiem, jaki temat jest na której stronie, a to przydatne, kiedy młody czytelnik nie z tych, co chce trzymać się narzuconego kierunku. Najważniejsze, że świetnie rozumie proste dialogi, lubi pytania o niego samego, każe mi streszczać mijający dzień i raz sam, raz z moją pomocą gryzmoli zawzięcie to literki to obrazki. 




Nie zaglądamy do dzienniczka codziennie. Tytuł taką częstotliwość zaleca, ale luźny format książeczki tego nie wymaga. Powroty są jednak twórcze, bo oprócz odpowiadania na pytania, Kozak nie żałuje introspekcji i wyłuszczania praw rządzących światem. Polecam stąd takie wpisy jak
„Guma do żucia zrobiona jest z żuka”
„Rano dobrałem się do słodyczy.”
„Nie lubię majazonu”. (majonezu)
„A kiedy urosnę, to będę dorosłym”.
„Dzisiaj dostaliśmy od listonoszki nowe kluczynki do skrzynki.”
oraz
„Jak nie czytasz książki, to się długo nudzisz. Przestępcy nie czytają książek”.

No.
To szklanice w górę za wszystkich „nienotowanych” i za Elę - w podzięce za przygodę z drugim pamiętnikiem Kozaka.

Muszę patrzeć tylko, żeby nie kłaść dzienniczka zbyt wysoko, bo jak to Kozak ostatnio skwitował próbując go dosięgnąć, „lepiej nie wchodzić na półkę, bo można kompletnie dobrze się zwalić”.
Aż takich poświęceń dla krzewienia języka byśmy nie chcieli... ;-)





Ps. Umyśliłam sobie od początku istnienia bloga przywitać wszystkich ujawniających się gości - przynajmniej tych, których wypatrzę -  i dziś oficjalnie ślę ukłony ivonesce. Prosto z górnej półki, że się wyrażę ;-) I pozdrawiam wszystkich!

czwartek, 23 stycznia 2014

Lekcja Czterdziesta Piąta: „A kysz!” widziadłom z pomroki dziejów. (Strzeżcie się pary minimalne!)

Nieznośnym zwyczajem poruszyłam tematy, o których Koza nie usłyszy w swoim L1, w angielskim, ani od nauczycieli, ani od koleżanek, ani w TV. Przynajmniej nie w tym kontekście, w którym chcę, żeby te wyrazy zarejestrowano. Notujemy słowa takie jak „średniowiecze”, „osada”, „przywódca”, „plemię” itp.
- I na czele plemienia Polan stał książę Mieszko I...
- Na czele to chyba może stać tylko mucha. Albo komar. I wtedy robisz tak. 
Plac! Koza wali się w czoło i spstrykuje niewidzialnego owada.
OK, robimy mały „skok w bok” dla rozróżnienia obu „czół”, po czym wracam do osi czasu, opowiadam o czymś, co trwało kilka stuleci.
- Widzę... no widzę... - mruczy Koza - od szóstego wieku do iksowego...
- Do dziesiątego.
- Jak wolisz. I co dalej?
Nie ma „dalej”. Ponownie pokazuję rzymskie liczebniki, do których w amerykańskiej szkole publicznej nie przywiązuje się większego znaczenia, bo wieki zapisuje się cyframi arabskimi. Koza zgrzyta zębami, ale ustawia na kartce proste i skośne „patyczki”.
- Dobra, to przejdźmy do ciekawszych rzeczy. Pokażę ci jak wyglądały średniowieczne grody.
Przez twarz córki przemknął cień zainteresowania.
- W średniowieczu pełniły przede wszystkim funkcję obronną.
- Obronną? You mean defensive?
- No właśnie! Żeby ustrzec się przed wrogami, stawiano wokół nich mury obronne.
Koza się skupia.
- Przed jakimi wrogami?
- O, średniowiecze to były bardzo niespokojne czasy! Zawsze trzeba było być gotowym stawać do broni, bo chętnych do splądrowania książęcego grodu i zagarnięcia cudzej ziemi było wielu.
Nie muszę tłumaczyć Kozie słowa „plądrować”, bo jest bardzo podobne do plunder [wym. plander].
- To widzę, że w Polsce było jak w Egipcie - mówi córka. (A Egipt, jak może pamiętacie z posta o maciorze, jest Kozie akurat bliski sercu ;-)
- Mieszkańcy słowiańskich grodów dzielili się na kilka grup, a każda z nich miała swoje zadania do wykonania. Łączyło je zaś to, że pracowano nie tylko na swoje przetrwanie, ale tak naprawdę na rzecz władcy. „Poczkaj” momencik... zaraz ci pokażę taki przykładowy gród... i kto gdzie w nim mieszkał... Była tu gdzieś makieta...
- OK. You’ve totally lost me now - rzecze Koza i dziwnie się śmieje.
- A czego nie rozumiesz?
- Dlaczego opowiadasz mi jakieś ghost stories?
- To nie historie o duchach. Tak wyglądały początki państwa polskiego...
- Ale co mają zombies do tego państwa polskiego?
- Jakie zombies?
- A mieszkańcy grobów to niby co są? Żywy deadnięty to zombie, a zombies nie są prawdziwe!


Ps. Ale prawdziwe są nowe czytelniczki! I „asiami” i Sylwia Kowalska... I Anna hugoandmatilda...
Pominęłam kogoś? Proszę mi to „częprędzej” wytknąć, zaraz ochoczo pozdrowię!

niedziela, 22 grudnia 2013

Lekcja Czterdziesta Czwarta: W biegu

Coraz gorzej Kozie przychodzi mówienie po polsku. 
Czyta w miarę, ale nic jakoś z tego nie wynika. Non-stop zwraca się do mnie po angielsku.
Czuję, że stanęłyśmy w miejscu, a jedyne, co się rozwija to kozie unikaty, czyli uniko-komunikaty przed robieniem czegokolwiek z polskiego.
- Dlaczego muszę to czytać? - Koza patrzy niechętnie na lekturę in Polish.
Powodów jest wiele, ale zaprząta mi głowę przegląd świątecznego menu, więc podaję pierwszy z brzegu.
- No dlaczego? Dlaczego? Jestem ciekawa, o czym jest ta książka, a sama nie mam czasu na czytanie. Przeczytasz, to mi opowiesz.
Córka podaje mi książkę odwróconą tyłem do góry.
- Tu jest streszczenie. Przeczytaj sobie i będziemy obie miały wolny wieczór - mówi, taksując bałagan w kuchni. Bierze pogniecioną papierową torebkę po suszonych grzybach. Rozprostowuje, otwiera, wkłada doń usta i nos. Robi inhalację.
- Co za piękny zapach! - Rozmarzone ślepia wznoszą się ku niebiosom. - Czy można w Polsce kupić taki spray zapachowy? Spryskiwałabym sobie nim pokój...
Stoję z książką córki w rękach. Z jednej strony serce mi się kraje. Nie wycisnę z dziecka ani sylabki słowiańskiego słowa... Z drugiej strony serce roście. Gada dziewczę po obcemu, ale przecież swojska krew! Od listopada wierci mi dziurę w brzuchu o pierogi z kapustą i grzybami, o paszteciki do barszczu...
Co by nie ponarzekać, czasem niedaleko pada pomarańcza od jabłoni...

***

Nie piszę, bo spiętrzyły się pozablogowe sprawy niecierpiące zwłoki i doszło na koniec świąteczne koncertowanie. 
Ktoś z widowni podczas jednego z koncertów nawet telefonem filmik strzelił naszemu chórowi, gdyby więc kto miał ochotę zapraszam do podlinkowanego video pod spodem. (Przesuńcie tylko film dokładnie o minutę do przodu, żeby odsłuchać właściwą rzecz).

Tu trza kliknąć. Otworzy się Wam O, Holy Night? Oby...

I tą kolędą życzę Wam świąt, że hej! I takiego samego Nowego Roku, a po naszemu radochy i tężyzny... ku chwale ojczyzny! 


wtorek, 29 października 2013

Lekcja Czterdziestra Druga: Poprzedzona uwagami. (Wszystkie na temat ;-)

Zacznę od uwagi językoznawczej.

Po głębokich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moje starsze dziecko nie jest dwujęzyczne a półtorajęzyczne, bo potrafi dobrze posługiwać się jednym językiem w mowie i w piśmie (język angielski), a drugim średnio (język polski), w dodatku wplątując język większościowy. 

Czyli L1 + L1/2 i bilans wychodzi na jeden język i pół. Dobrze liczę?

Po płytszych przemyśleniach wyznam też, że moja półtorajęzyczna Koza zamienia się coraz bardziej w coś, czego się boję, w nastolatkę.

Rok temu strój na Halloween miała gotowy miesiąc nazad. W tym roku od myślenia o przyszłości ważniejszy jest np. sen i leń - każdy w odpowiedniej dawce. W efekcie mamy co następuje: za dwa dni Halloween, Koza stroju nie ma. Aczkolwiek, winnam dodać ratując jej image, że tyle godności osobistej jeszcze posiada, iż nie pójdzie żebrać o cuksy bez przebrania. A są tacy! Co roku dzwonią mi do drzwi leserzy-bezkostiumowcy, psując innym zabawę. Lekce sobie ważą tradycję rozrywki Halloweenowej. I to w kraju, gdzie tak naprawdę bawić się nie potrafią.

Bo upraszczając, cofnę się w czasie. Do XVII-go wieku. Każę wyobrazić sobie wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i wytknę palcem przybyłych. Oto Purytanie. Straumatyzowani poróżą statkiem stają na nieznanym lądzie. Przyjechali w świętym celu: zgodnie z własną interpretacją Biblii będą tworzyć nowe królestwo Boga na ziemi. I - przy pomocy tubylców - zabierają się za przetrwanie.

I harowali jak dzikie osły, jedli byle co, obrastali robactwem, dziesiątkowały ich choroby... Kto miał czas i siłę się bawić? Przy świeczce czytano Pismo Święte - najważniejszą i często z wyboru jedyną książkę w ordynarnie ubogim purytańskim domu - a Ono nawoływało ciało do stania się świątynią Boga i nic nieczystego nie miało mieć w nim miejsca. I tak m.in. żaden rodzaj tańca w którym razem biorą udział mężczyźni i kobiety, ponieważ wspólne danse to skrót do nierządu.

Rzeczone podejście do zabawy trzymało się całkiem mocno całkiem długo. Jeszcze pod koniec XVIII-go wieku, w czasie drugiej fazy wielkiego przebudzenia religijnego, w kilkunastu natenczas Stanach Zjednoczonych można było przeczytać traktaty o szkodliwości tańca.  

Ale oprócz surowej pobożności napływowych Anglików, Holendrów, czy Niemców, na społeczeństwo amerykańskie zaczęli wywierać wpływ i inni: Irlandczycy, Szkoci, Francuzi (później by trzeba dolać do tej mikstury trochę czupurnej krwi Słowian, Włochów i Greków) i w pewnym momencie purytański model odrzucania wszelkich przyjemności zaczął gasnąć. Dziś taniec jest zakazany w Stanach tylko np. w niektórych kościołach baptystycznych.

Chciałoby się zwalić winę na pierwszych osadników za współczesne amerykańskie, takie sobie w porównaniu z polskimi imprezy. Ale nie wiem, czy wypada.

Piszę więc, co obserwuję. Że mimo poluzowania reguł, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, w USA nie zakorzeniła się szeroko pojęta tradycja karanawału. I tak np. Sylwester nie oznacza otwarcia sezonu imprez tanecznych. Huczne Mardi Gras - dzień przed Środą Popielcową - obchodzi się w zasadzie na Południu i to głównie pochodami, a nie przytupem do muzy z głośnika. American party polega na staniu, jedzeniu i gadaniu. Natomiast tańczący Amerykanin na takim przyjęciu to podrygujący gość ze szklanką lub butelką piwa w dłoni na wprost podobnie wyginającej się gostki z pokrewnym procentowo drinkiem i tyle.

Przeciętny "tosto-zjadacz" tańczyć w parze nie potrafi, chociaż Hollywood może twierdzić inaczej. (Chwycenie partnera czy partnerki za krągłości się nie liczy!) Nie ma w Stanach w zwyczaju wprowadzać dzieci w arkana kroków i obrotów tanecznych poza zapisaniem dziewczynek na balet. Nie organizuje się szkolnych zabaw na parkiecie. Co więcej, nie organizuje się bali przebierańców i jedyną szansą stania się raz w roku kimś innym, kimś w przebraniu, jest 31-go października, w Halloween.
I Kozie nie chce się w nic przebrać? Ten raz w roku?

A może chce się, tylko ja mam o tym pomyśleć?

Moje podejście do czwartkowego święta od lat raczej się nie zmienia

Ciągle próbuję złożyć do kupy amerykańskie wychowanie dzieci (chucha się na nie i dmucha do przesady według zasady Safety 1st grunt to zapewnić bezpieczeństwo) z październikowym machnięciem na tę filozofię reką. Bo bez znaczenia wówczas się staje, czy dziecko potrafi rozróżnić rzeczywistość od fikcji. A można raczej założyć, że powiewająca z drzewa kostucha za rogiem nie jest dowcipna dla smyka z przedszkola i jeśli wyrządzi mu szkodę, to większą niż stłuczone kolano.

Jedni lubią się bać, inni nie. 
Jedni lubią się bać na mniejszą skalę (dekoracje w poziomie - gustowny mini-cmentarzyk na trawniku styka), a inni chcą zdobyć nagrodę osiedlową za najbardziej odstrachany dom w okolicy. Tak jak twórcy tego dzieła:




Co październik tak naprawdę boleję nad czym innym niż straszenie dzieci. Żal mi, że kontakt Amerykanina ze sprawami ostatecznymi zatrzymuje się na atrapie horroru. Że nie ma w tej materii równowagi: teraz zbiorowo świrujemy, potem przystanek alternatywny, Refleksja.

Bez tego zrównoważenia podejście do śmierci w kulturze amerykańskiej jest jak ichni taniec - podwójne zmaganie w pojedynkę, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i każdy z osobna pchły wytrząsa, że zacytuję swego dziadka.

Uważam, że są sprawy, w których w pozycji wyjściowej warto rękę podać.


***


Kiedy Koza trawiła „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, zgodziłam się, żeby czytała sobie pod nosem, ale od czasu do czasu sprawdzałam, czy rozumie. Np. zapytałam, czy wie, co to jest „upiór”.
Koza na to, że ubiór to ubranie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, kochanie, „upiór” przez „p” w środku.
- A, uPiór! To w zasadzie... stworzenie pierzaste... 


Najpierw pojawiły się w ciemnościach oczy - drobne płomyki, niewyraźne jak światła domostw w oddali, lecz pozbawione ciepła, bezlitośnie nieruchome.
Potem wokół wypalonych oczu wyostrzył się zarys głowy bez dolnej szczęki, a w postrzępionym płaszczu zadrgał surowy niepokój. 
Kątem oka dostrzegłam błysk i uniosły się nade mną sierpy szponów pod kapturami obwisłych rękawów.
Struchlałam, nie mogąc się ruszyć. Poczułam na sztywniejącym karku skraplający się lód.

Widmo zastygło.
I przemówiło:

- Ćwir?


***

W czytelnikach pojawiła się Polka z Monachium? Pozdrawiam :-) 

poniedziałek, 23 września 2013

Lekcja Trzydziesta Dziewiąta: Na plus czy minus?

A gdyby tak odwrotnie?
A gdyby tak trochę pośmiać się ze mnie?
Ze mnie uczącej dziecko języka polskiego?

Do tej pory „Koza to”, „Koza tamto”.
A moja polszczyzna?
Niestety, pozostawia wiele do życzenia.

Interpunkcji analizować nie będę, bo ziewniecie.
Literówki – normalka.
Lecz raz mało brakowało, żebym, przykładowo, zamiast „egzystencjalnie” napisała „egzystencjonalnie”, a „wiekopomne” - „wielkopomne”.

Zeszło trochę, zanim ponownie dotarło, że „na co dzień” to nie dwa wyrazy a trzy.
A w Lekcji Trzydziestej Ósmej to naprawdę się już popisałam. Przez kilka dni „protokół” kłuł w oczy „u” otwartym.

I jak w obliczu takich wpadek mam skrytykować Kozę, kiedy pisze „krul”, „krulewicz” i „krulewna”?

Lecz wszystko ma swoje granice i jak zwykła hipokrytka nie wytrzymałam. Powiedziałam, co myślę o tym nonszalanckim zapisie, przemilczając najważniejsze: że ta pisownia to porażka. Dziecko nic nie zapamiętało z regułek z zeszłego roku szkolnego. 

Koza, jak to Koza. Odparła niedbale: „Chilax, matka.”

Mam sobie wrzucić na luzik.
I nie mam być taka sztywna w regułach, bo one są po to, by je łamać – uzupełniła po angielsku.

Łatwo jej mówić.

Z drugiej strony chyba ma ciągle prawo do świata, gdzie istnieją kryteria i normy bez których da się żyć i musi być jej o wiele łatwiej poruszać się w realiach jeszcze nie do końca rozdzielonych przepisami.
Ciekawe, że z jej perspektywy nadal wiele „się da”. 
Da się odkręcić, podmienić, wyjaśnić, przywrócić, otworzyć.

Każda pętla na szyi jak każde „ó”, bez wyjątków, da się wymienić na „u”.

poniedziałek, 20 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Piąta: „Zwierz kocha”, czyli czas na zmiany

Czytałyśmy tekst o zoo i Kozie przypomniała się rozmowa z Bratem.
- Chciał, żebym mu pokazała fokę, co składa jajka. Mówię mu, że foki nie składają jajek, ale kłócił się ze mną, że widział taką, która składa. Na twoim laptopie.

Dla ścisłości: na moim laptopie niczego składać nie wolno!

Nie wolno nawet składać jego samego, bo jest tak zjechany, że się nie zamyka na skutek pęknięcia jednego z zawiasów (pokancerowanego – według Lubego Męża - na skutek mojego bezprecedensowanego obchodzenia się z urządzeniem, spowodowanego targaniem sprzętu z jednego kąta w drugi. Tu przyrzekam - odbywało się ono nie z mojej winy, gdyż nie mam w domu własnego biurka na skutek tego, że Kozak mi je zagracił, a zagarnął je bo, raz niedysponowana przeniosłam się na kanapę i Kozak uznał, że biurko mi niepotrzebne).

I tak od pół roku moja kochana Toshibka ze słabo kontaktującym podłączeniem do prądu oraz o wyrobionym akumulatorze służy na kanapie za komputer stacjonarny, którego – mimo niewielkich gabarytów - nie idzie zapakować do torby.

Wymiana zawiasu się nie opłaca, bo dycha kompcio rozgrzanym wiatrakiem na drugiej baterii, jadąc na trzecim z kolei kablu, a ten trzeci kabel łączy tylko wtedy, kiedy zwisa przewieszony przez monitor, opierając się najchętniej na trzecim rzędzie liter, powodując palcopląs, że o oczach nie wspomnę.

Ale zapędziłam się w dygresje. Miało być o foce, co składa jajka.

- I ponoć ta foka śpiewa - dodaje Koza.

Jeśli rzeczywiście śpiewała z mojego laptopa, to dobrze było ją słychać, bo mam odjazdowe, wbudowane głośniki pod przekrzywionym ekranem (uniesionym lekko w górę po prawej stronie - dokładnie nad feralnym zawiasem). A głośniczki są firmy harman/kardon! Unikacik takie co w laptopie, jeśli mogę czymś jeszcze komputer zrehabilitować.
- Mama, co to znaczy „miota”?
- Miotła?
- Nie! Nie broom tylko „miota”! Ba on mówił, że ta foka się "miota".

Ja też bym się miotała, gdybym zniosła jajko, ale teraz mam jednak ważnieszy problem: trzeba będzie zakupić nowy laptop. A ja nie chcę Windows 8.
„Niestetyk”, zakup kompa z Windows 7 oznacza transakcję online. Żaden szanujący się amerykański sklep z krwi i kości nie prowadzi sprzedaży nadal popularnej „siódemki”. „Niestetyk”, bo nie będę mogła wypróbować klawiatury. Muszę kupić kota w worku, a ten kot drogi. Kilkaset dolarów, żeby mi weń wlazły wszystkie zdjęcia.

Dumam nad tym, kiedy uzbieram znów taką kasę: w lipcu? w sierpniu? jesienią? A tu proszę: okazuje się, że Kozak lepiej nadążał za moją rozmową z Kozą niż ja. Umożliwiły mu podsłuch gipsowo-kartonowe ściany i otwarte drzwi.
- Mama, włąc mi piosenkę o fkoce na twoim laptopie!
- O jakiej fkoce? – Odwracam się do Syna stojącego w przedpokoju.
- O fkWoce! Co „złości się i miota”! Co mówi „a to świnia” i „a to klowa” „takich nikt jus nie wychowa”.
Aha! O „Kwokę” Brzechwy z Akademii Pana Kleksa prosi.
- Za moment, dobrze? Dokończymy tylko lekcję. Poczekaj grzecznie. Pięć minut!
I poszedł sobie. Przycupnął kulturalnie na kanapie i laptop spadł.

Urządzenie działa nadal, choć na kablu pożyczonym od komputera Lubego Męża i na rozdwojonym ekranie – brzeg obudowy po upadku odkleił się tuż nad rozkraczonym zawiasem, firmowy napis harman/kardon wygiął się wypukle...
Ech, szkoda słów!
Szykuj, matka, kilka stów.

- Psia kocha! – wzdychalam pół dnia nad niezadawalającym stanem konta bankowego. A wieczorem, przechodząc obok Kozy, podśpiewującej sobie cosik przy swych zajęciach, dobiegł mnie taki półgłosik:
- Psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha...

Nic, tylko trza brać tę odmianę za dobrą monetę! 

czwartek, 9 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Trzecia: Dlaczego unikam upowszechniania domowych wywiadów

Rozmowa między mną a Kozą:

- Powiedz mi, co tak naprawdę myślałaś zaczynając czytać książkę o Mai i jej kocie?
- Że będzie nudna i dla malutkich dzieci. 
- Aha...
- I właśnie taka była.
- Taaak?
- Nie. I’m keeping you on your toes. („Sprawdzam, czy słuchasz, co mówię.”)
- Laska... Możesz przez chwilę nie żartować?
- Mogę.
- W takim razie... Co w książce było najtrudniejsze?
- Słowa.
- Które?
- Wszystkie.
- Jakie „wszystkie”?
- Wszystkie, które miały litery... Nie idź! Nie iiiidź!!! I’ll be serious from now on. („Już się będę zachowywać poważnie”.)
- Co było w książce najłatwiejsze?
- Rysunki. Nie trzeba było ich czytać. 
- Nie, no jaja znowu sobie robisz!
- Wcale nie! Rysunki mi pomogły!
- W zrozumieniu treści?
- Not really. (Niezupełnie.) Po prostu lubiłam na nie patrzeć, bo były ładne! Nie jak w tej książce „Karolcia na wakacjach”. Pamiętasz te ohydne kocie oczy?
- Przecież lubisz kocie oczy.
- Ale nie na twarzy!
- Ja tam uważam, że skośne oczy są bardzo piękne...
- Mama! Skośne tak, ale nie kocie i do tego wielkie na pół buzi! I na dodatek wszyscy bo... boh... boh... characters?
- Bohaterowie?
- ...bohaterowie mieli krótkie nogi, a Filomena wyglądała jak stara czarownica. Nie lubię książek z brzydkimi rysunkami. A kotek Mai był śliczny. Chciałabym kiedyś takiego mieć.
- Jeśli się postarasz, to może i będziesz miała. Nigdy nie wiadomo. Następne pytanie: Czy indentyfikowałaś się z główną bohaterką?
- Tak... Maja ma młodszego brata, jak ja.
- Chodziło mi o jej problemy.
- Mówię: ma brata, jak ja.
- Pardon. Chodziło mi o problemy związane z nowym miejscem, z koleżankami...
- To nie.
- Pytanie piąte: Czy spodziewałaś się takiego zakończenia?
- Tak, bo most stories that have little kittens on the front end the same. (“Większość książek, które mają na okładce kociaki kończy się tak samo.”)
- Hm... Między nami, bardzo dłużyło ci się czytanie?
- Średnio, ale mama! Następna książka po polsku...
- Tak?
- ... chce ją czytać...
- No???
- ... tylko po cichu.
- A może chociaż część poczytasz na głos, to pośmiejemy się obie? Bo mam śmieszną książeczkę, jedną z ulubionych z dzieciństwa, o Mikołajku.
- Co to za koleś?
- A taki zabawny chłopiec... kilka lat młodszy od ciebie, co chwile pcha się w kłopoty...
- Nie, dziękuję. Już takiego znam...
- Zgoda, ale ten jest starszy od twojego brata, a poza tym to książka o przyjaźni, koleżeństwie.  I naprawdę jest śmieszna...
- E...
- Zaufaj mi! Pozory mylą! Teraz się krzywisz, a potem się zdziwisz. Mówię ci, że jest fajna.
- Nie wiem...
- Dobra, jeśli ci się nie spodoba, to następnej części nie będziesz musiała przeczytać.
- Ile jest tych części?
- Nie pamiętam... Sześć? Może więcej. Musiałabym sprawdzić... Ale ja mam tylko dwie. Teraz jeszcze mi powiedz, jakie książki w języku angielskim poleciłabyś swoim rówieśnikom?
- A jak powiem, to mi je kupisz?
- Wypożycz sobie z biblioteki.
- Ostatniej części nie ma w bibliotece.
- Ostatniej części czego?
- Serii Maximum Ride.
- Co to za seria?
- Jak się to mówi... Fantasy? Science-fiction? Action… „Action-owa”?
- Przygodowa. A o czym konkretniej? O kim?

Tu usuwam wartki monolog w języku angielskim o przygodach nastoletnich uciekinierów plus jednego sześciolatka, bo nie chciało mi się tego tłumaczyć.

- Słuchaj, tak się zastanawiam, czy to jest już w polskim wydaniu. Kupiłabym ci przez kogoś polską wersję...
[Kozie oczy nabierają „kocich” kształtów, zupełnie jak u bohaterów „Karolci na wakacjach”.]
- CO?
- Poprosiłabym, żeby ci ją przysłano do przeczytania...
- OH, NO! YOU’RE GONNA RUIN IT FOR ME!!!

[Koza zrywa się i wybiega, zaciskając pięści. Ani be, ani me, żadnego „dziękuję za rozmowę”. Długo przeżywa, że matka chce „obrzydzić” oryginał aktualnie ulubionej książki.]

Ps. Przy okazji "matkowania", "amerykańskim” mamom życzę Happy Mother’s Day! (Dzień Matki wypada w Stanach za trzy dni, w drugą niedzielę maja.) Życzę zresztą każdej mamie, każdemu z Was, kto czasem staje oko w oko z dziatwą, żeby umiał wyczuć, kiedy nie należy jej podpaść. 

Jeśli chodzi o mnie, liczę po cichu, że do niedzieli moja niefortunna książkowa propozycja pójdzie w niepamięć.