Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień na Florydzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień na Florydzie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 listopada 2015

Lekcja Pięćdziesiąta Pierwsza: W temacie czyste kulturoznawstwo

Pracujemy z Kozą nad artykułem.
Autor, Brytyjczyk mieszkający w Polce, pisze o przygodach towarzyszących mu w odnalezieniu się w jej kulturze i języku.

Artykuł jak najbardziej stosowny, bo nic nowego donieść nie mogę, poza tym, że jak wczoraj, tak i dziś Koza odnajduje się bez problemu w gadżetach, jedynych dwóch zdezelowanych, jakie ma - w kompie i w komórce. W języku matki - nie.

Aż dziw bierze, że można czytać prawie płynnie tekst z polskiego Newsweeka, a nie rozumieć w nim połowy wyrazów.
Nie powinnam się dziwić, bo uczyłam obcokrajowców i wiem, że na tym polega bałamutna uroda polszczyzny, iż raz opanuje się wymowę i z powodzeniem można przeczytać i menu w pierogarni i sprawozdanie z obrad sejmu. (Inna rzecz, co się z treści pojmie i co nam z tego zaszkodzi.) Ale zdziwko jest silniejsze ode mnie. Wrodzone.

Po skończeniu lekcji z córką przycichłam. Koza wyjmuje z uszu włożone weń przez chwilą słuchawki. 
- A co ty tak posmutniałaś? - pyta po angielsku.
- Co?
- Czemu jesteś taka smutna? - znów pada zdanie w języku miejscowym. - Uśmiechnij się. Hej! Mama?
Wykonuję polecenie.
Nie staram się zbytnio i Koza postanawia opowiedzieć mi dowcip.
- Znasz kawał o cyfrach rzymskich?
O tych samych, których nadal nie potrafi odpowiednio przeczytać, gdy widzi je w polskich czytankach i o czym pisałam zawczasu? Nie, nie znam.
- Przychodzi starożytny Rzymianin do współczesnego baru, pokazuje dwa palce, wskazujący i środkowy i mówi "tyle piw poproszę". Barman stawia przed nim dwa, a on się piekli o pozostałe trzy... Ha, ha, ha!
Uśmiecham się.
- No, dałaś się rozweselić - rzecze ona. - Twoje szczęście, bo już myślałam, że przechodzisz kryzys wieku średniego.
- Czy ty w ogóle wiesz, co to jest kryzys wieku średniego?
- Wiem. I wiem, że ty swój już przeszłaś. Przez moment myślałam, że przechodzisz drugi.
- Ja przeszłam midlife crisis??
- Parę lat temu kupiłaś sobie Kindla, czy nie?
- I co z tego?
- A potem tablet!
- No i co?
- Jedni kupują nowe samochody, a ty chciałaś się odmłodzić na swój sposób. Czyli czytać, jak większość ludzi inteligentnych.
Pardon, ale tu się Koza myli! Statystki pokazują, że mimo czarnych scenariuszy, ebooki i tym podobne wcale nie wyparły wydań papierowych. To tylko 30% rynku wydawniczego. Stara kartka dobrze się trzyma, lecz nie powiem teraz o tym Kozie, bo nie daje mi dojść do głosu.
- Nie udało ci się pójść z duchem czasu, co?
Nie odpowiadam. Koza miele gębą dalej:
- I teraz Kindle i tablet leżą nieużywane. Ładujesz je chociaż? W sumie, skoro ma już tak leżeć, to tablet mogłabyś mi pożyczyć.
HA! Niedoczekanie!
- Ty mi lepiej jeszcze raz powiedz, co masz w tygodniu zrobić z polskiego.
Teraz Koza wygląda, jakby przechodziła kryzys wieku średniego.
- I po polsku mi powiedz, co masz zadane - dodaję.
Koza się waha, ale zaczyna dukać.
- Mam wypisać resztę wyrazów, których nie rozumiem. Takich jak kinder jajko.
- Powtórz po mnie: kinder-sztuba.
- Kinder-sztuba. Jedno i to samo... I ustąpić miejsca strasznym.
- Star-szym.
- Niech im będzie.
Wzdycham i pytam.
- Co jeszcze?
- Napisać, co ja wiem o kulturze polskiej. O zwyczajach na święta. Co w Polsce ludzie robią na przykład w Boże Narodzenie.
- Tak. I uwzględnij Wielkanoc i Wszystkich Świętych.
Tu pada wzmianka o bracie.
- E, mama, a pamiętasz, jak chciał jeść pomarańcze z drzewka na cmentarzu? Mogę o tym napisać? Albo, jak pokłuł się przy jednej krypcie kaktusem? I może dodam imieniny?
- O! Czemu nie? Kapitalny pomysł - cieszę się i z nadmiaru radości skracam poprzednio wydane instrukcje. - Po zdaniu na zwyczaj wystarczy.
- Tylko po jednym zdaniu? Super! To napiszę to teraz i będę miała z głowy - Koza myśli pragmatycznie i głośno zarazem. I znów po angielsku.

Właściwie jest mi wsio rawno, czy odświeży sobie pamięć teraz, czy jutro. Jest mi to bez różnicy, bo ważniejsze, że dłużej pomyśli o Polsce.

Nie ruszam się od stołu. Udaję, że szukam czegoś w rozsypanych papierach, żeby pobyć jeszcze obok dziecka. W tygodniu nie mamy dla siebie za wiele czasu. I - nie ukrywam - przyjemnie być świadkiem tego, że Koza jednak potrafi pomyśleć o czymś poza jej wersją problemów dorosłych. Patrzę, jak intensywnie myśli. I myśli. I zapisuje tytuł pracy na pustej kartce, Obczaje Polske”.




czwartek, 31 października 2013

Jesień w półtropikach




                                                                                                   Dla E.

Szłam ogrodem

Z zielonego drzewa
na zieloną trawę
spadł czerwony liść

Pomyślałam
znam ten moment
Wszystko dobre się zaczyna

W lżejszym stopniu cytrus grzeje gęsią skórką
Łatwiej palmie biją serca w kiściach cyny
Przychylniejsze pręcikami parasolki
hibiskusa

Przystanęłam

"Wszystko dobre"?
Czy na pewno?

Nas nie sięga przedłużonym cieniem ulgi
My tęsknimy

Zarastamy wspomnieniami
murszejemy gruboskórni
i bez względu od proporcji
światła
mroku
strawy
wody
dochodzimy tak do siebie
bez pośpiechu
in plus/minus
swoim tempem w swoim czasie

Ktoś ma za złe Twe odejście?

Raczej sobie
własny oddech
ale chyba coraz rzadziej
nie tą porą kiedy dobre ma początek

Zapewniają że w przyrodzie nic nie ginie
Wolno spytać - a jak w raju?
Czy podobnie?

Czyżby był aż tak odporny
ów kończący się październik
dzień owocu
liść spod drzewa?

Szłam ogrodem

Coś mnie tknęło w tej urodzie popołudnia
dojrzewało tak swobodnie

Zawróciłam - wypatrzyła mnie znów czerwień

Słupkiem kwiatu zaszłam w niebo
Wpadłam wreszcie wprost na ciebie













czwartek, 3 października 2013

Publiczne odgrażanki

Przypuszczenie, że wczorajsze spotkanie Obamy z liderami Kongresu zaowocuje ustępstwem któregoś z polityków jest tak iluzoryczne, jak moja poranna radość, że mogę oto o 8:30 jechać sobie samochodem bez uruchomienia wychłodzonego nawiewu.

To jeszcze nie ta faza lata, niestety. Cztery zakręty i klima poszła w ruch.

Ale do rzeczy...

Kiedy wróciłam tego roku z wojaży, czekał na mnie „list miłosny” w trzech kopiach, każda z adresem zwrotnym spółdzielni mieszkaniowej. Na tym datowanym najbliżej mojego powrotu stało nawet wielkimi literami FINAL NOTICE.  „Czepiali się” nie o „te trochę przerośniętej trawy”, ale o wszystko! Że pod rozcapierzonym „bananowcem” znikła jedna trzecia fasady domu. (W tym jedno okno.) Że Duranta erecta wdrapała się na dach. Że gałęzie dębu za nisko wiszą nad chodnikiem, przez co przechodniom w oko...

Oczywiście, że przesadzam, ale nie przesadnie ;-)
Okno może być zakamuflowane, byle nie tak ciasno, lecz definitywnie miałam nakazać krzakom zejście ze ścian.

No to naszarpałam się, naciachałam... Zatrzymałam dopiero po wypełnieniu zielskiem iluś worów i dopiero wtenczas przeszłam do domu paść bez czucia (bo mdleć na chodniku w ten upał to można się jeszcze poparzyć).

Wracając do szarpania się z krzaczorami, najładniejsze ścinki - żółtopstre listki szeflery -nawtykałam w wazony. 






Te bukiety potrafią tak stać z 10 dni, nawet dwa tygodnie.

A potem pod sekator pójda kolejne gałęzie. I gdy te zwiędną, pójdę po jeszcze... i najprawdopodobniej po jeszcze... bo lato w październiku zwykle się nie kończy i dopóki trwa, dopóty krzewy będą prowadzić rozlazły tryb życia. Dopiero nadejście jesieni w listopadzie ukróci ten proceder.

Zaczynam rozumieć, dlaczego Florydianie nie pchają się gromadnie do obsadzania domostw czym popadnie. Zanim się obejrzę, rośliny przerastają moje najbujniejsze oczekiwania.

Nie wiem, co planuje rząd Stanów Zjednoczonych pracujący od wtorku na 75% gwizdka, ale ja następnym razem dwa razy się zastanowię na co wydać pieniądze.

Dru... Trze... ten tego... Czwarty raz już taka głupia nie będę, kiedy znów będę sadzić nowe „fiatki” zimą. Dobrze obmyślę, co się nie opłaca!

***

Tym listowiem na fotce przede wszystkim witam cztery miłe panie, które dołączyły w to lato do czytelników bloga :-) 

sobota, 22 grudnia 2012

Zima


Wyszłam wczoraj późnym wieczorem przed dom. Zadarłam nerwowo głowę ku gwiaździstemu niebu. Rozejrzałam się po wyciszonej ulicy pulsującej wzdłuż dachów świątecznymi lampkami.
Tym to dobrze – pomyślałam. – Wszystko im jedno, że nadchodzi koniec.

Zacisnęłam poły ortalionowej kurtki, posłuchałam suchego szelestu palmy i przykucnęłam przy krzaczastych Pentas lanceolata.

Wreszcie ten pozorny spokój wydarł z mej piersi westchnienie, a me usta niespodziewanie wyrzekły niecenzuralne słowo (wybacz mi, ojcze duchowny!).

Cóż, żywot tych i innych sadzonych przeze mnie kwiatów i tak w tym roku przeszedł moje wszelkie oczekiwania. Wiedziałam, że każdy raj ma swój kres i – nomen omen - trzeba będzie w końcu pożegnać się z łagodną, par excellence cudowną jesienią.

Przedwczoraj, w dwudziestu siedmiu stopniach Celsiusza, białe kwiatki  Pentas wyglądały tak jak poniżej:





A dzisiaj rano, po kilku godzinach w temperaturze minus dwa czort wie czego mogę się spodziewać na klombie.

Jeszcze nie wyszłam szacować zniszczeń, bo muszę zjeść śniadanie, a widzi mi się chlebek z pomidorkiem. Z własnego krzaczka, który mam dosłownie na wyciągnięcie ręki, bo wtargałam z Mężem do domu donice z krzakami pomidorów jak tylko osuszyłam łzy po śnieżnobiałym kwieciu. 

I teraz koło kanapy pachnie mi szklarnią dziadków, a z tym zapachem walą zewsząd wspomnienia. Na nadchodzą Wigilię - daleko od Polski - będą jak znalazł.

wtorek, 4 grudnia 2012

Lekcja Trzynasta: Musowo pechowa; przełożona

W listopadzie, na Florydzie
Różnie się przedstawia życie.
Zachwyt aurą nie jest stały,
Więc się obuj należycie:
Raz w półbuty, raz w sandały.

(Strofka moja)

Tak, ale to już nie listopad, a grudzień. A w grudniu baczyć trzeba, żeby częściej na nogach były półbuty. 

Fakt, ten grudzień – jak na swoje możliwości – rozpoczął się bajeczną „bezskarpetkową” pogodą, lecz gdyby kózka nie skakała...

Piję tym razem do siebie, nie do Córki. Czyli gdybym była posłuchała „własnoręcznie” skleconej fraszko-przestrogi i nie wylazła późnym wieczorem z domu bosa, z mokrą głową, to bym dzisiaj nie łykała aspirynki. Nie byłabym zmuszona odwoływać lekcji z Dzieckiem.

Ale w końcu i Koza i Kozak po kimś muszą mieć niechęć do słuchania jakichkolwiek dobrych rad. A w materii „uparcieństwa” to ja świecę iście mrocznym przykładem. 

I dlatego, jak wspomniałam, uparłam się wczoraj, że wieczorem musi być tak ciepło jak w dzień (i - dodam - że żadne zarazki akurat mnie nie dopadną), dzisiaj zamiast nauki polskiego Koza będzie miała wolne.

A ja, jej Marmolada, mam nauczkę!

***

Ale jeszcze mnie na tyle nie zmogło, żeby nie przywitać Justyny, Kasi i Niny, które zawitały w gronie obserwatorów. „Witam i o zdrowie pytam”. Apsik!

czwartek, 29 listopada 2012

Moja jesień cz. 2

Wybrałam się na przechadzkę z aparatem i wzięłam na celownik pierwszą ogołoconą z liści grupkę drzew. (O ile dobrze sobie przypominam, to oprócz lagerstreomii, o której było TUTAJ, jeszcze przynajmniej trzy inne gatunki drzew w okolicy „rozbiorą się do rosołu z listowia” przed nadejściem kalendarzowej zimy.)

Ale zanim wątek mi ucieknie... podchodzę do Brzozy nadrzecznej (Betula nigra jej po łacinie) i przyglądam się poskręcanej korze.




Pień mnie zachwyca i o tym wie i pozuje „bez krępacji”. Strzelam sobie fotkę za fotką, aż dostaję z aparatu migający sygnał, że bateria jest na wyczerpaniu.
I mam już odchodzić, a tu macha na mnie blaszką ostatni żółty liść... No, to „pstryk”!




I mam już naprawdę odchodzić, a tu kiwa na mnie brodą...  brzozowa koza!




Taki to chyba los matki, że wszędzie wypatrzy swe dziatki. A jeśli nie, obiektyw jej w tym pomoże. ;-)