czwartek, 29 listopada 2012

Moja jesień cz. 2

Wybrałam się na przechadzkę z aparatem i wzięłam na celownik pierwszą ogołoconą z liści grupkę drzew. (O ile dobrze sobie przypominam, to oprócz lagerstreomii, o której było TUTAJ, jeszcze przynajmniej trzy inne gatunki drzew w okolicy „rozbiorą się do rosołu z listowia” przed nadejściem kalendarzowej zimy.)

Ale zanim wątek mi ucieknie... podchodzę do Brzozy nadrzecznej (Betula nigra jej po łacinie) i przyglądam się poskręcanej korze.




Pień mnie zachwyca i o tym wie i pozuje „bez krępacji”. Strzelam sobie fotkę za fotką, aż dostaję z aparatu migający sygnał, że bateria jest na wyczerpaniu.
I mam już odchodzić, a tu macha na mnie blaszką ostatni żółty liść... No, to „pstryk”!




I mam już naprawdę odchodzić, a tu kiwa na mnie brodą...  brzozowa koza!




Taki to chyba los matki, że wszędzie wypatrzy swe dziatki. A jeśli nie, obiektyw jej w tym pomoże. ;-)

4 komentarze:

  1. http://moravia-tehotenstvi.blogspot.cz/30 listopada 2012 02:33

    Brzozowa Koza jest genialna:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Prawda? :) I ta nie bodzie...

    OdpowiedzUsuń
  3. ...mi sie z kogutem lisc skojarzyl:)
    Pozdrawiam... ciocia Ela...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Liść z kogutem? No proszę. Robi się ładny zwierzyniec :-)

      Usuń