Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floryda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Floryda. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 września 2017

Irma cz. 6




To o ile moje drzewo minęło się z oknem sąsiada? Tak szczerze. Kilknaście centymetrów? Dobra wiadomość, prawda?

Kiedy we dwa chłopa (Luby Mąż i mąż sąsiadki) ściągnięto je na ziemię, zbadaliśmy ścianę - tynk nie został nawet draśnięty. Ale sąsiadka była przygnębiona.

W zeszłym roku, również we wrześniu, liznął miasto huragan Matthew. Wtedy jeden z cyprysów przechylił się pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Tylko tyle. Z grządki go nie wyrwało. Początkowo Luby Mąż chciał drzewo wyciąć, potem przyciąć, ale nie pozwoliłam podnieść na nie toporka. Uparłam się i już. Sama je wybierałam, wiozłam do domu i sadziłam. Jest moje i koniec i wara od niego. Postawiłam na swoim, wiedząc, że robię źle.

Przepchaliśmy wtedy drzewo na miejsce, podparliśmy najcięższą betonową donicą i wróciło do pionu. Nadal żyłam w głębokim przekonaniu, że mogę sobie sadzić na posesji, co chcę. Tym razem nie miałam wyboru. Drzewo poszło pod nóż. I ono i nadłamane liście palmy, tłuczące Kozie w okno. (Ponoć nie zmrużyła przez nie oka.)




Do tej pory trochę mi głupio. I nie chodzi jedynie o to, że mogłam komuś wbrew rozsądkowi rozbić okno. Wstyd mi, że mogło to się stać w taką noc jak ta z niedzieli na poniedziałek.

A sąsiedzi, jak wyszło z rozmowy, mają już dosyć atrakcji: pod wykładziną w dużym pokoju zastali w poniedziałek rano wodę. (I stąd markotna mina sąsiadki.)

* * *

Wychodzi na to, że nasz dom uszedł z Irmy cało. I sąsiada od drugiej strony również. Ale idąc dalej ulicą, już tak dobrze nie jest. Pozrywało dachówki. Przewróciło jeszcze większe drzewa niż moje. Pół dzielnicy jest dotąd bez prądu. Bez prądu jeszcze wczoraj było pół miasta. Pogoda zaś nie sprzyja. Słońce świeci nielitościwie.

Nie ma prądu, więc odwołano lekcje w szkołach do końca tygodnia. Zawieszono zajęcia pozalekcyjne. Luby Mąż siedzi w domu. Dużo sklepów, biur nadal pozostaje zamkniętych. W najbliższym spożywczym pustki większe niż przed nadejściem Irmy, ale snując się po sklepie, pierwszy raz doceniłam alergie Kozy. Jej produktów żywnościowych nikt nie wykupił. Nikt się nie rzucał na sztuczny ser, nieprawdziwe parówki albo jogurty na bazie mleka kokosowego. Nie tknięto również słodyczy, keczupu i octu. Kupiłam go cały galon. Jest potrzebny do przepłukiwania glonów w rurach od klimatyzacji, a agregat żłopie nam ostatnio szklankę trunku na tydzień.

Poruszając się po ulicach, jechałam bardzo ostrożnie. Nie tylko zresztą ja. Inni kierowcy również zachowywali się tak, jakby stracili orientację i pewność siebie. Zmienił się miejscami horyzont, powyginały się znaki, nie sprzątnięto wszystkich leżących drzew, tablic informacyjnych, ale na moim osiedlu przynajmniej działają światła, nie ma powodzi, nie leżą nigdzie połamane słupy energetyczne. (To nowsze budownictwo. Tutaj kable idą pod ziemią.)

Nie muszę zaznaczać, że było wiadome, co przyniesie ze sobą ten kolosalny huragan. Zdjęcia w internecie są prawdziwe. Istnieją części miasta, hrabstwa, stanu, kraju, wysp karaibskich, gdzie rozgrywa się dramat za dramatem. Nie dalej niż dzisiaj na skutek braku prądu w domu spokojnej starości w okolicach Miami zmarło osiem osób. Na piętrze budynku temperatura dochodziła do czterdziestu trzech stopni.

Nigdy więcej nie powiem lekceważącego słowa na huragan, nawet kategorii pierwszej. Nigdy bowiem nie wiadomo, którędy zdecyduje się przejść i co po sobie pozostawić. A znaleźć się blisko oka to znaleźć się w niebezpieczeństwie. 

Są tacy, dla których ten żywioł pozostanie największym życiowym nieszczęściem. Stracili za dużo, niż ich na to było stać, podczas gdy moja rodzina, jakby nie patrzeć, przeżywa w tej chwili przymusowe, domowe wakacje.

Jednak wszystko do czasu. Właśnie zepsuł się kolejny z domowych sprzętów, przenośny grill gazowy. Kto czytał pierwszą część wpisów o Irmie, ten czuje już pismo nosem. Zepsuty grill to znak, że przynajmniej moje życie zacznie wkrótce wracać do normy.

poniedziałek, 11 września 2017

Irma cz. 5

[5:10] Spałam dwie godziny. Gdy kładłam się, było ciemno. Wstałam, bez zmian - czarno i mokro, rozmyte światło uliczne.




Spałam, bo wcisnęłam korki w uszy. Bez zatyczek bym nie zasnęła. Dudnił dach, szarpał wiatr. Teraz jeszcze gorzej. Porywy wiatru są jak z innej planety. Nie dowierzam. Nie pamiętam takiej siły z poprzednich huraganów. To ma być jedynka? Przecież ostatecznie miała być słabizna.

[5:40] Dopiero zauważyłam, że deszcz ustał, ale boję się dłużej stać przy oknie. Wiatr bez wody zdaje się pędzić szybciej. Momentami trzęsą się szyby. Mam wrażenie, że jedno gwałtowne dmuchnięcie i wywieje mnie z własnego domu. I to bez roztrzaskiwania ścian. Wylecę jak latawiec. I tak mam już duszę na ramieniu i ze strachu unoszę się nad podłogą. Spokojnie mogłabym rozpłynąć się nad dachem w ciepłych ciemnościach. Zniknąć rodzinie bez ostrzeżenia. Nie zauważyliby mojego zniknięcia. Śpią. Koza pewnie ze słuchawkami w uszach, bo po zmianie kierunku wiatru jej pokój znajduje się pod największym naporem powietrza. Z każdym podmuchem dobija się do jej okna naderwana gałąź palmy. Słychać aż za zamkniętymi drzwiami do Kozy pokoju.

Przechodzę do gościnnego. Od drzwi do okna jest malutki kawałek. W blasku latarni dostrzegam, że odpłynęła z jezdni cała woda. Nie tylko dlatego nie zgadza mi się ten widok. Jest jednowymiarowy. Wyrazisty. Kurde! Zniknęła moskitiera! No tak. Zapomnieliśmy je pozdejmować. Cholera by to wzięła!

Podchodzę do gołej szyby. Patrzę, jak wiatr szarpie pod domem siatką z okna. Toczy kwadrat po trawie. Przewraca. Jeszcze chwila i moskitiera odleci. Rusza w lewo, a ja za nią. Biegnę z pomieszczenia do pomieszczenia zobaczyć dokąd zostanie porwana. Rozchylam kolejno żaluzje. Największe, zepsute, nad kanapą, unoszę dwoma rękoma do góry. Wypatruję po ciemku aluminiowej ramy, ale światło z ulicy tu nie sięga. Wytężam wzrok. Brakuje mi cieni, które zwykle stąd widać w ciemnościach. Nie ma krzaków? A drzewo gdzie?

[6:00] Kozak wstał. Ziewając, rozsiadł się na kanapie. Złapał za tablet, założył słuchawki i zaszył się w minecrafcie, na nic nie bacząc. Normalnie nie byłabym z tego zadowolona. Teraz gra spada mi jak z nieba.

[6:50] Zaczyna się rozwidniać. Pierwsze co wypatrzyłam to wiatr, miotający w powietrzu ptakami. I że niektóre drzewa przy domu faktycznie nie są tam, gdzie je zostawiłam w sobotę. Jedno wisi nad ziemią. Drugie, kilkumetrowy cyprys, uderzyło w dom sąsiada od kotów. Reszty roślin nie widzę. Musiałabym obejść pozostałe pokoje, a tam nadal śpią.

[7:15] Nie rozumiem, co się dzieje. Kiedy Kozak wychodzi z pokoju do łazienki, sprawdzam lokalne wiadomości, bo żadna stacja pokroju CNN nie bawi się w detale. Nawet The Weather Channel nie jest w stanie wytłumaczyć mi, dlaczego ciągle tak huczy na osiedlu. Wyświetla mi się wreszcie coś czytelnego. Rozjaśnia się w głowie: w mojej części Florydy nadal aktualne jest ostrzeżenie przed huraganem. Nie szkodzi, że przestało lać. Nie przestało wiać. Pierwszy raz obserwuję huragan pędzący na sucho.

[7:30] Nadal jest prąd, a to daje namiastkę normalności. Dla mnie to ważne, bo mam dzieci. Zresztą nie wyobrażam sobie przesiedzieć taką noc przy świeczce czy latarce bez głupich myśli. Stałe światło daje jednak namiastkę poczucia bezpieczeństwa, gdy za ścianą z pustaka przechodzi pogodowe sui generis.





[8:15] Kocham prąd. Co kilkanaście minut, przynajmniej w tej części domu, szum klimatyzacji tłumi na chwilę buczenie huraganu.
Prąd również służy w moim domu do tego, aby zrobić kawę!

Przechodzę do kuchni i kątem oka dostrzegam w oknie za stołem znajomy kształt. Moskitiera!

Obiecałam znajomym na fejsbuku, że tak, owszem, na pewno zachowam w czasie Irmy ostrożność, a teraz, proszę: nie zastanawiając się nad tym, co robię, wyślizguję się boso i w piżamie na taras. Przez kilka kroków tulę się do ściany. Wyglądam zza rogu. Stąd wyraźnie widać mój cyprys na domu obok. Chcę biec obu na ratunek, ale mogę tylko ostrożnie zejść na przemoczoną trawę i spróbować dosięgnąć siatkę. Wierzga się w rozhuśtanym hibiskusie, leżącym na ziemi. Zapadam się w błoto, ale nie na długo. Czuję, że depczę po czymś szorstkim. O żesz! Pod nogami mam rozrzucone dachówki! Sięgam po jedną z nich. Nie wiem, jak długo stoję, bezrozumnie się jej przyglądając, zanim jakieś szturchnięcie wiatru przywróci mnie do świadomości. Dachówka jest czarna. To nie jest kolor mojego dachu!

[8:45] Staję nad ekspresem. Machinalnie odmierzam z puszki kopiastą łyżkę stołową kawy. Rozsypuje się po filtrze. 

Ryczę od pół godziny nad pustym kubkiem i nie umiem powiedzieć dlaczego. Wycieram oczy knykciem kciuka. Mam wszystkiego dosyć. Dociera do mnie, że trzeba porozmawiać z sąsiadami o moim wymarzonym toskańskim drzewie spoczywającym na ich zachodniej ścianie domu. Oby ubezpieczonym.
Na pewno ubezpieczonym!

Hej! To nie tak! Czy to nie my powinniśmy zapłacić ze swojego ubezpieczenia za ewentualną szkodę? Jaką szkodę? No co się mogło oderwać? Tylko tynk.
Nie wiem w sumie. Za wcześnie wyjść się przyglądać. Nie można jeszcze wychodzić z domów.

Ale z drugiej strony, dlaczego to my mielibyśmy płacić? Nie rzuciłam drzewem osobiście. To też trzeba wziąć pod uwagę. To nie ja wyrwałam je z korzeniami.

Dosypuję jeszcze kawy. Wlewam wodę do zbiornika. Zamykam klapkę.
Woda przelewa się przez ekspres, a przeze mnie znużenie, niepokój i dezorientacja. Nie opuszcza mnie nieokreślone poczucie winy.

Napełniam wreszcie kawą umorusany błotem kubek. Pachnie jak w zwykły, zabiegany dzień znajomych zmartwień. Czuję, jak budzi się we mnie ulga. Najgorsze chyba będzie wkrótce za nami. Zasrana jedynka!

Jak to dobrze, że nikomu nic się nie stało. I że chociaż Luby Mąż i dzieci przespali tę noc. Matko! Sękju, sękju, że był prąd!

I że nie było powodzi. Tego najbardziej bała się sąsiadka od kotów. 

Tak. Czeka mnie z nią poważna rozmowa... Zdziwi się kobieta, gdy wstanie. Ale bardzo ją przeproszę... Jasne, że usuniemy drzewo. Mamy piłę motorową. Hm... Czy ta nie ma zepsutego łańcucha? Możliwe. Ale nie szkodzi. Mamy też zwykłą, ręczną. 

Aaaaa!!! Czy ja czasem nie napisałam o tym drzewie na fejsie? Przecież sąsiadka jest w moich fejsbukowych znajomych! I to chyba jej głos słyszę właśnie za oknem. Rozmawia przez telefon, łapiąc się za głowę. Gdyby hibiskus się nie położył, to bym nic za oknem nie widziała. Mam jednak kobietę jak na dłoni: w wymiętym tiszercie, krótkich spodenkach i jajcarskich, czarnych kaloszach. Ciekawe, gdzie je kupiła. I ile dała, bo kalosze w Stanach są drogie...

W porę łapię się, że nie ma co zwlekać. Lecę sprintem do pralni po cokolwiek czystego w moim rozmiarze. Wskakuję w niedopasowane ciuchy, słyszę już i głos sąsiada. 

Zanim wybiegnę na dwór, wypijam trochę kawy.
Tego ranka potrzebuję jej jak mocnego snu.

Irma cz. 4

Jest niedziela, 21:26. Na dworze już ciemno.

Oko Irmy jeszcze ze dwie godziny przed Orlando (poruszając się z południa na północ), ale już jest jak w dobrze wkurnionej myjni samochodowej: woda pod ciśnieniem siecze na oślep, tłucze się między domami i pluje w okna.

Bryzgi są tak silne, że trzęsą się szklane drzwi tarasowe. Nie tylko szyby, cała metalowa rama. Od spodu sączy się do domu woda mimo ułożonych worków z ziemią. Z dachu spływają strumienie wody.

Momentami miga światło. Świszczy deszcz. Raz cichnie, raz się rwie. Ciarki przechodzą, gdy zawyje jak opętaniec.
W tle tłucze się hałas rozpędzonych pociągów. I niepokojące buczenie silnika odrzutowego.

Zeszłoroczny huragan Matthew był jednostajnym wodospadem. Mijał nas od prawej strony i był dalej od miasta. Ściany wody nie biły tak nerwowo jak teraz. Wyraźnie słychać, że są bardziej nieregularne i silniejsze. Mijają nas od lewej i są bliżej.

Jednak wolę być po lewej stronie odległej trójki niż po prawej dwójki pod nosem. Wolę większą rzekę na ulicy niż zezłoszczony wiatr, walący gdzie popadnie.

[po północy]
Natura znów zmieniła bieg.
Huragan skręcił na wschód. Jest bliżej Orlando.

Poczekam jeszcze z godzinę na aktualne informacje.
A potem kładę się spać.
Niech się dzieje co chce.

[pierwsza nad ranem z minutami]

Najsilniejsze wiatry przed nami?
OK.
Ale beze mnie.

Jestem kompletnie wypompowana.

niedziela, 10 września 2017

Irma cz. 3

W południe gubernator Florydy zakończył swoje kolejne wystąpienie. Ale tym razem na koniec krótkiego spiczu kazał się modlić.

Żadna to sensacja, publiczny apel o modlitwę. Amerykanie to zasadniczo ludzie wierzący. Jednak rozpocząć a zakończyć prośbą o modlitwę publiczne przemówienie to dla mnie różnica. Wolałabym usłyszeć na koniec coś innego. Chciałabym usłyszeć, że da się coś zrobić ludzką mocą.

Oczywiście módlmy się. Dziś tylko w domach, bo mimo niedzieli kościoły zamknięte. (Miało lać i grzmieć od rana.)

Rano minęło, o 10-tej zaczęło kropić na moim osiedlu. Huragan się nie śpieszy. Zwolnił sobie.

Wracając do niedzielnych nabożeństw, kto by dziś szedł do kościoła? Miasto przetrzebione. Sporo mieszkańców opuściło domy kilka dni temu. Owszem, hotele przepełnione ewakuowanymi, ale lepiej dmuchać na zimne i chociaż jeszcze nie pada za mocno, nie wychodzić na zewnątrz.

Zostaje nam do oglądania inny ołtarz, ekran telewizyjny. A tam ciągle to samo o zachodnim wybrzeżu: wzbierające fale od dwóch do pięciu metrów nad poziomem oceanu... przelewy wód burzowych... powodzie w nadmorskich miastach... ruina... dewastacja...

Nie nadążam z rozgryzaniem nerwowych wiadomości, bo paski informacyjne są nieczytelne od nawału przekazu. Wieści zlewają się w jeden ciąg: tornada w centralnej części Florydy z policją nie będącą w stanie dojechać do potrzebujących w gminie Miami-Dade z wyślij esemesa DISASTER pod numer 20222, żeby wpłacić dziesięć dolarów akonto rosnących potrzeb...

Siadam przed moim stacjonarnym laptopem. Zachodnie wybrzeże, którędy ma się przeczołgać huragan, to miejsce wielu nam bliskie. To tam, nad Zatoką, są najpiękniejsze plaże.

Naples, Fort Myers, Sarasota, Clearwater koło Tampy... Pisałam z tych miejsc na tym blogu. Pisałam o nich.

Przywiozłam z tych okolic ulubione zdjęcia, od tego w banerze powyżej począwszy. I dziesiątki może mniej spektakularnych, ale dla mnie ważny dokument rodzinnych przygód. I teraz, kiedy punkt 13-ta skończyła się w Orlando przedhuraganowa poczekalnia, gdy zaczęło wreszcie siec deszczem, patrzę wstecz przeglądając fotografie, a ostatnie pstrykałam tego lata. 

Ale podzielę się wcześniejszym, z Kozą na leżaku.




Dobrze wrócić do słońca.
A jeszcze lepiej do dobrych wspomnień. 

sobota, 4 października 2014

Bądźmy sobie

W Klubie Polki (i Polaka) na obczyźnie rzucono temat mój kraj idealny. Puszczamy wodze wyobraźni zdań warunkowych - gdyby tak można było przeflancować to, co dobre z Polski na swój zagraniczny grunt i odwrotnie, co takiego byśmy ze sobą zabrali?

Mój post wypada jako jeden z ostatnich i trudno dorzucić po miesiącu wpisów cokolwiek oryginalnego. Powiedzieliście prawie wszystko, Drodzy Klubowicze. I ja zresztą też wspominałam wcześniej na swoim blogu o tym, z czym się wyrastało i czego żal. Np. o małosolnych zwierzałam się tutaj.

Pisząc o Stanach błędem byłoby nie zawęzić pisania do konkretnego regionu, więc i tym razem trzymam się niektórych odcinków Florydy.  
Dziś będzie o plażach publicznych. 

W telegraficznym skrócie - na polską plażę zabrałabym stąd:

1. czyste, darmowe szalety przy parkingu
2. prysznice nie tylko w budynku z WC, ale przy samym zejściu z plaży
3. nawet u szczytu sezonu przestrzeń wokół siebie, żeby nie wyglądała jak patchwork: mój brzeg ręcznika przy sąsiadów kocykach
oraz
4. wyglądającego, że miło, lecz bez przerostu formy nad treścią pana porządkowego w kąpielówkach. I o te kąpielówki się głównie rozbija. Zafundowałabym polskim panom amerykańskie plażówki, a mowa o stroju z nogaweczkami do pół uda. Żadnych ciasnot w kroku uwidaczniających ichnie klejnoty. Luz proponuję i w tym rewirze.

Na florydzką plażę zabrałabym:

1. obiadową jadłodalnię, żeby czekała na mnie przy zejściu z plaży - nie musi być w tym samym budynku, co WC i prysznice ;-)
2. trochę kamlotów lub parawanik, aby można było przynieść nad wodę laptopa i nie martwić się, że gdy zawieje wiaterek, piasek zniszczy sprzęt
3. skarpę spod Chłapowa.

Dodatkowo

4. w wyznaczonym miejscu oceanu przeciętną temperaturę 27 stopni Celsjusza opuściłabym do tej w Bałtyku. Żeby można było sobie schłodzić w wodzie jaki napój i nie tachać przenośnych lodówek.

Punktów miało być pięć i oto obie piątki:

Na purytańską, amerykańską plażę zabrałabym polskie gołe dupcie małych dzieci. Nie mówię o ekshibicjoniźmie, tylko o tym, żeby bez łamania niepisanych reguł można było na widoku dzieciakowi pieluszkę czy gatki zmienić i pośladki wywietrzyć. Żeby dupcia była dupcią, a nie, jak tu się straszy, potencjalnym obiektem pedofila. Żeby mogła sobie pobiegać w swej naturalnej odsłonie chociaż przez moment, nie wywołując zgorszenia.

Wreszcie na polskiej plaży poprosiłabym o amerykańskie niegapienie się na ludzia. Zaleciłabym zastosowanie zasady Keep your eyes to yourself - ślepia przy sobie. Wystąpiłabym z petycją o nie gałowanie na innych, szczególnie, że niektórym z nas społeczeństwo już dawno przylepiło etykietkę odbiegających od normy.

Zabrałabym ze sobą wszędzie poza Stany amerykański model tłumu: jesteśmy razem, ale uprzejmie osobno, w razie jakim ktoś pomoże, ale póki plażujemy, czujmy się swobodnie. Niechże nikt nikomu wzrokiem w paradę nie wchodzi. 

Patrzmy sobie za to do woli pod nogi. :-)




czwartek, 3 października 2013

Publiczne odgrażanki

Przypuszczenie, że wczorajsze spotkanie Obamy z liderami Kongresu zaowocuje ustępstwem któregoś z polityków jest tak iluzoryczne, jak moja poranna radość, że mogę oto o 8:30 jechać sobie samochodem bez uruchomienia wychłodzonego nawiewu.

To jeszcze nie ta faza lata, niestety. Cztery zakręty i klima poszła w ruch.

Ale do rzeczy...

Kiedy wróciłam tego roku z wojaży, czekał na mnie „list miłosny” w trzech kopiach, każda z adresem zwrotnym spółdzielni mieszkaniowej. Na tym datowanym najbliżej mojego powrotu stało nawet wielkimi literami FINAL NOTICE.  „Czepiali się” nie o „te trochę przerośniętej trawy”, ale o wszystko! Że pod rozcapierzonym „bananowcem” znikła jedna trzecia fasady domu. (W tym jedno okno.) Że Duranta erecta wdrapała się na dach. Że gałęzie dębu za nisko wiszą nad chodnikiem, przez co przechodniom w oko...

Oczywiście, że przesadzam, ale nie przesadnie ;-)
Okno może być zakamuflowane, byle nie tak ciasno, lecz definitywnie miałam nakazać krzakom zejście ze ścian.

No to naszarpałam się, naciachałam... Zatrzymałam dopiero po wypełnieniu zielskiem iluś worów i dopiero wtenczas przeszłam do domu paść bez czucia (bo mdleć na chodniku w ten upał to można się jeszcze poparzyć).

Wracając do szarpania się z krzaczorami, najładniejsze ścinki - żółtopstre listki szeflery -nawtykałam w wazony. 






Te bukiety potrafią tak stać z 10 dni, nawet dwa tygodnie.

A potem pod sekator pójda kolejne gałęzie. I gdy te zwiędną, pójdę po jeszcze... i najprawdopodobniej po jeszcze... bo lato w październiku zwykle się nie kończy i dopóki trwa, dopóty krzewy będą prowadzić rozlazły tryb życia. Dopiero nadejście jesieni w listopadzie ukróci ten proceder.

Zaczynam rozumieć, dlaczego Florydianie nie pchają się gromadnie do obsadzania domostw czym popadnie. Zanim się obejrzę, rośliny przerastają moje najbujniejsze oczekiwania.

Nie wiem, co planuje rząd Stanów Zjednoczonych pracujący od wtorku na 75% gwizdka, ale ja następnym razem dwa razy się zastanowię na co wydać pieniądze.

Dru... Trze... ten tego... Czwarty raz już taka głupia nie będę, kiedy znów będę sadzić nowe „fiatki” zimą. Dobrze obmyślę, co się nie opłaca!

***

Tym listowiem na fotce przede wszystkim witam cztery miłe panie, które dołączyły w to lato do czytelników bloga :-) 

wtorek, 2 kwietnia 2013

Lekcja Dwudziesta Ósma: Murowana

Dokładnie pięćset lat temu, w Niedzielę Palmową, poszukujący legendarnego "Źródła wiecznej młodości", hiszpański żeglarz Juan Ponce de León dopłynął do brzegów nowego lądu i zachwycony rosnącym nań bujnym kwieciem nadał mu imię „La Florida”.

Tak zaczyna się bajka o początkach zeuropeizowanej Florydy i tę opowiastkę sprzedaje się wszystkim, którzy zechcą w nią uwierzyć. Głębiej jednak poszperać i fakty wyglądają inaczej. Przyjmuje się, że Florydę odkryto trzy, może cztery lata wcześniej, bo zachowały się w Europie mapy z lat 1509 i 1510, na których nad dzisiejszą Kubą zaznaczony jest ląd. Owszem, niezbyt precyzyjnie i niezbyt foremnie - ale jest. (Przypuszcza się, że wiedza o tej części świata dotarła na stary kontynent np. za sprawą Portugalczyków.)

Że Juan Ponce de León istniał nikt nie przeczy, lecz wnikliwi historycy przypominają, że hiszpański konkwista nie przybył tu kwiatków wąchać, a szukać złota i łupić co wpadło pod miecz (i przy tej niechlubnej okazji zapoznać tubylców z wiarą katolicką). Wiadomo, że w 1513 rozczarowany brakiem cennych kruszców Ponce de León dość szybko opuścił Florydę, a same walki z Indianami miały miejce nieco później, gdy Juan ponownie przybył na półwysep - który od lat uważał zresztą za wyspę - i gdy w lipcu 1521 przyszło mu za ów najazd zapłacić bolesną śmiercią. (W ranę od indiańskiej strzały wdała się w nogę sepsa – reszty możecie się domyślić.)

Ale wróćmy do roku 1513. Gdzie dokładnie przybiła do brzegu flota hiszpańska pozostaje zagadką, bo zgubił się dziennik pokładowy. Istnieją trzy sporne możliwości i jedna z nich wskazuje na północne okolice dzisiejszego St. Augustine, uważanego za najstarszą osadę „przybylców” europejskich w Stanach Zjednoczonych (za rok powstania miasta uważa się 1565).

Gdybyście zabłądzili kiedyś w te strony zostańcie tam na dwa dni, bo nie ważne tak naprawdę kto kiedy pierwszy, drugi... przypłynął, zdobył, nie zdobył... Na zmyślone atrakcje patrzy się z przymrużeniem oka, a autentyczne budynki przypominają, że St. Augustine jest jednak bogatą częścią historii Stanów Zjednoczonych. I tego faktu przeoczyć się nie da.

(A wiecie, jak tam się śmiesznie jedzie? Z typowego, współczesnego, amerykańskiego krajobrazu à la „country bumpkin”  - wybaczcie porównanie, ale jest najlepsze, jakie do głowy mi przychodzi - z tzw. beznadziejnej „wiochy” wjeżdża się raptem w ulice, na których czas zatrzymał się kilkaset lat temu.)

Miasteczko St. Augustine utrzymuje się głównie z odwiedziń turystów. Nie ma tam ani wielkiego przemysłu, ani renomowanych uczelni. Przyciągają inne miejsca. Takie jak to: w okowach wiedzy”, czyli najstarsza w Stanach drewniana szkoła podstawowa, wybudowana w 1788 roku.





Jak to dobrze, że nie musiałam się uczyć w tym niedogrzanym lub przegrzanym budynku, siedząc wyprostowaną na drewnianych ławach bez oparcia, za przewinienia obrywać witką po rękach lub przesiadywać w ciasnej komórce pod schodami odganiając się od szczurów, bo wyżyła się na mnie sfrustrowana, zakochana nauczycielka. (Kobietom uczącym w szkole nie wolno było wychodzić za mąż, a nawet się zaręczać.)

Muszę o tym przypomnieć dziś Kozie na lekcji polskiego: oto ma do dyspozycji siedzenie z oparciem, w pomieszczeniu w tej chwili chłodzonym kilmatyzacją, nikt za błędy nie łaja i nie trzyma za karę w klatce. Szczyt szczęscia, prawda? ;-) Od gryzoniów odpędzać się nie musi, bo ja i Luby Mąż urządzimy na nie w stosownym czasie obławę (niestety, wlazło coś takiego z dworu, zdarzyło się, nie powiem). Krótko mówiąc, niech dziecko „nie pęka” i uczy się przykładnie. Kto wie, może już za jakieś 50 lat pojawi się tu jakaś mocniejsza słowiańska osada i polski wtedy będzie jak znalazł?

Póki co - z okazji rozpoczynającej się tygodniowej fety pięćsetlecia stanu – viva Floryda!

Ps. Nazwa Florydy pochodzi od hiszpańskiej nazwy świąt Wielkiej Nocy - „Pascua Florida” („Święto kwiatów”). 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Na łowy

I... pojechaliśmy.

Wyjazd nastąpił ze sporym poślizgiem, bo okazało się rano, że kalosze Kozaka wyparowały, a podskok do sklepu po nowe nie wchodził w grę z tej prostej przyczyny, że kalosze należą do obuwia, na które mnie w USA nie stać. (Może inaczej. O wiele bardziej opłaca mi się zakupić je w Polsce. Nie lubię wydawać w Stanach około dwudziestu dolarów na parę kaloszy dla małolata.)

Kiedy obeszliśmy już wszystkie kąty, Kozak nam łaskawie zdradził, że włożył „gumolce” do skrzyni z zabawkami. (A wraz z obuwiem - niech to piorun! - tonę piachu!)

Dobra... Toną piachu zajmiemy się później. Teraz gumiaki na kończyny Kozaka, butelki wody pod fotel, kapelusze na siedzenie ... Jedziemy. 

Silnik przyjemnie rzęzi, ustalamy zgodnie z Lubym, że w przyszły weekend koniecznie trzeba z wozem do mechanika.

Słońce przyjemnie świeci, zachwycamy się zgodnie z Lubym i Kozą, że mamy nadzwyczaj cudną styczniową pogodę. Nikt nie pamięta takiej zimy, kiedy było tu o tej porze roku dwadzieścia stopni przed południem.

Błoga pogawędka schodzi na cel wyprawy. Zaczynamy chóralnie się przekomarzać, kto z nas „znajdzie najwięcej” i tu idylla się kończy.  Kozak ryczy, że on „sce najwiencej”, a Koza na pewno mu „fsyskie" zabierze. Uspokajam go, że starczy i dla nas i dla innych, lecz Synowiec nie ma zamiaru przestać wyć. Dla podkreślenia jak bardzo nie ma ochoty się uspokoić zaczyna kopać nogami w powietrzu i za moment następują dwa wyrzuty. Prawy kalosz uderza głucho w obleczony podsufitką dach, lewy – też płasko, ale jakoś dźwięczniej – w przednią szybę.

Luby blednie, zjeżdża na pobocze, strofuje Kozaka, a ja zbieram gumiaki. Pytam siebie w duchu, czy chociaż raz możemy gdzieś dojechać jak normalna rodzina bez histerii i wścieklicy i lampka mi w mózgu rozbłyska! Możemy! Oczywiście, że możemy! Pod warunkiem, że Kozak przed wyjściem zrobi siusiu, a jakoś nikt przed wyprawą go do łazienki nie zabrał.

Wleczemy się na najbliższy parking. Luby idzie szukać z Kozakiem „wychodka”, ja z Kozą czekamy pięć minut, dziesięć, piętnaście...
Wrócili za pół godziny. Kozak wysikany i najedzony. Bo podobno zachciało mu się jeść po umyciu rąk i Mąż poszedł kupić mu „przegryzkę”.

Teraz wkurzam się głośno. Na miłość boską! Przecież mamy kozaczych przekąsek w samochodzie bez liku. Czy my zawsze wszędzie musimy się spóźnić?

Jakie spóźnić? Luby słusznie zauważa, że nie musimy dojechać na określoną godzinę. Ale ja akurat nie mam ochoty słuchać jego „słuszności”. Z kwaśnymi humorami jedziemy dalej ja, Mąż i Koza. Gdyby kto pytał, Koza się naburmuszyła, bo jej Ojciec nic do jedzenia nie kupił, a bratu tak.

Tylko Kozak przebył zadowolony resztę trasy i ani razu nie zagaił ojca pytaniem Are we there yet? (Daleko jeszcze?)

Zajechaliśmy, z trudem znaleźliśmy miejsce do parkowania. Ludzi po prostu tłum! Ruszyliśmy truchtem na wypatrzony odcinek i godzinę później było jednak wiadomo, że „połów” się udał.

Wspomniałam, że nie pojechaliśmy na pytony, tylko na truskawki? Nie? O, pardon, już wyjaśniam! Zmieniliśmy kurs wycieczki, bo przypomniało się nam, że rozpoczął się sezon na polach truskawkowych, a własne łakomstwo trudniej poskromić niż węże niczyje...







l czego Kozak wył, że mu Siostra "fsyskie" wyzbiera, skoro faktycznie starczyło nie tylko dla nas, ale także, zerknijcie poniżej, dla innych? Ech, z dzieciarami...





piątek, 11 stycznia 2013

Zacieśniając więzy rodzinne

Zarząd Narodowego Parku Everglades [wym. ewerglejdz] bije na alarm!

Pyton tygrysi, zwożony wiele lat do Stanów z Azji jako „zwięrzątko domowe”, wypuszczany z czasem wbrew panującym zakazom na wolność w zielsko za płotem, czystki czyni na subtropikalnych mokradłach w południowej Florydzie: zjada coraz większe zwierzęta i to zwierzęta chronione. Aligatory, bekaśnice, dławigady amerykańskie giną od jego uścisku, a na przestępcę nie ma bata. Na pytonie tygrysim bowiem kończy się tamtejszy łańcuch pokarmowy.

Rzucono wszem i wobec wyzwanie i rozpoczyna się jutro kilkutygodniowa wężowa „łapanka”. A na zwycięzcę, na tego, kto najwięcej węży schwyta, czeka 1500 dolarów nagrody i zgłosiło się już ponad 550 chętnych z całych Stanów.

Doszliśmy po domowej naradzie, że... też jedziemy! Tysiąc pięćset dolarów – cena jednego biletu lotniczego z Florydy do Polski - nie chadza piechotą po rodzinnym budżecie, szczególnie przykro nadszarpniętym ostatnio przez moje „ekscesy” w ogrodniczym.

Plan jest prosty. Kozaka wystawimy na przynętę (chociaż zapewne Koza brzmi ponętniej), córka cabas gatunek inwazyjny za ogon, ja za paszczękę...

- Ej, a ty? – zwracam się do Męża, bo dociera do mnie, że oddelegował rodzinę do roboty, a siebie pominął. – Co ty będziesz robił?
- Ja biorę na barki zadanie najważniejsze - sprawdzę najkrótszy dojazd do parku...            

Aż świerzbi poskarżyć się teściowej jaką to żmiję na własnej piersi wyhodowała!

Ps. Ale zamiast donosić, przywitam AsięG, bo widzę, że dołączyła niedawno do grona czytelniczego. Witamy na Florydzie!

sobota, 1 grudnia 2012

Moja Floryda


Magda z Rzymu, założycielka klubu Polek na obczyźnie, była miła wpisać mnie na listę „przesiedleńców” i zaprasza do klubowej zabawy, podając hasła, które mają nam przybliżyć życie „gdzie indziej”:

1. imię/nick, kraj, ewentualnie miasto
2. najfajniejsze
3. najpiękniejsze
4. ciekawe
5. coś pysznego
6. uwielbiam
7. nie cierpię
8. do pozazdroszczenia
9. dziwaczne
10. brakuje mi tutaj…

Moje imię znacie, kraj też, więc rozwijam pozostałe punkty. I wrzucam je, wedle reguł zabawy, na swój blog.


***

Stany to kraj, w którym życie się śpieszy, ale na Florydzie czasami ono zwalnia, bo nie da się wszędzie biec przy ponad czterdziestostopniowym upale (przeciętnie od maja do początku października). Dlatego dziwaczne jest dla mnie to, że nie wprowadzono tu jeszcze długim latem południowo-amerykańskiej czy śródziemnomorskiej siesty. Byłabym „za”.
Ale może nie powinnam się dziwić. Uwzględniono bowiem prawie wszędzie klimatyzację. Jeśli nie wyjdzie się w ciągu dnia na długo z domu, da się żyć.

Najpiękniejsze na Florydzie są niebo, woda, flora, co usilnie podkreślam na swoim blogu fotkami. I miejscami fauna. („Miejscami”, bo sęp nie jest dla mnie ideałem zwierzęcej urody, aligator też nie, pancernik – tylko zwinięty w kulkę...)

Może zatem słowo o ludziach. Uznać po kilku minutach rozmowy, że wiesz, z kim masz do czynienia, to największy błąd. Tym bardziej tutaj, bo Moja Floryda to typowy amerykański Melting Pot: mieszają się rasy, języki, zwyczaje. Swoją drogą, ciekawe, że sami Amerykanie spoza tego stanu często sądzą, że przeciętny Floridianin jest albo emerytem, albo turystą. (Tak było jeszcze dwadzieścia lat temu, ale stereotypy lubią trzymać się mocno.)

Coś pysznego – ogólnoamerykański przysmak – chocolate chip cookies czyli od razu zdjęte z blachy miękkie, okrągłe ciasteczka z kawałkami roztopionej w środku czekolady... Ale! Ale! Pod jednym warunkiem - że zmodyfikowałam recepturę. Na przykład dodaję o wiele, wiele mniej cukru. (Wypieki amerykańskich ciastkarni smakują dla mnie jednako, przesłodzone do granic wytrzymałości.)

Uwielbiam tutejszy przełom lata i jesieni oraz zimy i wiosny. Ani nie marznę, ani nie zlewam się potem.

Nie cierpię, kiedy w środku sierpnia, w środku dnia wysiada klimatyzacja.

Do pozazdroszczenia to potrafią tu bujnie wyrosnąć rośliny w niektórych ogródkach, na miejskich klombach.

Brakuje mi grzybobrania. Hej, poszłaby ja sobie z koszykiem w las... Ale ani porządnego lasu nie ma (dżunglowate chaszcze w najlepszym przypadku), ani niepryskanych grzybów. Wysypie czasem sowy i podgrzybki na przystrzyrzonym trawniku, tylko, że ten był wcześniej chojnie spryskany kto tam wie czym...

Lecz od czego mieszka się „w Ameryce”? Czyż nie pokutuje o niej mit, że prawie wszystko tu się dostanie, jeśli dobrze pokombinować, poszukać, poszperać?

Przed Świętami Dziękczynienia (Thanksgiving), w jednym ze sklepów pojawiły się kolejny raz Pieprzniki jadalne (po mojemu „kurka”). Kochani! Tylko (!) za 34 dolary za funt, czyli ponad 100 złotych za PÓŁ kilo...

Obeszłam się smakiem, ale jeśli kiedyś będę bogata, to jak dopadnę jaką jesienią tego stoiska...

Chwilowo na deser pozostaje mi odwieczne niebo...



niedziela, 11 listopada 2012

Święte krowy


Nie sposób je objechać, bo rozlazły się po obu pasach jezdni. Nie wiadomo w dodatku, czy stoją, czy idą.

Ceremonialnie unoszą po jednej nodze, aby w połowie kroku zastygnąć. Pojawiają się za to szybkie, kontrolne ruchy głowy. Jeden. Drugi.

Zawieszona w górze kończyna powolutku schodzi w dół i niepewnie dotyka asfaltu, ale ten ruch nie oznacza wcale, że posunięto się do przodu. Grupa sterczy nadal w miejscu, przerzuciwszy jedynie ciężar ciała na drugą nogę. Trzy lub cztery pary oczu przyglądają się zatrzymanym autom jak intruzom i nie ma sensu tłuc o klakson (pomijam, że nie wolno), bo towarzystwo i tak się nie ruszy.

Nie można wysiąść, podejść, unieść ostrożnie za tułów jak zdezorientowanego żółwia, bezpiecznie przetransportować na drugą stronę jezdni, wrócić za kierownicę i odjechać.
Można tylko stać, samemu tamując ruch uliczny, i czekać aż Wielmożna Leniwa Trupa Blokująca Drogę zechce przesunąć się nieco w lewo lub w prawo.

Jeśli podpadniesz, poczęstują ktrótkim, ostrzegawczym klangorem i zamilkną, aby obrzucić ponownie uważnym spojrzeniem.

I zegar na tablicy rozdzielczej może grozić spóźnieniem, a one i tak odsuną się na bok dystyngowanym krokiem we własnym ospałym tempie i nikt niczego nie będzie im narzucał.

Jakby wiedziały, że są pod ochroną.




Na załączonej fotce - dwa osobniki z rodziny Żurawii kanadyjskich chłodzą się w cieniu przed kolejnym wkroczeniem mi na jezdnię.

środa, 10 października 2012

Moja jesień


Pierwszy raz po kilku upalnych miesiącach otworzyłam okno. Zaraz po wstaniu podciągnęłam żaluzje, z piskiem szyn ruszyła przesuwna szyba i łyknęłam nagrzanego, wilgotnego powietrza.

Pół godziny i pokój miał dosyć. Zrobiło się zbyt lepko i zdecydowanie zbyt ciepło, więc zrezygnowałam z wietrzenia domu metodą naturalną.

To było blisko dwa tygodnie temu.

Dzisiaj otworzyłam okno i uradowana pobiegłam otwierać następne. Wysoka wilgotność powietrza się nie zmieniła, ale poranek był prawie chłodny.  Cała godzina wietrzenia moja!

O tej porze roku szukam nie tylko świeżego powietrza. Siłą przyzwyczajenia rozglądam się też za czerwienią, rdzą i złotem.

I są.

Czerwienią wybujałe hibiskusy i przykurczone niecierpki. (Podpowiem, że w tym klimacie niecierpki nie cierpią upałów. Właśnie dochodzą do siebie po ostrym lecie i najładniej pokwitną sobie zimą.)

Jak na obecny przełom pór roku przystało, również na czerwono szczerzą zębiska nasiona magnolii wielkokwiatowych.




Niegroźne są. Malutkie - niewiele większe od ziaren kukurydzy, a w dotyku przypominaja gładkie, młode skórki kasztanów.

I chociaż żal, że opadają pierwsze liście z dolnych patrii ulubionych lagerstroemii, daleko do środkowoeuropejskiej, jesiennej melancholii.
Lagerstroemie pierwsze z niewielu gatunków drzew w okolicy idą jesienią na odstrzał, ale ceglasto nakrapiane listowie opada na ciągle zielony trawnik, a same drzewka odbijają się wciąż od błękitnego nieba. 




Grzech narzekać.