Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 października 2014

Bądźmy sobie

W Klubie Polki (i Polaka) na obczyźnie rzucono temat mój kraj idealny. Puszczamy wodze wyobraźni zdań warunkowych - gdyby tak można było przeflancować to, co dobre z Polski na swój zagraniczny grunt i odwrotnie, co takiego byśmy ze sobą zabrali?

Mój post wypada jako jeden z ostatnich i trudno dorzucić po miesiącu wpisów cokolwiek oryginalnego. Powiedzieliście prawie wszystko, Drodzy Klubowicze. I ja zresztą też wspominałam wcześniej na swoim blogu o tym, z czym się wyrastało i czego żal. Np. o małosolnych zwierzałam się tutaj.

Pisząc o Stanach błędem byłoby nie zawęzić pisania do konkretnego regionu, więc i tym razem trzymam się niektórych odcinków Florydy.  
Dziś będzie o plażach publicznych. 

W telegraficznym skrócie - na polską plażę zabrałabym stąd:

1. czyste, darmowe szalety przy parkingu
2. prysznice nie tylko w budynku z WC, ale przy samym zejściu z plaży
3. nawet u szczytu sezonu przestrzeń wokół siebie, żeby nie wyglądała jak patchwork: mój brzeg ręcznika przy sąsiadów kocykach
oraz
4. wyglądającego, że miło, lecz bez przerostu formy nad treścią pana porządkowego w kąpielówkach. I o te kąpielówki się głównie rozbija. Zafundowałabym polskim panom amerykańskie plażówki, a mowa o stroju z nogaweczkami do pół uda. Żadnych ciasnot w kroku uwidaczniających ichnie klejnoty. Luz proponuję i w tym rewirze.

Na florydzką plażę zabrałabym:

1. obiadową jadłodalnię, żeby czekała na mnie przy zejściu z plaży - nie musi być w tym samym budynku, co WC i prysznice ;-)
2. trochę kamlotów lub parawanik, aby można było przynieść nad wodę laptopa i nie martwić się, że gdy zawieje wiaterek, piasek zniszczy sprzęt
3. skarpę spod Chłapowa.

Dodatkowo

4. w wyznaczonym miejscu oceanu przeciętną temperaturę 27 stopni Celsjusza opuściłabym do tej w Bałtyku. Żeby można było sobie schłodzić w wodzie jaki napój i nie tachać przenośnych lodówek.

Punktów miało być pięć i oto obie piątki:

Na purytańską, amerykańską plażę zabrałabym polskie gołe dupcie małych dzieci. Nie mówię o ekshibicjoniźmie, tylko o tym, żeby bez łamania niepisanych reguł można było na widoku dzieciakowi pieluszkę czy gatki zmienić i pośladki wywietrzyć. Żeby dupcia była dupcią, a nie, jak tu się straszy, potencjalnym obiektem pedofila. Żeby mogła sobie pobiegać w swej naturalnej odsłonie chociaż przez moment, nie wywołując zgorszenia.

Wreszcie na polskiej plaży poprosiłabym o amerykańskie niegapienie się na ludzia. Zaleciłabym zastosowanie zasady Keep your eyes to yourself - ślepia przy sobie. Wystąpiłabym z petycją o nie gałowanie na innych, szczególnie, że niektórym z nas społeczeństwo już dawno przylepiło etykietkę odbiegających od normy.

Zabrałabym ze sobą wszędzie poza Stany amerykański model tłumu: jesteśmy razem, ale uprzejmie osobno, w razie jakim ktoś pomoże, ale póki plażujemy, czujmy się swobodnie. Niechże nikt nikomu wzrokiem w paradę nie wchodzi. 

Patrzmy sobie za to do woli pod nogi. :-)




środa, 31 października 2012

W Halloween - W Wigilię Wszystkich Świętych





Usiadłabym na plaży

Spojrzała na życie z perspektywy muszelki

Pomyślała o tych
Które zniknęły z gwałtowną falą
Zgasły przysypane piaskiem
Skruszyły się pod ciężarem nie do zniesienia

Zamknęłabym oczy
Znalazła się tam
Gdzie są ci których nie ma






piątek, 26 października 2012

Idąc na żywioł...


Zaczęło się od tego, że powiedziałam Mężowi, że nie mam ochoty hucznie wyprawiać kolejnych urodzin Kozaka. Kozak jest aż nadto „hucznym” dzieckiem, a ja na stare lata potrzebuję trochę świętego spokoju. Dosyć zlotów dzieciarni, której nie znam, żeby po wysmarowaniu ścian tortem jeszcze mi tratowała trawnik, waląc kijem w piniatę. Albo w moje aktualnie pielęgnowane na tarasie rośliny.

Postawiłam sprawę krótko: powinniśmy pomyśleć o wyprawieniu urodzin „poza domem”, bo nie ręczę za siebie.

Tanie imprezy w parku, małpich gajach i tym podobnych od razu skreśliłam – to również za duży chaos. Tylko wynajem pomieszczenia (które i tak sami musielibyśmy udekorować i sprzątnąć) nie uśmiechał mi się za bardzo, bo wyszło na to, że „co lepsza” salka z atrakcjami wyniesie tyle, ile dwie doby hotelowe. I na to porównanie gęba zaśmiała mi się sama.
- Dwie doby hotelowe – poderwałam się z krzesła.
- Hotelowe? Ach, przecież! Hotelowe! – załapał Mąż.
I już wiedzieliśmy, co robić. 
Telefon w ruch, walizki - z szaf. Wyjechaliśmy z domu.

Nic, że chorzy, że w pośpiechu zapomnieliśmy połowy niezbędnych klamotów.
I nie szkodzi, że właśnie w kierunku Florydy ciągnął huragan Sandy. Dzięki niemu znalazł się wolny pokój.

Wyjechaliśmy i zatrzymaliśmy się w miejscu, którego tropikalna zawierucha nie dosięgnęła. Naprawdę głupi ma szczęście, bo dochodzą słuchy, że w naszym mieście tęgo wieje i leje, a tu dmucha na tyle, żeby nie sczeznąć na słońcu. I pomyśleć, że byliśmy tak zdesperowani długim siedzeniem w domu, że woleliśmy w czasie ewentualnego huraganu siedzieć zamknięci w hotelu...

Ponieważ zdecydowaliśmy poplażować sobie grupowo za pieniądze, co to ewentualnie w przyszłości mogliśmy wydać na imprezę dla Syna, następne urodziny Kozaka odbędą się kameralnie: w gronie rodziny i przyjaciół. I trudno - w żadnym lokalu.

Ale, Kochani, upiekę pyszny tort, a po jedzeniu wszyscy wytrzemy buzie i ręce w serwetki, strącanie piniaty nie zamieni się w rozróbę i Kozak będzie syty i Jego Matka cała.

I tak będzie dobrze,  bo słusznie „stare przysłowie pszczół mówi" „when mama ain’t happy, nobody’s happy”. (W niechlujnym tłumaczeniu: „matce źle, to wszystkim źle”.)