Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween w Stanach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Halloween w Stanach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Pocztówka pomiędzyokolicznościowa

Ślubował miłość i wierność wyćwiczoną na tę okazję polszczyzną. I wzajemnie. Nic nie było o stroju niegrzecznej pielęgniarki. Ale w październiku mrugał do mnie mąż zaczepnym okiem, co widziało tani strój halloweenowy w sklepie z artykułami wszytkiej świątecznej potrzeby: czepeczek 'jelęgniarski, miniówa, szpilki...
Popukałam się w czoło. Inni - proszę bardzo, niech robią, co chcą w Halloween. Nie będę wydawać kasiory na coś, w co nie wierzę. Mnie tam erbi.

Jak zaznaczono od niechcenia do kompletu był rozdekoltowany żakiecik.
- A czemuż to mam się przebierać, kiedy sam nigdy tego nie robisz? - pytam. - Założę kostium, jak ty założysz!

Latami pomyślnie spławiałam Lubego, a tu w miniony Halloween mąż wydrukował sobie na służbowej drukarce przebranie. 




Poobklejał taśmą pudło, wyciął dziury na oczy. Przesłał zdjęcie z komentarzem, że jest gotów na przyjęcie w pracy. Czy ja też jestem gotowa na dzisiejszą imprezę? Jaką imprezę? Ja idę na chór, on Kozaka kładzie spać. No. Także tego.

Luby się postarał, nie przemyślał jednak dowcipu do końca. Na przyjęciu będzie łykał ślinkę, pomyślałam. Gracze Minecrafta potwierdzą, że otworu na usta kostium nie przewiduje. Tyle że to już nie mój problem.

Zagadałam koleżankę, aspirującą do kariery fotografki. Aspirantka ma gadżetów do zdjęć galore. [Czytaj: galor z akcentem na "o" - mnogo.] Pożyczyła mi jeden z bajerów. Mimo że optycznie leżał jak ulał, dźgał. Głównie wątrobę i górne żebra. Ale czegóż nie robi się dla przechytrzenia faceta, któremu przyrzekało się uczciwość małżeńską?




Wraca mąż z pracy, wchodzi do kuchni, wychodzę mu naprzeciw. 
- Specjalnie dla ciebie. Proszę. Chciało się z niegrzeczną pielęgniarką...
Ach, te oczy nagle doszczętnie zgłupiałe! 
Lecz Luby trzyma fason. Nie przyzna się, że jest zaskoczony. 
- Czy wiesz, że rozciągasz swój ulubiony sweter?

OK. Możemy i tak.
Po kolacji, tutaj dinner, pojechałam na chór. Pierwszy raz próba przypadała w Halloween, więc uzgodniono, że przybywamy w przebraniach. A niech tam! Nie zdjęłam swojego.

Huczało od wejścia jeszcze zanim zaczęliśmy śpiewać. Poplątaliśmy się między ławkami, ostatecznie siadłam obok Seksownej Diablicy w Czerwonej Pelerynie. (Diablica nie dostała widać memo o tym, że kostiumy winny mieścić się w kategorii "przyzwoity", bo próba w kościele. Ale nie rzekłam nic głośno, bo we własnym oku, czy brzuchu, belka jak się patrzy.)

Próba skończyła się wkrótce po tym, jak się zaczęła. Nie dało się pracować w takiej przebieralni.
- Jak dzieci! Rozkojarzone, rozbzdykane... Wiecie co? Idźcie wy lepiej do domu! - Dyrygent machnął na nas ręką.

Diablica poderwała się pierwsza. Ledwo siedziała. Śpiewając Away in a Manger ("Daleko w stajence") mieliśmy sobie wyobrazić, że w zagięciu łokcia spoczywa malutki Jezusik i widać nie było jej to na rękę. Sama w sumie byłam za opuszczeniem lokalu, bo, jak maż, nie przemyślałam dowcipu. Subtratem emisji głosu jest porządny wdech, a dobrze napierało mi na płuca. Sapałam, produkując kolęda za kolędą półnutę za półnutą. Szybszych dźwięków matka nie miała.

Po wczorajszej próbie jak zwykle tłoczyliśmy się w przejściu, kiedy poczułam, że ciągną za łokieć.
- Fajnie, że już jesteś! Jak maleństwo? Chłopiec czy dziewczynka? Kiedy urodziłaś?
Uświadomione koleżanki tłumią śmiech.
- W Halloween - odpowiadam. - W samochodzie w drodze powrotnej z próby. Zaraz po wjeździe na autostradę.
Przerażenie.
- K. może potwierdzić. Siedziała obok, gdy prowadziłam.
Stuprocentowa zapaść w stupor.
- No coś ty! - Ktoś szturcha wystraszoną. - To był przecież sztuczny brzuch! Na Halloween się tak przebrała!
- Ja też dałam się nabrać -  dorzuca inna litościwa. - Siedziałam z tyłu i plułam sobie w brodę, że wcześniej nic nie zauważyłam.
- No! Ja też! Tylko kiedy Josh kazał się ścieśnić, skojarzyłam, że coś jest nie tak. Wszyscy wychodzą z ławek, żeby przejść do przodu, a ciężarna je przeskakuje?
Faktycznie. Nie chciało mi się obchodzić. (To i chyba normalne, że tego samego dnia "urodziłam".)

Ale przed nami czas komemoracji innego rozwiązania. Pierwsze koncerty bożonarodzeniowe już za trzy dni, więc przypuszczam na niedopieszczone pieśni zmasowany atak. Ćwiczę najczęściej w biegu, w samochodzie, słuchając specjalnie złożonego dla chórzystów kompaktu z piosenkami. Połowa w aranżacjach z zastrzeżonymi prawami autorskimi. Aby legalnie można było umieścić utwory na CD, dorzucono co ileś sekund krótki sygnał dźwiękowy. 

Włączam raz odtwarzacz. "Cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom bip! A u żłóbka Matka święta, czuwa sama uśbip!nięta..."

I stąd na koniec nieświadomy bon mot Kozaka, wypowiedziany przejętym głosem:
- Mama, nie wiedziałem, że w kolędach jest tyle brzydkich wyrazów!

No, cóż. Zonk and learn!

wtorek, 29 października 2013

Lekcja Czterdziestra Druga: Poprzedzona uwagami. (Wszystkie na temat ;-)

Zacznę od uwagi językoznawczej.

Po głębokich przemyśleniach doszłam do wniosku, że moje starsze dziecko nie jest dwujęzyczne a półtorajęzyczne, bo potrafi dobrze posługiwać się jednym językiem w mowie i w piśmie (język angielski), a drugim średnio (język polski), w dodatku wplątując język większościowy. 

Czyli L1 + L1/2 i bilans wychodzi na jeden język i pół. Dobrze liczę?

Po płytszych przemyśleniach wyznam też, że moja półtorajęzyczna Koza zamienia się coraz bardziej w coś, czego się boję, w nastolatkę.

Rok temu strój na Halloween miała gotowy miesiąc nazad. W tym roku od myślenia o przyszłości ważniejszy jest np. sen i leń - każdy w odpowiedniej dawce. W efekcie mamy co następuje: za dwa dni Halloween, Koza stroju nie ma. Aczkolwiek, winnam dodać ratując jej image, że tyle godności osobistej jeszcze posiada, iż nie pójdzie żebrać o cuksy bez przebrania. A są tacy! Co roku dzwonią mi do drzwi leserzy-bezkostiumowcy, psując innym zabawę. Lekce sobie ważą tradycję rozrywki Halloweenowej. I to w kraju, gdzie tak naprawdę bawić się nie potrafią.

Bo upraszczając, cofnę się w czasie. Do XVII-go wieku. Każę wyobrazić sobie wschodnie wybrzeże dzisiejszych Stanów Zjednoczonych i wytknę palcem przybyłych. Oto Purytanie. Straumatyzowani poróżą statkiem stają na nieznanym lądzie. Przyjechali w świętym celu: zgodnie z własną interpretacją Biblii będą tworzyć nowe królestwo Boga na ziemi. I - przy pomocy tubylców - zabierają się za przetrwanie.

I harowali jak dzikie osły, jedli byle co, obrastali robactwem, dziesiątkowały ich choroby... Kto miał czas i siłę się bawić? Przy świeczce czytano Pismo Święte - najważniejszą i często z wyboru jedyną książkę w ordynarnie ubogim purytańskim domu - a Ono nawoływało ciało do stania się świątynią Boga i nic nieczystego nie miało mieć w nim miejsca. I tak m.in. żaden rodzaj tańca w którym razem biorą udział mężczyźni i kobiety, ponieważ wspólne danse to skrót do nierządu.

Rzeczone podejście do zabawy trzymało się całkiem mocno całkiem długo. Jeszcze pod koniec XVIII-go wieku, w czasie drugiej fazy wielkiego przebudzenia religijnego, w kilkunastu natenczas Stanach Zjednoczonych można było przeczytać traktaty o szkodliwości tańca.  

Ale oprócz surowej pobożności napływowych Anglików, Holendrów, czy Niemców, na społeczeństwo amerykańskie zaczęli wywierać wpływ i inni: Irlandczycy, Szkoci, Francuzi (później by trzeba dolać do tej mikstury trochę czupurnej krwi Słowian, Włochów i Greków) i w pewnym momencie purytański model odrzucania wszelkich przyjemności zaczął gasnąć. Dziś taniec jest zakazany w Stanach tylko np. w niektórych kościołach baptystycznych.

Chciałoby się zwalić winę na pierwszych osadników za współczesne amerykańskie, takie sobie w porównaniu z polskimi imprezy. Ale nie wiem, czy wypada.

Piszę więc, co obserwuję. Że mimo poluzowania reguł, w przeciwieństwie do wielu innych krajów, w USA nie zakorzeniła się szeroko pojęta tradycja karanawału. I tak np. Sylwester nie oznacza otwarcia sezonu imprez tanecznych. Huczne Mardi Gras - dzień przed Środą Popielcową - obchodzi się w zasadzie na Południu i to głównie pochodami, a nie przytupem do muzy z głośnika. American party polega na staniu, jedzeniu i gadaniu. Natomiast tańczący Amerykanin na takim przyjęciu to podrygujący gość ze szklanką lub butelką piwa w dłoni na wprost podobnie wyginającej się gostki z pokrewnym procentowo drinkiem i tyle.

Przeciętny "tosto-zjadacz" tańczyć w parze nie potrafi, chociaż Hollywood może twierdzić inaczej. (Chwycenie partnera czy partnerki za krągłości się nie liczy!) Nie ma w Stanach w zwyczaju wprowadzać dzieci w arkana kroków i obrotów tanecznych poza zapisaniem dziewczynek na balet. Nie organizuje się szkolnych zabaw na parkiecie. Co więcej, nie organizuje się bali przebierańców i jedyną szansą stania się raz w roku kimś innym, kimś w przebraniu, jest 31-go października, w Halloween.
I Kozie nie chce się w nic przebrać? Ten raz w roku?

A może chce się, tylko ja mam o tym pomyśleć?

Moje podejście do czwartkowego święta od lat raczej się nie zmienia

Ciągle próbuję złożyć do kupy amerykańskie wychowanie dzieci (chucha się na nie i dmucha do przesady według zasady Safety 1st grunt to zapewnić bezpieczeństwo) z październikowym machnięciem na tę filozofię reką. Bo bez znaczenia wówczas się staje, czy dziecko potrafi rozróżnić rzeczywistość od fikcji. A można raczej założyć, że powiewająca z drzewa kostucha za rogiem nie jest dowcipna dla smyka z przedszkola i jeśli wyrządzi mu szkodę, to większą niż stłuczone kolano.

Jedni lubią się bać, inni nie. 
Jedni lubią się bać na mniejszą skalę (dekoracje w poziomie - gustowny mini-cmentarzyk na trawniku styka), a inni chcą zdobyć nagrodę osiedlową za najbardziej odstrachany dom w okolicy. Tak jak twórcy tego dzieła:




Co październik tak naprawdę boleję nad czym innym niż straszenie dzieci. Żal mi, że kontakt Amerykanina ze sprawami ostatecznymi zatrzymuje się na atrapie horroru. Że nie ma w tej materii równowagi: teraz zbiorowo świrujemy, potem przystanek alternatywny, Refleksja.

Bez tego zrównoważenia podejście do śmierci w kulturze amerykańskiej jest jak ichni taniec - podwójne zmaganie w pojedynkę, gdzie każdy sobie rzepkę skrobie i każdy z osobna pchły wytrząsa, że zacytuję swego dziadka.

Uważam, że są sprawy, w których w pozycji wyjściowej warto rękę podać.


***


Kiedy Koza trawiła „Magiczne drzewo” Andrzeja Maleszki, zgodziłam się, żeby czytała sobie pod nosem, ale od czasu do czasu sprawdzałam, czy rozumie. Np. zapytałam, czy wie, co to jest „upiór”.
Koza na to, że ubiór to ubranie.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie, kochanie, „upiór” przez „p” w środku.
- A, uPiór! To w zasadzie... stworzenie pierzaste... 


Najpierw pojawiły się w ciemnościach oczy - drobne płomyki, niewyraźne jak światła domostw w oddali, lecz pozbawione ciepła, bezlitośnie nieruchome.
Potem wokół wypalonych oczu wyostrzył się zarys głowy bez dolnej szczęki, a w postrzępionym płaszczu zadrgał surowy niepokój. 
Kątem oka dostrzegłam błysk i uniosły się nade mną sierpy szponów pod kapturami obwisłych rękawów.
Struchlałam, nie mogąc się ruszyć. Poczułam na sztywniejącym karku skraplający się lód.

Widmo zastygło.
I przemówiło:

- Ćwir?


***

W czytelnikach pojawiła się Polka z Monachium? Pozdrawiam :-) 

środa, 31 października 2012

W Halloween - W Wigilię Wszystkich Świętych





Usiadłabym na plaży

Spojrzała na życie z perspektywy muszelki

Pomyślała o tych
Które zniknęły z gwałtowną falą
Zgasły przysypane piaskiem
Skruszyły się pod ciężarem nie do zniesienia

Zamknęłabym oczy
Znalazła się tam
Gdzie są ci których nie ma






wtorek, 30 października 2012

Halloween 2012 - wcale nie do śmiechu


Obchodzenie świąt na długo zanim pojawią się w kalendarzu to amerykańska specjalność - od kilku tygodni trwa duchowe „łączenie się ze zmarłymi” i zmusza mnie do podejmowania nadzwyczajnych środków ostrożności.

Redukuję oglądanie telewizji. (Nawet niewinne logo supermarketu K-mart ocieka w reklamie krwią.)

Cenzuruję gazetę zanim Koza zacznie szukać w niej codziennych komiksów. (Szpalty roją się od fot szczerzących nieprzyjazne wampirze kły.)

Omijam bilbordy. (Z największego wyziera męska twarz w zaawansowanym stadium procesu gnilnego.)

Spacer z dziećmi odbywa się trasą okrężną. (Jedno boi się duchów, drugie kościotrupów i żadne nie lubi cmentarnych inscenizacji na trawnikach, a tych ciągle przybywa.) 

Oto coraz śmielszy straszący kalejdoskop rodem z sąsiedztwa:










































W obliczu tych dekoracji nie wiem, jak w Halloween’owy wieczór przypomnieć dzieciom, że na drugi dzień - polskim zwyczajem - zabieram je na prawdziwy cmentarz.


* * *

Zamknę wpis innym smutkiem.

W tym roku prawdziwym monstrum, które zawitało w czas na jutrzejszy Halloween, jest bez wątpienia huragan Sandy. Uderzył w samo serce kraju (Nowy Jork, New Jersey i okolice) i przyniósł zaskakującą mieszankę pogodową: zlewne wichury przekraczające 140 km/h, zrywne nawałnice, powodzie, pożary i śnieżyce. 

W trzynastu stanach w niskich temperaturach czeka na pomoc siedem milionów ludzi bez prądu. Kto wie, ile dni tak poczekają. Nie pytam, ile tygodni i miesięcy, zanim życie wróci do normy. Jak po każdej katastrofie, dla wielu ta norma może być już nieosiągalna. Huragany, które przeżyłam sama, nie wpłynęły nieodwracalnie na moje życie, ale wiem, jak bezradni są poważnie poszkodowani w takich katastrofach.

Liczba ofiar na szczęście w chwili obecnej jest niska - kilkanaście osób - i oby nie wzrosła tak jak na Karaibach (pisano o siedemdziesięciu).

Wiadomo, życie musi biec dalej. Jutro po południu dzieci jak zwykle ruszą „na cukierki” (i nie wypowiadam się o terenach dotkniętych przez huragan). A my, dorośli, możemy ruszyć na pomoc, np. wspierając organizacje humanitarne, bo w lawinie wiadomości nietrudno wyłapać kolejne zmartwienie: 

Jak zadłużony kraj wygrzebie się teraz z tych strat? 

niedziela, 21 października 2012

Za co "kochamy" Halloween - cz. 2


Mąż o przygotowaniach znajomego do Nocy Wszystkich Świętych czy – jak kto woli - Wigilii Wszystkich Świętych (Halloween):
- Kolega z pracy zamienia dom w straszny dwór...
- Który kolega?
Pada imię. Niech będzie, że Tom.
- Nie mów mi, że chcesz tam jechać z dziećmi!
- Ależ! To będą wyjątkowe dekoracje, żadna wersja light.
Czyli, dla niewtajemniczonych, nic z tych zwykłych ozdób, jakie mijam ostatnio na przechadzkach z Kozakiem:




- Tom chce zrobić dom strachów zupełnie nie dla maluchów.
A w gazecie właśnie pisali, że w tradycji amerykańskiej Halloween to święto naszych malusińskich. Wiedziałam, że gazety kłamią!
- Pójdziemy z dziećmi tylko do naszych znajomych. Nie martw się na zapas. Wiem, które domy omijać.
Znajomi sąsiedzi to takie łajzy w Halloween jak my. Nie dekorują domostw na grobowo. Nie otwierają drzwi w przebraniach mrożących nieletnią krew w żyłach.
- Przed domem Toma mają stać trumny – ciągnie Małżonek – a kiedy dzieciaki podejdą po cukierki, z trumien wyskoczą straszydła. Jeden z odrąbaną głową, drugi z zakrwawionym toporkiem...
Udaję, że nie wzruszają mnie te pomysły. Pytam o rzecz mniej istotną.
- Przepraszam, jakie straszydła?
- Prawdziwi ludzie, ale odpowiednio straszni...
- Niby kto?
- No, żona Toma i jego teściowa. 

niedziela, 30 września 2012

Old Stars


Koza – urobiwszy Ojca, rzecz jasna – ma już kostium na tegoroczny Halloween.

Sama Córa by nie wpadła na to, że trzeba naciągnąć rodzica na wydatek kostiumowy  „koniecznie już teraz, bo zbliża się wnet koniec października”, lecz uświadomiły to jej liczne reklamy sklepowe. (Przy okazji, proszę nie myśleć, że Halloween w Stanach to dzień, w którym liczy się własna kreatywność. Aby strój był należyty, musi pochodzić z półki sklepowej, a nie z domowych rupieci. Zasadniczo opcje są dwie: albo zakupić gotowe wdzianko wyposażone bogato we wszystkie konieczne akcesoria, albo iść w ciuchach „cywila” - bez przebierania. Samodzielnie uszyty strój nie może trącić amatorszczyzną i nawet jeśli potrafi się szyć, trzeba też umieć znaleźć odpowiednie dodatki, bo bez nich kostium jest niekompletny.)

W tym roku Pierworodna postanowiła pożebrać o słodycze w przebraniu królowej disco. Pokazuje mi białe, długie do połowy uda buty na obcasach i sukienkę mini o szerokich rękawach.

Ale ja jestem z tych, co to nie chcą uczyć dziecka pójścia na łatwiznę. Chce być Koza królową parkietu z lat siedemdziesiątych? Chce cudzych cukierków? To proszę bardzo: niech ćwiczy taniec disco, żeby nie było, że strój to atrapa.

A póki Córka słucha Bee Gees, dopracowując mylące się ruchy, to popatrzcie na ten polski żart muzyczny z 1970-go roku: Old Stars w utworze "Co jest"?