sobota, 12 października 2013

Lato puszcza?

Nie wiem, ale od trzech dni wieczory są bardzo przyjemne i zabrałam wczoraj po 19-tej Kozaka na spacer: błogi wietrzyk, ja, Kozak i przymusowy język polski. Przymusowy w zasadzie tylko w jednym miejscu w całym mieście, na kilka metrów przed przedszkolem, gdzie Syn ściska mi rękę i mówi mama, nie mów tu do mnie po polsku.

Skąd mu się to wzięło, skoro wokół każdy mówi, jak chce? Wychowawczyni rozmawia przy nas z częścią rodziców po hiszpańsku, sąsiadka z mojej ulicy do swojej córeczki zwraca się w jednym z narzeczy filipińskich, sąsiad uczy swoje dziecko podstaw niemieckiego, a angielski, w którym się obracamy, nie jest tylko amerykański. Jedna z babć w przedszkolnym holu wita nas pięknym Queen's English.

- Mama - zwraca się do mnie Kozak - a język jest przyczepiony do buzi.
- To prawda.
- Inaczej by wypadł. I wtedy nie można mówić.

Sęk w tym, że język polski za bardzo się u synka poluzował, kiedy mnie latem nie było w domu. I stąd ten spacer. Żeby z daleka od przedszkola, z daleka od taty i siostry wrzucić Syna na głęboką wodę i spróbować skorygować letnie naleciałości: dwa wieżedobry kolegi, odpowiedź nie są na pytanie czy są tam gdzieś....
Grunt, żeby maluch znów się osłuchał.

Idziem sobie, gawarim, słońce zaczyna zachodzić, Kozak znosi ździebełka, łodyżki. Na niektórych kwiecie.
- Tego nie sięgnę - pokazuje na nieznaną mi roślinę w szuwarach. - Możesz sobie go sama zerwać.
Zamiast zerwać, biegnę do domu po aparat i robię zdjęcie.




I oczywiście wylewnie dziękuję za chęć sprezentowania mi kwiatów ze stawu. Za bukiecik w dłoniach też.

Wracamy do domu. Ja zadowolona po dobrze spełnionym językowym obowiązku, bo nasłuchał się ode mnie Kozak polskiego, aż miło. I co na koniec do Syna powiedziałam, nie wiem, ale bez namysłu odparł z entuzjazmem:
- Ach, jak mnie ucieszyłEś! Jestem wzruszonA.

Ja też.
Aż mi opadają oba ręce.

9 komentarzy:

  1. Ty się nie czepiaj formy tylko pokaż mi w Polsce kozaczego rówieśnika, który potrafi nazwać po imieniu to uczucie- wzruszenie.
    No i jestem ucieszony, żeś post napisała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zbiłaś mnie z pantałyku. Kompletnie. Nie przyszło mi do głowy, że nazywanie przez czterolatka wzruszenia wzruszeniem to sukces sam w sobie.

      Usuń
  2. Pięknie nazwane uczucia, językiem matki!!! i w języku matki ;-) Cudo!
    Nad formą przyjdzie czas pracować...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :-) Dziękuję "piknie". Pracujemy, pracujemy...

      Usuń
  3. Przed chwilą gościłam u Matki Kwiatka, która opisuje jak to właśnie kończy się dwutygodniowa jesień na Islandii a zaczyna zima. Teraz Ty piszesz, że u Was lato sobie powoli odpuszcza. Niesamowicie różnorodny jest ten świat mam blogerek :-)

    RozbawionY jestem zawsze, gdy czytam jak Twoje dzieci migają się od nauki polskiego. Ale męcz je dalej! Kiedyś podziękują ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? A ja na blogu "asimarysi" czytałam o tym ostatnio, jak sobie dzieci z pierwszego śniegu fort zbudowały. Szok!

      Wyluzowana Matko, dzięki za budujące słowa. Podzięki się raczej nie spodziewam (chociaż, kto wie), ale mam nadzieję, że kiedyś chociaż zrozumie jeden z drugim, że nacisk na polski był po prostu złem koniecznym ;-)

      Usuń
  4. Cudownie, nie tylko opisuje uczucia, mówi po polsku, a jeszcze kwiatki przynosi. Przesłodki!

    OdpowiedzUsuń