Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palma. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą palma. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 maja 2013

O palmie, o której miało być później

Nazwałam blog „Kozą i Kozakiem pod palmą” i rozpisałam się o językowych wspinaczkach Córki, o „kozaczej sławie” Syna. Przeplatałam te relacje opisami Florydy, podpierałam zdjęciami, aczkolwiek palmowe liście ledwie kilka razy rozmazały się w tle cyfrowego zapisu.

Celowo na pierwszy plan palmy nie dawałam. Ani na zdjęciach, ani w zawiłościach słowotoku. 
Bo nie mogłam się zdecydować.

Jak osiołek Fredry, gdy mu w żłoby dano „w jeden owies, w drugi siano”, zastanawiałam się, co ugryźć wpierwej: rozpracować któreś z ponad dwóch tysięcy gatunków palm czy też może od razu górnolotnie porównać własną osobę do drzewa rzucającego na dzieci cień swej przeszłości, kultury, języka, a przez to raz chwalebnych, raz nieudolnych prób wypośrodkowania między byciem Polką a Amerykanką?

Miałam bujne plany opowiedzieć o tym, że za Jackiem Kaczmarskim życzyłam sobie kiedyś wychować dzieci na Kosmopolaków – na Polaków, którzy dobrze czują się w świecie nie rezygnując z polskości. (Przy czym Kaczmarski miał na myśli i tych rodaków, co nigdy żadnej części ciała poza ojczyznę nie wytknęli jak i nadwiślańskich obieżyświatów, a ja wyobrażałam sobie wyprowadzić na światowców czujących się Polakami nie do końca polskiego rodu dzieci i w dodatku zrodzone poza Polską.)

Utopijność mojego myślenia przysypał ostatecznie piaskiem huragan Sandy, kiedy siedziałam na wietrznej florydzkiej plaży zastanawiając się nad sensem przekazywania zamerykanizowanemu potomstwu słowiańskiej tożsamości.  

„Kosmopolskie” wychowanie Kozy i Kozaka nie uda się chociażby ze względów formalnych, lecz nie przeszkadza mi to gdzieś głęboko między wątrobą a wcięciem mostka czuć się Polką. Nadal „brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi, niż Szekspir i Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić”.

W przeciwieństwie do cytowanego powyżej Tuwima umiałabym chyba wytłumaczyć przywiązanie do języka czy kraju w którym wyrosłam, ale chciałam dziś ugryźć temat od innej strony.

Palma, nawet gdy rosła, strzelista, w gronie kilku podobnych sobie lub wpięta w „pakiet” innych roślin, co na nią zerknę zachowuje narzucony jej przez naturę odstęp od reszty. Nie dano jej porządnie się zbratać i przytulić. Niby w grupie raźniej, a coś każe stronić od towarzystwa w którym się znajdzie. Żadne „kępą, mości panowie” nie wchodzi tu w grę.




Obawiam się, że nawet, gdy bardzo się staram, wyglądam jak ta palma powyżej - jakbym nie pasowała do całości. 

Do tego nierozgałęziona kłodzina nie ma czym innych pni „uchwycić”. I nie widać na zdjęciu, ale pod ziemią sytuacja ma się podobnie. Nie ma w co się zagłębiać, bo palmy mają płytki system korzeniowy.

Szkopuł w tym, że to w palmie-odludku tkwi imperatyw przeżycia największych huraganów. Jak żadne inne to drzewo posiada zdolność porzucenia wszystkich swych gałęzi, żeby w czasie sztormu wygiąć się prawie do ziemi i nie złamać.

Oto korona palmie z głowy spada, po wietrzysku zdarzy się, że drzewo leży jak kłoda, a ma siłę ponownie zacumować się w piasku i z czasem unieść nad sobą fontanny nowych liści. 

I o tym chciałam dzisiaj napisać: że na horyzoncie co chwila zawierucha, a ja, „po palmowemu” chciałabym być silna jak dąb.

Chciałabym umieć od nowa zapuszczać korzenie.