Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clinton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Clinton. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 listopada 2016

Zrozumieć Amerykę. Ogórkowa sprawiedliwość.

Idaho, Montana, Północna Dakota, Południowa Dakota, Minnesota, Wisconsin, Iowa, Nebraska, Wyoming, Utah, Nevada, Kansas, Oklahoma, Nowy Meksyk, Missisipi, Alabama, Alaska... 
Niech się fajta towarzycho! 
I ta ich pszenica, jęczmień, ziemniaki, kukurydza, soja, gorzka żurawina, marchewka, pekany, zielone liściaste warzywa, czereśnie, syrop klonowy i fasole. I bawełna. I łososie.

Lecę po łebkach, z pamięci, i widać, że zastanawiam się, czy nie wrzucić czegoś na ząb, poza bawełną, naturalnie, ale jedno wiem na pewno. Dla powyższych stanów Kolegium Elektorskie, o jakie wciąż toczy się dyskusja, ma jednak sens.

Wystarczy spojrzeć na mapkę sprzed kilku lat. Kolor biały oznacza od 0 do 12 mieszkańców na milę kwadratową. Kolor czarno-granatowy - od 157 mieszkańców aż do 69 tysięcy mieszkańców na milę kwadratową.




             
         Mapa zapożyczona z http://www.inmate-locator.us/united/united-states-population-map-2013


W USA mieszka 300 milionów ludzi, lecz gęstość zaludnienia jest nierównomierna. Stąd pisałam dwa posty wstecz o tym, że większość stanów nie życzyłaby sobie, aby koalicja najbardziej zaludnionych obszarów (Kalifornia, Nowy Jork, Floryda, Teksas, Illinois, Pensylwania, Ohio, Georgia, New Jersey itp.), albo i po prostu wielkich miast, co cztery lata, raz za razem, przegłosowywała losy reszty kraju.

Logiczne, że najwięcej głosów w wyborach bezpośrednich zbierze się tam, gdzie najwięcej ludzi. Tak jest np. w Europie. Ale Europa dla tworzących prawo Stanów w XVIII wieku nie była wzorcem. Z premedytacją i przepisowo odcięto się od jej systemów władzy i wymyślono swój własny. Ten z elektoratem.

Ilość głosów elektorskich różni się w zależności od stanu, bo jest sumą dwóch grup. Zakładamy przy tym, że grupa może być dwuosobowa. Pomijając w takim razie wyjątki, pierwsza jest mała i stała - dwie osoby właśnie. Tyle, ile każdy stan posiada senatorów. Natomiast wielkość drugiej może się zmienić po spisie powszechnym. W tej grupie bowiem jest tyle osób, ile dany stan ma reprezentantów w Kongresie, a ich liczba jest proporcjonalna do populacji stanu. Nie można więc mówić, że to system niesprawiedliwy. Zachowuje proporcje. Kalifornia, najgęściej zaludniona, ma 55 głosów elektorskich: dwóch (odzwierciedlenie liczby senatorów) plus 53 (odpowiednik kalifornijskiego przedstawicielstwa w Izbie Reprezentantów). Idaho ma 2 plus 2, czyli 4. Nowy Jork razem ma 29, Kansas 3.

Zsumować wszystkie głosy elektorskie, wychodzi 538. Żeby kandydat wygrał wybory, musi zdobyć 270. Tak ma działać system pośredni.
Zsumować wszystkie głosy oddane na jednego kandydata w całym kraju i tak by wyglądał system bezpośredni? Teoretycznie, bo w praktyce tego typu stwierdzenie odstaje od rzeczywistości. A już na pewno we współczesnych wyborach w USA.

Gdyby kandydat A i kandydat B wiedzieli, że będą się ścigać w walce bezpośredniej, już na dzień dobry przyjęliby inne strategie. Inaczej wydawaliby pieniądze na własną reklamę. Inne wykrzykiwaliby hasła wybiórcze... tj. wyborcze. I w innych miejscach. Heck! prawie całkowicie olaliby konieczną objazdówkę przedwyborczą. Miejsca nadmienione w pierwszym akapicie... tak nam przykro, naprawdę, super sorry, ale Panie i Panowie, rzeczywiście screw you!  Rozpisując się cenzuralniej: nie robicie nam różnicy i możecie nam ewentualnie naskoczyć.

Kandydaci zakotwiczyliby swoje kampanie tam, gdzie gęsto od ciemnego koloru na mapie powyżej. Co więcej, skupiliby się tylko na tych czarno-granatowych punktach, skąd mieliby sygnały o małym poparciu. W tych strefach właśnie przekonywaliby do siebie never-Trumpów czy never-Hillarych. Trump, którego noga w czasie kampanii nie postała w zdecydowanie sprzyjającej demokratom Kalifornii, musiałby głównie tam agitować wyborców. (I czemu nie? Zjedliby go tam zrazu żywcem i byłoby po ptokach.) A wyobrażacie sobie Clinton w Teksasie? (Może dobrze, że pojawiła się tam tylko online i w reklamach telewizyjno-radiowych. Byłaby cały czas na muszce. Jeden fałszywy ruch...)

Inaczej też wyglądałoby objeżdżanie stanów niezdecydowanych, kogo poprzeć.

A wyborcy? Jak oni by się zachowali, wiedząc, że głosują na prezydenta w wyborach bezpośrednich?

Poza tym media oddały Clinton zwycięstwo na dłuuuuugo przed wyborami. Newsweek wydrukował i - wysłał! - do swych dystrybutorów przepiękny numer specjalny z Hillary Clinton na okładce. Clinton uśmiecha się z niej jako zwyciężczyni jeszcze przed 8-mym listopada. Które sondaże, jakie kanały informacyjne mówiły o Trumpie jako potencjalnym wygranym? Pewnie był ktoś z Fox News, musiał być gdzieś jakiś Lone Ranger, nawet by wypadało, ale został udatnie stratowany przez masowy pęd mejnstrimu.

Skoro rezultaty były znane oraz pewne przed oficjalnym dniem wyborów, czy zdziwiłaby uwaga, że część obywateli machnęła na nie ręką? Machalscy to minimum dwie rodziny: niewierzący, że ich kandydat ma jeszcze jakieś szanse i ufający, że mają korzystny wynik w kieszeni. Chociażby ze względu na te grupy unikałabym argumentu, że ludzie jasno się wypowiedzieli, skoro część, systematycznie wprowadzana w błąd, odpowiedziała milczeniem.

Nie można mówić o wynikach wyborów z pominięciem przepisów w jakich miały miejsce. Twierdzenie, że lud chciał kandydata A czy B na prezydenta, bo tak wynika z podliczonych wszystkich głosów bezpośrednich w kraju, to jak podać ogórkową z ziemniakami bez przecieru, czyli zatrzymać się przed jedną z ostatnich instrukcji w recepturze. Nie jest to pełna ocena sytuacji. Fakt, w garze pływa włoszczyzna, skrojone ziemniaki, woda, sól. I co z tego? Wystarczy, że pominiemy końcowy składnik - ogórki naciągnięte kiszonką - i jakżesz nagle inny wynik. Zamiast ogórkowej - kartoflanka. Czy w smak czy nie w smak, inna rzecz.

Przepis na te wybory był następujący: w pierwszym etapie przeprowadza się 51 osobnych głosowań (50 stanów oraz dystrykt federalny - Waszyngton D. C.), potem podlicza się, co w tym rodzaju wyborów wiążące - głosy elektorskie. W grudniu nastąpi ostatni etap, formalność. Elektorzy pojadą do swoich stolic stanowych i stamtąd, bez fanfar, prześlą wyniki do Waszyngtonu D. C.

Póki co, sprawdzam wiadomości na lewo i prawo. Czytam, że całkowita przewaga głosów "bezpośrednich" Hillary Clinton, tzw. popular vote, to obecnie około 750 tysięcy (na 130 milionów głosujących) i pochodzi w przytłaczającej ilości z Kalifornii i Nowego Jorku, dwóch ostoi demokratów. Bez większych niespodzianek Clinton zdobyła je fair and square w punktacji elektoralnej. Oczywiście, gdyby się okazało, że głosy pochodziły ze stanów głosujących na Trumpa (czy też po prostu na republikanów), np. z Idaho, Montany, Północnej Dakoty, Południowej Dakoty, Minnesoty, Wisconsin... - oszczędzę wymieniania od początku - to wtedy mamy o wiele szersze pole do dyskusji.

Fajnie, gdyby dojrzałej. Bez rozbijania szyb, opuszczania zajęć, dogoterapii wśród zrozpaczonej młodzieży akademickiej... (Mała sugestia - zostawmy czworonogi chorym w szpitalach i hospicjach.) Może dyskusja zrodziłaby pomysł na referendum? Kto wie?

Niedoszła Madam President powtarzała, że every vote counts. Zgadzam się. Liczy się każdy głos. Ale nie ten z ulicy, tylko zaznaczony na kartce do głosowania. I ustalmy, że nie bezpośredniego, bo takiego w Stanach nie przeprowadzano ani razu odkąd ten kraj powstał. 

niedziela, 13 listopada 2016

Zrozumieć Amerykę. I nierozbity szklany sufit.

Że Trump startował z ramienia partii republikańskiej, w żadnym wypadku nie oznacza, iż jest jej oddanym członkiem. Był nim oficjalnie w latach 90. Potem na dwa lata przeszedł do Reform Party (b. małe ugrupowanie), od 2001 do 2008 był demokratą, po czym w 2009 znów odnalazł drogę do republikanów. Człowiek nie krowa, poglądy przemiele, przetrawi. Nie czepiam się. Ale chociaż Prezydent Elekt nie jest hardcorowym republikaninem, na pewno jest rasowym szowinistą.

Z beznadziejnych komentarzy o kobietach przytoczę jeden, z 2005 roku, kiedy Trump chwalił się, jak się za nie zabierać. Otóż należy być gwiazdą i po prostu całować bez przyzwolenia lub sięgać łapą kobiecie w krocze. Potwierdziło to zachowanie kilka pań.

Ordynarne i prostackie, to say the least. Ktoś zaprzeczy?

Mimo tego tylko część kobiet poparła Hillary Clinton. Dlaczego?
Bo tego rodzaju szowinizm to dziś w Stanach seksizm w wersji light. Z przykrością stwierdzam, że nie każdą głosującą równo szokuje.

Znieczulenia dostarczył m.in. Bill Clinton. Nie słyszałam o przypadkowych nagraniach, na których chwaliłby się, jak ujarzmić laskę. Celowo zaś wystąpił przed kamerami i zapewniał naród, że absolutnie nie miał stosunków seksualnych z Monicą Lewinsky, żeby potem nas i trybunał przepraszać za kłamstwo pod przysięgą. (Dla przypomnienia - prezydent wyjawił, że uprawiał w pracy z młodą stażystką seks oralny.)

Żeby nie było, że nie znam się na życiu - nigdzie nie jest powiedziane, że nie będzie trudności w małżeństwie. Lewinsky może odeszłaby w zapomnienie. Okazało się jednak, że kryzysów było więcej i to jeszcze kiedy Bill Clinton był gubernatorem stanu Arkansas. Prezydent przyznał oficjalnie, że miał romans również z niejaką panią Gennifer Flowers. Znajomość miała trwać 12 lat. To samo twierdziły także cztery inne kobiety - że miały krótsze lub dłuższe romanse z Billem Clintonem.

To jeszcze raz, żeby nie było, że nie znam się na życiu - nie tylko Włosi są kochliwi. Tylko, że nie chce się już kiwać głową ze zrozumieniem, kiedy sobie przypomnieć, że w sprawie bliskich kontaktów z Clintonem zgłosiły się przynajmniej trzy dodatkowe kobiety. Te zaś donosiły o atencjach, na jakie nie miały ochoty. Jedna mówiła o całowaniu bez przyzwolenia, druga o zdjęciu przed nią spodni i werbalnej zachęty do seksu, a ostatnia o gwałcie.

Czy tu pasuje ordynarne i prostackie? Przynajmniej w tym ostatnim to understatement. Bynajmniej.  

Poza Flowers (nie pamiętam, jakiego miała haka, że prezydent potwierdził tę znajomość) i poza Lewinsky, pozostałe sprawy skutecznie zamieciono pod dywan i Clinton nie stracił ostatecznie prezydentury. Reszta pań nie była tak sentymentalna jak Monica i np. nie zachowały sukienek ze spermą prezydenta. Nie przechowywały w pamiątkach jego DNA, żeby prokurator mógł później użyć odzieży jako dowodu, że mówią prawdę.

Hillary Clinton to nie Bill Clinton. Nie ona była gwiazdą z charyzmą i wpływami. Nie ona potraktowała te panie przedmiotowo. Ona potraktowała je inaczej. Pokazała, że kobieta kobiecie potrafi być wilkiem. Oskarżające prezydenta o molestowanie pogoniła w cztery wiatry sama ona, czym strzeliła sobie w kolano. W czasie swej drugiej kampanii wyborczej powiedziała, że skargi kobiet o napastowanie seksualne i gwałt powinny być traktowane poważnie.

Do wyborów poszły nie tylko millenials. Poszły też dobrze starsze wiekiem kobiety, które pamiętają afery sprzed nastu lat. Dla tych wyborczyń jedynym wytłumaczeniem trwania przy mężu, który kilkakrotnie zdradził żonę dla sportu, krzywdząc inne kobiety jest proste: kariera polityczna. Tym bardziej, że Hillary mówiła o sobie: "I don't have the political skills of my husband". Jeśli ona nie wierzyła, że potrafi zdziałać w polityce tyle, co mąż i potrzebowała faceta, żeby się wybić, to nie mogła liczyć na to, że zdobędzie głosy przytłaczającej większości kobiet.

Jak się okazało, niektóre wolały głosować policy over personality. I o tym powinna być dyskusja. O to, jaki rodzaj polityki kto widzi dla kraju lepszy, bo jakość ostatecznych kandydatów, wystawionych przez partie dominujące do najwyższego stanowiska, pozostawiała zbyt wiele do życzenia. Natomiast opowiedzenie się za kobietą przede wszystkim dlatego, że jest osobnikiem tej samej płci... czy czasami nie byłby to inny rodzaj seksizmu?

Amerykańskie wyborczynie od dawna czekają na silną kobietę w roli głowy państwa. Najchętniej widziałyby kandydatkę, z którą nie trzeba identyfikować się na siłę. Nieuciszającą po drodze pokrzywdzonych przez jej męża, dopraszających się wysłuchania.

Co mam więc powiedzieć nastoletniej córce o roli kobiet w Stanach?

Że mimo wszystko mają jeszcze coś do powiedzenia.
Jak wyniki wyborów pokazały, dziś przynajmniej pomówienia o gwałt faktycznie traktuje się serio. To nie lata 90. 
I że, owszem, była ostatnio jedna łebska babka na radarze, ale przegrała walkę o Biały Dom.
Przegrała, bo inna okazała się łebściejsza.

Traf chciał, że tą kobietą jest osoba, jakiej w sierpniu powierzono poprowadzenie kampanii wyborczej. Tyle że Trumpa.

Pora na lekcję pokory. 


piątek, 11 listopada 2016

Zrozumieć Amerykę. Albo chociaż jej proces wyborczy.

Ale najpierw o przeprowadzce w USA. Dla przykładu z Cincinnati do Miami. Uważam, że ma swoje plusy. Oczywiste to te, że zimą pod spodniami salcefixów nosić nie trzeba i że nie płacisz podatku stanowego. (Dla jeszcze niewtajemniczonych: od nabijania stanowej kabzy na Florydzie są turyści, więc dlatego nie lubimy huraganów, bo odstraszają nam ważnych płatników podatków.) Lecz przeprowadzka to również trauma, głównie dla portfela, więc po tanie duperele do mieszkania zahaczysz o Walmart, królową supermarketów. Naprawdę nie ma co po innych sklepach latać. Nieoficjalne przysłowie os mówi, że jeśli czegoś nie ma w Walmarcie, to znaczy, że tego nie potrzebujesz.

W molochu jest i żarło, ale większość Amerykanów woli jedzenie z sieciówek desygnowanych głównie do celów sprzedaży produktów spożywczych. Na Florydzie nie ma tej samej sieci spożywczaków, co w Ohio. Kroger, nomen omen rodem z Cincinnati, nie sięga tak daleko na południe. W tej części kraju rządzi sieć Publixa. A to dla nowo przybyłego oznacza, że musi się pożegnać z szybkim wejść i wyjść. Trzeba cierpliwie i długo tworzyć nowe przyzwyczajenia, ucząc się nie tylko, gdzie co leży w nowym sklepie. Należy się także rozeznać jakiego sortu to asortyment. Bo ile można przepłacać za ogólnokrajowe, rozpoznawalne marki?

To, w którym stanie mieszkam, wiele przesądza, więc dobrze wiedzieć, ruszając z Cincinnati do rzeczonego Miami, czy będzie się płacić stanowy podatek VAT (General Sales Tax) i jakiej wysokości? (Jest o połóweczkę procenta niższy niż w Ohio: 6.65%.)
Żeby zrozumieć lokalne media, lepiej się dokształcić przed zmianą zamieszkania. Nie, że planuję zaraz łamać prawo, ale np. nie szkodzi wiedzieć, ile procent wyroku trzeba odsiedzieć na Florydzie, zanim ewentualnie wypuszczą. (Odpowiedź brzmi tyle samo, co w Ohio, 85%.)
Do którego tygodnia wolno na Florydzie usunąć ciążę? Do 24-go tygodnia. Czyli jest inaczej niż w Ohio, nie do płynnego momentu, gdy płód stanie się zdolnym do samodzielnego życia.
A propos dzisiejszego Dnia Weterana, pytanie w temacie, czy żołnierz czynnej służby wojskowej tudzież rezerwista może liczyć na ulgi ustawowe?
Może! W stu procentach! (W Ohio do 50%)
A czy wolno tutaj słać SMS-y zza kierownicy?
Nie. Panuje tu taki sam zakaz jak w Ohio.
A ile na Florydzie elektorów?
O tym za chwilę.

Ustalmy, że stan stanowi nierówny. Sąsiedni może mieć inne priorytety niż mój. Nie wypada, mieszkając w Południowej Karolinie, twierdzić, że wiem na pewno, co martwi Johna Doe w Wisconsin, a co rajcuje Jane Roe w Arizonie.

Ale zanim zaczęłam poznawać tej kraj, faktycznie myślałam o nim jak o jednolitej plamie na mapie. Poza urokami turystycznymi, między jednym miejscem a drugim widziałam tyle samo różnicy, co Amerykanin między "ć" i "ci". Czyli żadnej.

Dopiero przeprowadzki ze stanu do stanu skorygowały moje myślenie. Dziś wiem, że każdy z nich jest w praktyce samowładny i nie przez przypadek. Z tym zamysłem powstało państwo związkowe o nazwie Stany Zjednoczone a nie, "Ameryka", kraj o nazwie niewskazującej na odrębność i podział terytorialny. Naciągając analogię, bliższe mi dziś USA jako "Unia Europejska", gdzie większość mówi tym samym językiem.

Każde terytorium, poza prawem federalnym, ma własne regulacje, powielane w innych stanach, gdy sprawdzone. I owszem, niestety, ta różnorodność potrafi być niezrozumiała i upierdliwa. Wracając bowiem do przykładu przeprowadzki, aby prawnik czy nauczyciel wykształcony w Ohio mógł pracować w na Florydzie, musi zdobyć licencję lub certyfikat tutejszego stanu. Dopóki tego nie zrobi, jest wśród palm zawodowym emigrantem.

Stany z założenia miały być unią osobnych terytoriów, nie monolitem. Dlatego tak silne tu przekonanie, że "mój jest ten kawałek podłogi" i o wolności wszelkiego pokroju mówi się, kłóci i śpiewa. Ponieważ w ostatnich miesiącach dużo było gadaniny i wrzasków, omówię śpiew, bo to moje hobby. Można? Popularne piosenki patriotyczne liczy się tu w dziesiątkach i utwory te rozbrzmiewają i poza Stanami. Wade in the Water poznałam jeszcze jako członek chóru akademickiego w Polsce. Dziś w amerykańskich podstawówkach śpiewano The Lights of Freedom z okazji Dnia Weterana zaproszonym na fetę gościom. I nie wymienię powodów, dla których wzruszam się przy Born in the USA i Change Is Gonna Come. I Freedom! '90. Ostatnie to dzieło George'a Michaela. Wiem. Na inny temat. Ale zostawiam. Ma wolnościowy tytuł, a dziś przecież 11 listopada. Nie zapomniałam.

Aby każdy stan mógł zachować autonomię, ojcowie założyciele kraju postanowili, że wybory na prezydenta będą miały charakter pośredni. Ten system utrzymał się do dziś, bo i dziś większości nie uśmiecha się sytuacja, gdzie o prezydencie 50 stanów miałyby decydować w głosowaniu bezpośrednim najbardziej zaludnione: Kalifornia z prawie trzydziestoma dziewięcioma milionami, Teksas, Nowy Jork, Floryda, Pensylwania, Illinois itp.
Każdy stan głosuje osobno, aby miał możliwość obrony własnych interesów. Bo problemy bogatej Kalifornii są zupełnie inne niż wiele gorzej sytuowanej Alabamy.

System pośredni to taki, że na kandydata, jaki w danym stanie wyprzedzi pozostałych w listopadowym głosowaniu powszechnym (popular vote), czeka automatyczna nagroda. Są to wszystkie głosy elektorskie przypisane temu stanowi (electoral vote). Elektorzy, na Florydzie jest ich 29, to lokalni działacze społeczno-polityczni. Dziś powoływani przez partie polityczne na kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi. Partia, jaka swoich elektorów wystawia, liczy na to, że nie dadzą plamy. Że będą głosować w grudniu na tego kandydata, który w ich stanie wygra w listopadzie. A jeśli nie? Do tej pory taka wpadka zdarzyła się pięć razy. Ale nigdy do tego stopnia, żeby brak subordynacji miał realny wpływ na efekt końcowy.

Jeśli przyjąć, że każdy stan do pewnego stopnia jest państwem w państwie, dopiero wtedy zaczyna się rozumieć ten system wyborczy. I dlaczego, wrzucając dane z popular vote do jednego worka, gdy dodane razem, mogą nieznacznie odstawać od głosów Kolegium Elektorów.

Hillary Clinton ma te zasady w małym palcu, bo zajmuje się polityką od lat 70. I czego by o niej nie powiedzieć, a nie ma co ukrywać, trochę by się znalazło, to nie można jej zarzucić, że nie rozumie, jak działa amerykański system wyborczy. Właśnie dlatego spokojnie zeszła z placu broni i nie maszeruje z protestującymi po ulicach. Chodzą natomiast słuchy, że jej córka, Chelsea Clinton być może wystartuje do Kongresu.

Póki co, skupmy się jednak na teraźniejszości i niech mnie piorun trzaśnie, jeśli kłamię. Mój siedmiolatek, Kozak, spokojnie bawi się obok klockami lego.
- Co budujesz - pytam z grzeczności.
- Trump's wall...
- Co???
Kozak podnosi głowę. Zaglądam za pomeckane szkła okularów. Nie wiem, czy wie, co mówi.
- Kto ci opowiadał o murze Trumpa? Co ci przyszło do głowy?
- To taka zabawa - odpowiada syn. - Bawiliśmy się w nią na dużej przerwie.
- Zabawa??
- Udawaliśmy, że mamy mur. Dotąd. - Ramię uniosło się na trzy stopy nad podłogą. - I byliśmy Meksykanami. Śpiewaliśmy sobie The Lights of Freedom i go sobie przeskakiwaliśmy. Wiesz, jak było fajnie? It was... Było... - Szuka przymiotnika. - Legendary!

sobota, 22 października 2016

Lekcja Pięćdziesiąta Trzecia: Poprawka na dolegliwość polityczną

Natchnął ją obrazek z książki do ortografii.
- Hełm? - pyta Koza wątpiąco, wskazując na czubek litery „h”.
- A nie?
- Narysowany jest kask.
Poszłam po okulary. Sprawdzam. Faktycznie - kask.


                źródło: Ortografia. Komiksy, ćwiczenia, zadania. Ewa Owsińska-Miedzińska.


- Podmienili w zapisie na hełm - tłumaczę - żeby użyć więcej wyrazów z samo ha. Nie ma w polskim dużo potocznych słów na tę literę. Wybrali chyba wszystkie pasujące do historyjki dla dzieci: hałas, hamulec, huśtawka...
- Mogli dodać hamburger - przerywa mi Koza.
- Czy ja wiem...
- Albo hot dog. Sama słyszałam te wyrazy w Polsce.
- Fast foody raczej za dobrze się nie kojarzą.
- Hip Hop!
Krzywię się jeszcze bardziej.
- Hashtag!
- Hulajnoga i hashtag? No, mogło by być całkiem ciekawie.
- Hillary? Happy end? Heroina?
A właśnie, że nie. Floryda będzie głosować nad legalizacją medycznej marihuany. Oczywiście chcę. Jest ponoć świetna na depresję. A ta ma wiele twarzy, skaczących sobie do oczu, poczynając od szacownych państwa poniżej.


                                                            zdjęcie stąd

wtorek, 18 października 2016

Poradnik domowy na nadchodzące wybory prezydenckie

Putin woli Trumpa, Włosi Clinton. Papież Franciszek zaleca amerykańskim katolikom modlitwę i rozeznanie zanim pójdą do urn. Pardon, zanim pójdą głosować. Bieżę wyjaśnić tym, co lubią szczegóły, że urn w Stanach się nie używa, korzysta się z maszyn liczących głosy. Przynajmniej w moim hrabstwie najprawdopodobniej i tym razem skaner wciągnie wypełnione karty.

Ale do rzeczy. Każdy wie, co dla mnie najlepsze, Amerykanin czy nie. Natomiast ja, jak pisałam wczoraj, chcę mieć na uwadze dobro mojej rodziny, a nie cudze upodobania. Przeprowadziłam zatem domowy sondaż pojedynczym pytaniem: na kogo byś zagłosował/zagłosowała w nadchodzących wyborach?

Przerwałam Lubemu Mężowi służbową telekonferencję. Drgnął i spojrzał na mnie, że powiało lodem.
- Jeśli zamierzasz oglądać jutrzejszą debatę prezydencką, to wracam z pracy okrężną drogą!

Przerwałam Kozie popołudniową drzemkę i córka słodko odrzekła, że oddałaby głos na tego pana od zwierząt, któremu nie udało się dotąd zrobić kariery w polityce.
- Weterynarz? - Zawstydziłam się przy okazji, bo nie skumałam, o kogo chodzi.
- Nie, mówię o gościu z poprzednich wyborów.
Aha! Czyli musiałabym go osobiście wpisać na listę.
- Ale który to był?
- Ten, co obiecywał, że jako prezydent sprezentuje każdemu kucyka.
Gdyby kto pytał, do tej pory nie kupiłam Kozie ani żółwia, ani dudka. Ani wymarzonego, miniaturowego prosiaczka.
- Co prawda wolałabym jednorożca, ale kucyk też może być. - Koza zakryła głowę kocem i dyskretnie wskazała palcem drzwi.

Zapytałam o zdanie Kozaka. Mówię mu, że nie wiem, na kogo głosować i on jeden potraktował mnie poważnie. Nie przestraszył za ojcem, nie zbył obrazem Vermina Supreme'a.
- Mamo, nie martw się - odparł mój syn. - Zrób to, co ja na sprawdzianie z matmy. Uczciwie wybierz odpowiedź jak leci. To najlepszy sposób.

O tym sprawdzianie rozmawiałam dziś z wychowawczynią na indywidualnej wywiadówce o siódmej pięćdziesiąt, kiedy jeszcze ranne ptaszki świergoliły. Lepiej do tego nie wracajmy.

Moja puenta jest następująca: nadal, jako ten co czwarty, młody, ankietowany Amerykanin pytany o zdanie, nie widzę w Białym Domu ani Trumpa, ani Clinton. Wolałabym za opiniami badanych z Reutera, żeby prędzej pierdyknął w Ziemię gigantyczny meteor.