niedziela, 21 października 2012

Za co "kochamy" Halloween - cz. 2


Mąż o przygotowaniach znajomego do Nocy Wszystkich Świętych czy – jak kto woli - Wigilii Wszystkich Świętych (Halloween):
- Kolega z pracy zamienia dom w straszny dwór...
- Który kolega?
Pada imię. Niech będzie, że Tom.
- Nie mów mi, że chcesz tam jechać z dziećmi!
- Ależ! To będą wyjątkowe dekoracje, żadna wersja light.
Czyli, dla niewtajemniczonych, nic z tych zwykłych ozdób, jakie mijam ostatnio na przechadzkach z Kozakiem:




- Tom chce zrobić dom strachów zupełnie nie dla maluchów.
A w gazecie właśnie pisali, że w tradycji amerykańskiej Halloween to święto naszych malusińskich. Wiedziałam, że gazety kłamią!
- Pójdziemy z dziećmi tylko do naszych znajomych. Nie martw się na zapas. Wiem, które domy omijać.
Znajomi sąsiedzi to takie łajzy w Halloween jak my. Nie dekorują domostw na grobowo. Nie otwierają drzwi w przebraniach mrożących nieletnią krew w żyłach.
- Przed domem Toma mają stać trumny – ciągnie Małżonek – a kiedy dzieciaki podejdą po cukierki, z trumien wyskoczą straszydła. Jeden z odrąbaną głową, drugi z zakrwawionym toporkiem...
Udaję, że nie wzruszają mnie te pomysły. Pytam o rzecz mniej istotną.
- Przepraszam, jakie straszydła?
- Prawdziwi ludzie, ale odpowiednio straszni...
- Niby kto?
- No, żona Toma i jego teściowa. 

sobota, 20 października 2012

W pierwszy prawdziwie chłodny ranek


Postanowiłam odratować lekko schnącą ogrodniczą zdobycz.

Nie pisałam wcześniej, ale sadzonki petunii, co je wspomniałam niedawno, dostałam prawie za darmo. Rośliny przeceniono z kilku dolarów na dwadzieścia pięć centów za sztukę, bo ich dni – dni jednorocznych kwiatów - są właściwie policzone. Kwiaty przeżyją do... hm... do końca grudnia?

Pokwitną krótko, ale doszłam do wniosku, że po bezdusznym lecie i mnie się należy się trochę atrakcji na dworze. (Dla przypomnienia - podzwrotnikowe lato trwa tutaj blisko pół roku.)

I niech dzisiaj inni biegają, spacerują, rowerują, wywieszają kościotrupy, grają w piłkę, koszą trawnik... ja, mając możliwość wygrzebać się wreszcie z domu, idę zagrzebać się w klombach razem z otwartym niebem i drobną biedronką.





piątek, 19 października 2012

Za co "kochamy" Halloween


Za niecałe dwa tygodnie - Halloween.

Według słownika etymologicznego, Noc Wszystkich Świętych ma korzenie w celtyckim kalendarzu, w jego ostatnim dniu przypadającym na koniec października, kiedy to obchodzono noc wszelakich czarownic.*

Jak pisałam TUTAJ, kostium Kozy nie nawiązuje do celtyckiego święta. Córka nie chciała się przebrać za strzygę.

Ani za ducha, ani za zwłoki w kolejnej fazie rozpadu, ani za poczwarę, ani za widmo, ani za upiora, straszydło, widziadło... Nic z tych rzeczy, bez których w amerykański Halloween się nie obejdzie.

Zresztą, między marą senną a prawdą, gdyby Dziecko miało ochotę na trochę odrazy, gdyby przyszło mu do głowy kogoś postraszyć, nie miałoby zbyt dużego wyboru.

W katalogu wysyłkowym sklepu Party City należącego do sieci „gadżetów imprezowych” na 129 kostiumów dla dziewcząt tylko 17 wywodzi się z tematyki wiedźmowo-wampirowo-zwłokowej.

Natomiast w sekcji chłopięcej... O, tu już jest z czego wybierać.

Niestety, od razu pożałowałam, że Kozak ledwo odrasta od ziemi. 

Asortyment straszący dla sepleniących małolatów jest skromny. 
Tylko osiem kostiumów: jeden szkielet, dwa wampiry, trzy duchy oraz dwa kompletnie nie-celtyckie potwory z filmowej serii George’a Lucasa. Oto kilka z wymienionych opcji:












Ale nic straconego! Poczekajmy kilka lat, a wtedy możliwe, że na Wigilię Wszystkich Świętych nadal będą dostępne przebrania, o jakich matka dla swego dziecka marzy najbardziej:





               Co się odwlecze, to nic mu już nie uciecze! U-ha-ha-ha-ha...







*Dictionary of Etymology, The Origins of American English Words (pod redakcją Roberta Barnharta)

czwartek, 18 października 2012

Pranie

Kozak przygląda mi się sortującej kolory przed praniem.
Wyrzucam z kosza ciemne, kolorowe i białe ciuchy na trzy nierówne sterty.
Niezdecydowana przyglądam się każdej z nich. Wreszcie klamka zapada i nastawiam pranie na najwyższą temperaturę. Wyciągam płyn z szafki, wlewam go do dozownika...
- Co piezemy, mama? – dociera do mnie sopranik Syna. - Białka?

środa, 17 października 2012

Lekcja Szósta: Nic nie rozumiem!

Nie doszliśmy jeszcze całkiem do siebie po ostatnich wydarzeniach w okolicy, ale czas usiąść znów do regularnych lekcji. Rutyna zaś ma tę dobrą stronę, że rzadziej się wraca do przykrych myśli, a nie ukrywam - tych zebrało mi się ostatnio za wiele. (I nie, nie piję w ogóle do wczorajszej kolejnej debaty prezydenckiej. ;-)

Sadowimy się z Kozą przy biurku, zaglądamy do polskich książek i od razu się rozczulam. 
Dobrze móc tak usiąść przy swoim Szczęściu, chociaż ono właśnie sądzi, że byłoby o wiele szczęśliwsze, gdyby nie kazano gimnastykować się w języku, co przysparza trudności.

Córka czyta na głos.

Przyglądam się jej drobnej sylwetce. Mam ochotę ją przytulić, ale nie chcę jej rozpraszać.

W pewnym momencie Dziecko zaczyna burczeć.
- Mama! Ja nic nie rozumiem, co czytam. Nic!
Budzę się z zamyślenia, wzdycham ciężko.
- Czego nie rozumiesz?
- Wszystkiego!
E tam! Zaraz „wszystkiego”...
Ale dobra. Jeśli taka potrzeba, omówimy każde słówko po kolei.
- Czy wiesz, co to jest ląd? – pytam.
Kozą natychmiast szarpią ambiwalentne uczucia. O ile chętnie wyzna, że niczego nie rozumie z tekstu przed nosem, o tyle bardzo nie lubi, gdy podejrzewam ją o nieznajomość jakiegokolwiek polskiego słowa. Natychmiast zatyka uszy i zaciska oczy, aby tylko nie usłyszeć podpowiedzi lub nie wyczytać jej niechcący z ruchu warg.
- Nie mów mi! Nie mów! Ja sama ci powiem!
- Ależ ja nic nie mówię...
Lecz Koza też nic nie mówi.
- No, to co to jest ten ląd?
- Ląd... to jest... ten, no... - suche siąknięcie nosem – ląd to koniec lecenia samolotem, ląd występuje wtedy, kiedy samolot zbliża się do ziemi.

wtorek, 16 października 2012

To nie będzie proste


„To nie będzie proste to nie będzie długie
Zajmie tylko chwilę zajmie twoje myśli
Zajmie twoje serce odbierze ci oddech
Tak to będzie krótkie to nie będzie proste”*



Ciągle myślę o wypadku kolarza-triatlonisty.
Nie mogę zebrać myśli.
Nie mogę się zabrać do głupiego sadzenia petunii.
A powinnam, sadzonki już więdną.

W miejscu, gdzie zginął ten mężczyzna, po mojej róży pozostał suchy badyl, a wśród naręczy nowych, ciętych kwiatów leży list.
Już sam początek nagłówka, „Do Mojego Ukochanego Męża” zatrzymuje ruch na chodniku.




Zapalając świeczkę pomyślałam, że mężczyzna, który tu zginął miał dla kogo żyć. I chociaż według mnie żył krótko, najwyraźniej był kochany i to chyba jedyne pocieszenie.
Jedyne pocieszenie dla mnie.
Dla rodziny zaczyna się bowiem długa droga bólu.




*(z wiersza Ostatnie zapiski Adrienne Rich, tłumaczenie Julii Hartwig)

poniedziałek, 15 października 2012

Ostra zmiana tematu


Nie wiem, co wyjdzie z tego wpisu. Poproszę o wyrozumiałość.

Kiedy pisałam wczorajszego posta, na zewnątrz coś się działo, wzmagał się ruch i hałas. Pośpiesznie zamknęłam komputer i wyszłam przed dom i nie poznałam własnej ulicy. Przy krawężniku kilka telewizyjnych furgonetek, za nimi żółta taśma, w tle kilka pojazdów policyjnych i biały wóz oznaczony hasłem Medical Examiner.

Nic nie rozumiałam, dopóki nie podeszłam do wylotu drogi i nie zobaczyłam granatowego kasku rowerzysty. 
Błyszczał w słońcu na samym środku jezdni.
Wokół niego żadnych śladów hamowania, natomiast w prawo zaczynał się kilkumetrowy krwawy szlak zakończony wielką kałużą. Na trawie obok złożono nosze i tam, pod nieruchomym prześcieradłem, leżał człowiek.

Nie byłam jedynym mieszkańcem ulicy, który zamarł w pół kroku.
Nikt o nic nie pytał, ale naoczni świadkowie szeptem poruszali ustami.

Usłyszałam, że samochód nagle odbił w prawo i wjechał na ścieżkę rowerową, uderzył rowerzystę od tyłu i zanim zwolnił - przewlókł mężczyznę dobry kawałek pod karoserią

Ani najechany człowiek, ani rower, ani kilka drzew nie zatrzymało rozpędzonego pojazdu. Dopiero złamanie w pół metalowej latarni.

Stojący nad jezdnią pocieszali się, że mężczyzna, który zniknął pod kołami na pewno nic nie czuł. Że zginął natychmiast. Że nie miał szans przy takiej sile uderzenia. Czułam, że osoby mówiące o próbach niesienia pomocy, tak naprawdę chciały powiedzieć, że wbrew sobie musiały się poddać.

Ktoś mówił, że nie trzeba było ścigać i obezwładniać osiemnastoletniego kierowcy, bo był ostro naćpany i ledwo się poruszał. Wyznał, że brał „K2” (syntetyczną marihuanę).

Zawróciłam pod dom. 
Jak robot weszłam do środka, zamknęłam za sobą drzwi.

To nieprawda, że uciekam na klomby tylko dlatego, kiedy czuję się na Florydzie rozbitkiem. Uciekam też wtedy, kiedy czuję się rozbitkiem wśród pytań większych niż te o geograficzny kawałek świata i osobiste wybory życiowe.

Wieczorem ucięłam najpiękniejszą różę i wróciłam na miejsce wypadku, gdzie schła wymyta przez straż nawierzchnia. 
Wetknęłam kwiat w ziemię przy pierwszym rannym drzewie. 
Ciągle kręciło mi się w głowie.
Coś się gdzieś zmieniło.
Co?
Na jak długo?

Żółtej taśmy nie usunięto do końca, jej kawałki powiewają w nowym dniu wczorajszym zdarzeniem.

Ktoś pod najbliższe drzewo przyniósł kupne kwiaty. 
Może to ten sam Ktoś, Kto wczoraj otrzymał najkoszmarniejszą wiadomość w życiu? Czy był to Ktoś z rodziny chłopaka-kierowcy czy rowerzysty? 
Ktoś najprawdopodobniej będzie żył teraz tą śmiercią. 
Ilu ludzi? 
Kogo ona zniszczy?
Czy kogoś ocali?

Gdy stałam wczoraj wrośnięta w chodnik, ruszyła w mojej głowie cała seria najprostszych, odruchowych „dlaczego”:
Dlaczego musiało się to stać?
Dlaczego w taki dzień?
Dlaczego w dzień?
Dlaczego tutaj?
Dlaczego tak?

Wiem, nie odpowiedzieliby mi ani sąsiedzi, ani przechodnie, ani reporterzy stacji telewizyjnych, ani żaden mundurowy z licznych wozów policyjnych, ani żaden lekarz medycyny sądowej, bo nie można ze stuprocentową pewnością opowiedzieć na którekolwiek z tych pytań. 

Dziś dręczy mnie inne. Drwiące, nie pozostawiające żadnych wątpliwości:

A niby dlaczego nie?

niedziela, 14 października 2012

Budząc się do życia


Naliczyłam cztery dni częściowo litościwej pogody, kiedy po wyjściu na zewnątrz słońce nie pali do szpiku kości.

Nareszcie ulga - mamy jako tako rześkie poranki.

Tak przyjemnie wertować niedzielną gazetę w fotelu za domem i nie sprawdzać co chwilę, czy ktoś nie zostawił otwartych drzwi tarasowych (czy nie ucieka z domu chłodne powietrze). Drzwi mogą sobie bezkarnie stać uchylone.

Co za luksus podjechać do sklepu bez polowania na cień na parkingu. Nie wracać z zakupów spoconą w nagrzanym aucie.

A jakie wieczory...

Wypuszczam się na spacer przed osiemnastą i w nocy nie musi nas chłodzić klimatyzacyjny nawiew. Wystarczy sufitowy wentylator.

Ponieważ po pięciu miesiącach garaż stracił status nagrzanego piekarnika - nuże, domownicy, do roboty! - nastały wczoraj jesienne porządki: 

zerwaliśmy pajęczyny 
rozebraliśmy zakurzone składowiska rupieci 
wymietliśmy zasuszone, miniaturowe jaszczurcze korpusiki. 

Anolisy brązowe – drobne jaszczurki, a więcej nich wokół domu niż ptaków – zawsze znajdą szparkę, przez którą zdołają wślizgnąć się do budynku, skąd potem nie potrafią wyjść.






Uratowaliśmy przed miłością Kozaka malutką rzekotkę (wygląda na Pseudacris nigrita verrucosa, Florida Chorus Frog). Również musiała zabłądzić do garażu, ale całkiem świeżo. Wynieśliśmy przerażoną na ocienioną rabatę.





W ramach sprzątania po lecie wyczyściłam też narzędzia ogrodnicze.
Może jeszcze dziś, może jutro zabieram się za sadzenie petunii. 
Trzeba korzystać z nadchodzącej ładnej pogody.

piątek, 12 października 2012

Lekcja Piąta: Ptasia

Kolejne ćwiczenia na „ó” zamknięte i „u” otwarte zahaczają o ptasie nazwy (wróbel, dudek, jaskółka itp.), na skutek czego muszę udzielić Córce kilka wyjaśnień ornitologicznych.
- Wróbel... Wróble to znasz, bo tutaj też czasem latają... Dudek...
- Wiem, co to za ptak! Widziałam go w filmie.
- Gdzie? Na Discovery Channel?
- Nie... – i Córa rzuca angielskimi odpowiednikami Epoki lodowcowej i Pingwinów z Madagaskaru.
Coś mi zaczyna się nie zgadzać.
Widząc czujność w moich oczach, Koza szybko dodaje (też po angielsku) autorytatywnym tonem, jakiego dawno u niej nie słyszałam:
– Dudek to gruby ptak o słabo wykształconych skrzydłach. Nie potrafił fruwać i dlatego łatwo go było złapać. To gatunek wymarły.
Taaak?
Czyżby od czasu mojego wyjazdu z Polski wyginęły wszystkie dudki? Chyba coś bym o tym wiedziała... Poza tym dudki nie były opasłe. Miały normalnie rozwinięte skrzydła...
Trzeba zasięgnąć porady u rozjemcy - Wikipedio, powiedz przecie, kto ma rację, a kto plecie?
Zasiadłyśmy przed komputerem i Córka pokazała mi wymarłego ptaka. Nazywa się „dodo”, nie „dudek”.  Faktycznie podzielił los dinozaurów i teraz co najwyżej może robić karierę w kreskówkach lub w animacji komputerowej.
Wyszukałam Kozie dudka i barwy pióropusza dosłownie powaliły Córkę na kolana.
- Mama, kup mi go! Błagam cię. Moja jedyna Marmolado!
- Dziecko, gdzie ja ci tu dudka dostanę? Poza tym tych ptaków nie trzyma się w domu. One śmierdzą... To tak, jakbyś skunksa sobie do domu sprowadziła...
Koza patrzy na mnie z pobłażaniem.
- No i?
No i po głębszym zastanowieniu nadal utrzymuję, że dudek na zwierzątko domowe się nie nadaje. Z doświadczenia wiem tylko jak sobie poradzić z fetorem po ostrzale skunksa (ciuchy należy pożegnać, a skórę umyć sosem pomidorowym). Natomiast czym wywabić woń pozostawioną po ewentualnym wystrzale dudka? Pojęcia zielonego nie mam. Dopóki się nie dokształcę, do zagłaskania na śmierć Kozie musi wystarczyć pet shopowy aligator.

czwartek, 11 października 2012

I żyli długo i szczęśliwie...

Postanowiłam, że Kozak jest na tyle duży, że nie obciąży go zbytnio psychicznie historia Czerwonego Kapturka i jego babci.

Opowiedziałam dziś Synowi pierwszy raz tę bajkę, rzeczywiście wiele ryzykując, bo nie występują w niej żadne urządzenia elektroniczne, nic się w niej nie obraca i nic się nie włącza i wyłącza.
O dziwo, Malec słuchał uważnie. Do samiutkiego końca.
- To była ładna bajka – skonstatował.
- Prawda?
- Oj, ten niedobly wilk! Połknął babcię i dziewcynkę.
Chcę dodać, że „tak to w życiu bywa”, ale jeszcze Kozak weźmie te słowa dosłownie. Lepiej zaakcentować pozytywną stronę rzeczy. Niech Syn wyniesie z tej opowiastki coś budującego: że nigdy nie wiadomo, co się może wydarzyć, kiedy jest się w dołku, że zdarzają się zakończenia, których nikt się nie spodziewał, że nie powinno się z góry zakładać, że sytuacja jest bez wyjścia. Słowem, nigdy tak naprawdę nie wiemy, jak się potoczą nawet najgorsze sprawy...
- Ale widzisz – przypominam Kozakowi – potem pojawił się pan gajowy...
- Tak. I psysed pan gajowy i połknął wilka i uciek.

środa, 10 października 2012

Moja jesień


Pierwszy raz po kilku upalnych miesiącach otworzyłam okno. Zaraz po wstaniu podciągnęłam żaluzje, z piskiem szyn ruszyła przesuwna szyba i łyknęłam nagrzanego, wilgotnego powietrza.

Pół godziny i pokój miał dosyć. Zrobiło się zbyt lepko i zdecydowanie zbyt ciepło, więc zrezygnowałam z wietrzenia domu metodą naturalną.

To było blisko dwa tygodnie temu.

Dzisiaj otworzyłam okno i uradowana pobiegłam otwierać następne. Wysoka wilgotność powietrza się nie zmieniła, ale poranek był prawie chłodny.  Cała godzina wietrzenia moja!

O tej porze roku szukam nie tylko świeżego powietrza. Siłą przyzwyczajenia rozglądam się też za czerwienią, rdzą i złotem.

I są.

Czerwienią wybujałe hibiskusy i przykurczone niecierpki. (Podpowiem, że w tym klimacie niecierpki nie cierpią upałów. Właśnie dochodzą do siebie po ostrym lecie i najładniej pokwitną sobie zimą.)

Jak na obecny przełom pór roku przystało, również na czerwono szczerzą zębiska nasiona magnolii wielkokwiatowych.




Niegroźne są. Malutkie - niewiele większe od ziaren kukurydzy, a w dotyku przypominaja gładkie, młode skórki kasztanów.

I chociaż żal, że opadają pierwsze liście z dolnych patrii ulubionych lagerstroemii, daleko do środkowoeuropejskiej, jesiennej melancholii.
Lagerstroemie pierwsze z niewielu gatunków drzew w okolicy idą jesienią na odstrzał, ale ceglasto nakrapiane listowie opada na ciągle zielony trawnik, a same drzewka odbijają się wciąż od błękitnego nieba. 




Grzech narzekać.

wtorek, 9 października 2012

Zajęcia dodatkowe


Wedle własnych prognoz, po mojej wrześniowej euforii praktycznie nie pozostało już śladu: nadzszedł październik i Koza zaczyna zwracać się do mnie coraz częściej w języku angielskim. Nie poddaję się i mówię po polsku, namawiając Córkę do tego samego. Ale wczoraj nie mogłam się zebrać, żeby cokolwiek wrzucić na bloga, bo odganiałam od siebie widmo dydaktycznej porażki.

Żeby urozmaicić Kozie pracę nad polszczyzną, wymyśliłam sobie kiedyś, że poszukam w księgarni (za kolejnym pobytem w RP) przetłumaczoną na język polski pozycję, co to ją Córka wcześniej z zapałem przeczytała w oryginale (czyli po angielsku).

Tak też pewnego lata wpadło mi w ręce polskie wydanie Junie B. Jones Barbary Park - Zuźka D. Zołzik. (Zobacz TUTAJ) Kupiłam książkę odruchowo i zanim jeszcze wyszłam na ukochany deptak rodzinnego miasta, z ciekawości przewertowałam kilkanaście rozdziałów. Czy w tłumaczeniu Magdaleny Koziej kilkuletnia bohaterka pozostanie nadal sympatycznie nieprzewidywalna, krnąbrna i wrażliwa, dociekliwa i niesforna? Czy moja Pierworodna da się przekonać do tej wersji?

Tego samego dnia zaczęłam Córce czytać książkę i odetchnęłam z ulgą. Koza słuchała. I śmiała się tak samo, jak przy czytaniu oryginału.

Wczoraj, kiedy zastanawiałam się nad tym, w jaki sposób urozmaicić Kozie bieżące lekcje języka matczynego, przyszło mi do głowy, aby powtórzyć wcześniejszy sukces znalezienia polskiego tekstu, który Koza dobrze zna w L1. 

Skojarzyłam, że kilka lat temu wydano polską wersję innej amerykańskiej książki dla dzieci, Diary of a Wimpy Kid autorstwa Jeffa Kinney’a. Odnalazłam lekturę na internecie i przypomniało mi się dlaczego poprzednim razem obeszłam ją wielkim łukiem.

W przeciwieństwie do pani Magdy, która z nazwiska Jones (niech będzie po polsku Kamińska) stworzyła Zołzika - nazwisko-przezwisko oddające temperament głównej bohaterki, tłumaczka Diary of a Wimpy Kid tytułowemu mięczakowi diametralnie zmieniła w tłumaczeniu osobowość. Nie trzeba być anglistą, aby sięgnąć po dobry słownik i dowiedzieć się, że wimp to mięczak właśnie, czyli łajza lub gamoń, a od kiedy mięczak znaczy to samo co cwaniak? (Pełen polski tytuł książki brzmi Dziennik Cwaniaczka.)

Już w samym tytule z gulajowatego popychadła stworzono matacza i spryciarza, którym, niestety, niewyrośnięty, inteligenty, ale pechowy, wygadany, ale nieśmiały Greg Heffley w wersji angielskiej nie jest.

Jak uczy stare powiedzenie szczurołapa, „For one rat you see, there are ten you don’t”. (W absolutnie frywolnym tłumaczeniu: „Na jeden karygodny błąd translatorski, który dostrzeżesz przypada dziesięć, których się nawet nie domyślasz”.)

Nie zamówię dziecku tej książki, bo wolę nie sprawdzać, czy powyższa prawda potwierdza się jej w przypadku. Niestety, ale na widok szczura generalnie cierpnie mi skóra.

niedziela, 7 października 2012

Polskie drogi

Wiozę Kozę do koleżanki. Śpieszy mi się trochę i na zakręcie minimalnie zarzuciło.
- Przypomniała mi się Polska – mówi Koza. – Fajnie tam było.
- Tak? A co konkretnie ci się podobało?
- Jeżdżenie samochodem.
- Jazda samochodem? Hm... A dlaczego właśnie jazda samochodem?
- Bo wszyscy jeździli za szybko i drogi miały dziury i cały czas się trzęsłam i podskakiwała mi głowa. A tu jest tak nudno. Nie ma dziur. Jedziesz i jedziesz i nic się nie dzieje. I jak chcesz pojeździć na roller costerze, to trzeba jechać aż do parków rozrywki. 

Oj, trzeba... trzeba...





sobota, 6 października 2012

Podglądając cudze klomby


W cieniu, za domem znajomej, kwitną te czerwone kwiaty. Krzewy może?




Nie wiem, co to za roślina, ale tak mi się spodobała, że uznałam, iż nawet bezimienna zasługuje na solowy występ na blogu.



piątek, 5 października 2012

Szklanka wody


 „Znasz moje oczy, no nie?
Znasz moje włosy, no nie?
Znasz moje usta, no nie?
Znasz moje dłonie, no nie?
To teraz powiedz, od razu powiedz – co jest?
Znasz moją chatę, no nie?
Znasz moich starych, no nie?
Znasz ich samochód, no nie?
Znasz moich kumpli, no nie?
To teraz powiedz, od razu powiedz – co jest?
Widocznie w takim razie nie kochasz mnie.”

Jeśli kojarzycie posta z 30-go września, to możliwe, że rozpoznajecie satyryczny utwór „Co jest?” grupy Old Stars. (Można go TU odsłuchać.)

Mruczę sobie czasem tę piosenkę i nawet nie zauważyłam, kiedy Koza zaczęła powtarzać za mną pierwszą zwrotkę. Niestety, drugiej nie pamięta i improwizuje: „Znasz moje książki, no nie?” „Znasz moją głowę...?” „Znasz moje uszy...?”
Córkę autentycznie bawi wyszukiwanie właściwych słów, aby pasowały do melodii i cieszy mnie wena twórcza Dziecka. Czego ja panikuję z tą nauką L2? Oto moja Koza swobodnie używa języka polskiego...
Rozśpiewała się znów dziś rano, po każdym „znasz...” wstawiając nowy wyraz, którego dotąd nie użyła. Wzruszam się nad możliwościami językowymi u Pierworodnej, lecz w pewnym momencie dochodzi do kraksy. Skromny leksykon polskich rzeczowników Córki bezczelnie się wyczerpuje. Koza wytrzeszcza oczy i na głos zastanawia się nad doborem kolejnego wyrazu.
- „Znasz moje”... Hm...  – rozgląda się po kuchni – owoce?
Potrząsa głową.
- To za długie – podpowiadam.
- Znasz... mojego banana?
Krztuszę się.
- Wiem, to też za długie. Może... Może... „znasz mój zlew”?
Tym razem Córka nie uzasadnia na głos pomyłki. Szuka weny dalej. Patrzy na Kozaka.
- „Znasz moje dzieci, no nie”?

Sięgam po szklankę. Ładuję weń kostki lodu i podchodzę do zlewu. Muszę się napić baaardzo zimnej wody.

Wiem, że nie powinno się popijać surowych owoców nieprzegotowaną kranówą, ale czajnik pusty, filtr do wody w lodówce zadżumiony, a po tym bananie zrobiło mi się gorąco. 

czwartek, 4 października 2012

Nie oglądaj telewizji...

...bo będziesz miała w głowie glizdy.*

I trzeba było się zastosować do dobrej rady. A ja, jak zwykle, mądrzejsza. Oglądałam wczoraj przed pójściem spać pierwszą z trzech debat prezydenckich i w nocy dręczyły mnie zmory. Na pół przytomna przywitałam się dziś rano z Kozakiem, który z mety zauważył, że jestem wyjątkowo nieświeża.
- Nie wyspałam się, synku, bo śniły mi się koszmary. Hitlerowcy mnie gonili.
- Hilelowsy - one są niedoble.
- Żebyś wiedział!
- Ja je widziałem. One są bzytkie! One mają klatkę.
Zaniepokoiłam się. Co ten Syn oglądał i gdzie? Znowu grzebał po filmikach youtube zamiast trzymać się wyświetlonej mu przeze mnie bajki? W telewizji bowiem nic mi ostatnio o drugiej wojnie światowej nie mignęło. (Zresztą, jeśli miga, to Pearl Harbor czy Hiroszima, a nie centralna Europa.)
Zaniepokoiłam się, ponieważ Kozak jest stanowczo za młody, żeby oglądać tego typu dokumentalne filmy wojenne. Postanowiłam wybadać, co Malec wie i zdementować wszystko, prawda czy nie prawda, żeby Dziecku traumy odjąć.
- Kochanie, do czego hitlerowcom była potrzebna klatka?
- Do ludzi.
Drgnęłam.
- A co robili ludzie w tej klatce?
- Nie mogły wyjść.
Ciemnieje mi przed oczami.
- A gdzieś ty to wszystko widział?
- Oglądałem Galfilda.

***
Ostatni odcinek Garfielda oglądaliśmy razem. Rzeczywiście pojawiła się klatka. Siedziały w niej myszy, zamknięte w środku przez... ufoludki.


*(Bohdan Smoleń, skecz „A tam cicho być”)

środa, 3 października 2012

Ljekko na sierce od piesni wiesiołoj

Syn zwraca się do mnie z prośbą: czy mogę mu zaśpiewać piosenkę? No, mogę.
- Z poooopielniiiiika naaaaa Wojtuuuusia...
- Tą nie!
- Nie mówi się tak brzydko. Mówi się „poproszę inną”.
- Poplosie iną.
- My jesteśmy krasnoludki, hopsa sa! Hopsa sa! Pod grzybkami...
- Poplosie iną.
Mija pół minuty. Dociera do mnie, że tradycyjnie Syn wymyślił mi zadanie, którego nie jestem w stanie wykonać - żadna pieśń Kozakowi nie podchodzi. Złości się na mnie, kiedy zaczynam „Płonie ognisko w lesie”.
- Nie śpiewaj, mama!
- Wybacz, mój drogi, ale teraz mam ochotę zaśpiewać sobie piosenkę o ognisku. Jeśli nie chcesz, nie musisz słuchać.
Wychodzę z pokoju.
- Płonieee ogniiisko...
- Ja go wzuce do sedesu!

wtorek, 2 października 2012

Za domem


Pilnuję ostatniego pomidora, który od kilku dni rumieni się na schnącej łodydze. Musiałam stanąć na warcie, gdyż swego czasu, kiedy pierwsze owoce zaczynały się czerwienić, jakiś ptak degustował je, zaznaczając od spodu pojedynczym, głębokim dziobnięciem.

Oczywiście wypowiedziałam skrzydlakowi wojnę. Pojechałam do ogrodniczego, zakupiłam rulon cienkiej siatki i owinęłam nią donice z krzakami. Ale to było dawno. Krzaki się rozrosły, siatka poluzowała. Obawiam się, że ostatni dojrzewający pomidor znów może paść łupem ptasiego łakomstwa. Żal by mi było.

Zaraz pójdę pociaśnić nieszczelną siatką ochronną, dodam tylko, że przyglądałam się dziś jednej z gałązek na innym krzaku, takim, który nie chciał porządnie obrodzić. Przyglądałam się,  przyglądałam... i wygląda na to, że ten ostatni tegoroczny pomidor, który zostanie jutro zerwany, wcale nie musi być ostatni. 



poniedziałek, 1 października 2012

Lekcja Czwarta: Prosta zależność

Koza nie umie pisać po polsku, ale może chociaż wytłumaczę jej główne zasady polskiej pisowni.
- Na pewno piszemy „ó” zamknięte, gdy wymienia się ono na „o”, „e” lub „a”.
Koza patrzy na podane przykłady, ale czuję, że nie dostrzega tej zależności. Mglisty wzrok ślizga się po zeszycie, tułów kiwa się bezładnie w krześle, a myśli gonią gdzieś poza pokojem.
- Zobacz... wróg – wrogi, róg – rogi, stół – stoły, pokój - pokoje... Powtórz za mną.
Dziecko się jąka. Może ta reguła dlań za trudna?
- „Ó” zamknięte piszemy też w słowach zakończonych na „ów”, „ówka”...
Córka łaskawie zatrzymuje oczy w jednym punkcie. Niestety, punkt mieści się gdzieś za oknem. Zaczynam od nowa.
- Kochanie, skup się... Popatrz na ten przykład: krówka – krowa... Widzisz to?
Koza patrzy na krówkę i krowę i milczy.
- Krówka – krowa – powtarzam powoli. – Zwróć uwagę na te dwa wyrazy. Co się zmieniło? 
Koza przestała się kiwać.
- KRÓWka – KROwa... – kuję żelazo, póki gorące. - Możesz mi powiedzieć, jaka tu zaszła zmiana?
Córka się rozpromienia.
- Tak! – rzecze z entuzjazmem. – Krówka jadła dużo siana, więc zmieniła się w krowę!