wtorek, 17 września 2013

W świecie antyków

Chciałam Kozaka zabawić czymś nowym i wyciągnęłam z pudła w garażu stare zabawki Kozy, m. in. telefon.

Rozłożył go Syn na trawie i pochyla się nad słuchawką.




Potem bada wychodzący z niej sznurek.





 Na koniec bierze do rąk sam aparat...





 ...i woła:


- Jaka duża ładowarka! Jeszcze takiej nie widziałem!

poniedziałek, 16 września 2013

Cytując Ajschylosa

„Każdy dobry uczynek kończy się karą”.
Ta klątwa ciąży nade mną od lat. Wczoraj też.

Jadę z Kozą samochodem i hamuję nagle wbrew przepisom drogowym. Dla bezpieczeństwa pasażerów, jeśli wbiegnie na drogę drobna zwierzyna, kierowca nie powinien odruchowo kopać po hamulcu. Powinno się zwierzynę rozjechać – świeć, Panie, nad niewinną duszą. Mimo to przyhamowałam gwałtownie, gdyż żal mi się zrobiło malutkiej jaszczurki na trasie przedniej, lewej opony. Tłumaczę się Kozie, która na szczęście miała zapięty pas. Wybacza.

- Słuchaj, a może to była królowa jaszczurek? – Podrywam się w fotelu. -  Może powinnam była wysiąść i zagadać. Może wdzięczna za ocalenie odrzekłaby, że spełni moje jedno życzenie?
- No! Bo ja bym chciała... – i tu Koza wymienia swoje.
- Przepraszam najmocniej, ale to JA uratowałam zwierzątku życie. To moje życzenie by spełniło.

Dokładnie tak powiedziałam.
Jeszcze umiem zawalczyć o swoje. Nie wszystko odejmę sobie od ust.

Tyle że potem, zajechawszy do domu i puściwszy wodze fantazji, doszłam do wniosku, że nie wiem, jakie miałoby być to tylko jedno życzenie.

Szczerze - kto z nas chce pojedynczej rzeczy?

Może bohaterowie baśniowi postawieni przed próbą wyboru stają na wysokości zadania, ale ja jestem człek – z krwi i drobnej kości - i jako Żywus Pospolitus w 2013-tym mam z czego wybierać.

Ha! Mam prawo wybrzydzać w salonach urządzeń, przyrządów, pojazdów, wszelakich przyśpieszaczy pracy, ułatwiaczy zadań, usprawniaczy komfortu. W molochach sklepowych co sezon przebierać w nowych zagłuszaczach rzeczywistości. Wszystko z cenami jak z bajki. Jak przejść i nie wzychać?

Przy tym, wybierając życzenie, należy wspomnieć co wypada, czyli nadrzędne wartości ludzkości, którymi kto może wyciera sobie gębę. Mogłabym za Miss Ameryki wdzięcznym głosem wspomnieć o world peace, a za Spikerką Izby Reprezentantów postulować szczęście wszystkich dzieci.

To jak? „Get it - you deserve it” czy „Puc wsiegda budiet sonce”?

A może bratersko jedno i drugie? I „Kup se” boś tego warta i wyjdź z twarzą z politycznej mrzonki? Co dziś się lepiej sprzedaje? Jakie podejście jest bardziej komercyjne?

Taki książkowy, bosy "Janek" z prowincji nie miał tego typu dylematów. O buty poprosił. Albo o nic, bo w bajkach w rolach głównych często obsadza się altruistów.

A ja, Kochani Moi, mam swoje potrzeby i naliczyłam na dzień dzisiejszy minimum sześć. Prawdę powiedziawszy dziesięć to krąglejsza liczba, ale te sześć by mnie całkiem urządziło.

I co na to Wasza Uratowana Jaszczurcza Mość?
Tylko zanim się wypowie, niech łaskawie weźmie pod uwagę wymienione wyżej okoliczności w których się znajduję.

Powtarzam: jam nie chłopek-roztropek z przestarzałej opowiastki.
Jestem kobietą. W słusznym wieku. I nie żyję w świecie fikcji.
Choć chwilami bym chciała.

niedziela, 8 września 2013

Lekcja Trzydziesta Ósma: Czy grozi mi marskość wątroby?

Nic innego z polskiego nie udało nam się wczoraj zrobić poza czytaniem na głos. Koza czytała, ja sprzątałam kuchnię. Kiedy odstawiłam miotłę, Córa zatrzasnęła książkę.
- Nie zaznaczyłaś strony. Będziesz pamiętać, gdzie skończyłaś?
- Pewnie. Strona treinta y cuatro.
Po jakiemu to było? Po hiszpańsku zapewne. Ach, jaka wykształcona!
- A o polsku to ile?
- Trzydzieści cztery! Takie rzeczy się wie! Przecież po polsku umiem liczyć aż do sto.
„Do stu” się mówi, lecz jej nie poprawiam, bo mi się już po prostu nie chce. 

Dzień był długi. Rozciągnęło go jak przy krawędzi kosmicznej czarnej dziury i na moje trwał wręcz tydzień. A może to cały tydzień skondensował się w dwanaście godzin? Nie wiem, ale jakieś prawa fizyki na pewno ostatnio zawiodły.
Koza – nieproszona – odlicza po polsku do dwudziestu. Potem dziesiątkami dobija do setki.
I podkusiło mnie.
- A co jest po... sto dziewięćdziesiąt dziewięć? – pytam.
- Yyy... Dwa-zero-zero.
- Dwieście... – podpowiadam.
- Dwieście, trzyście, czteryście...
- Niezupełnie... Dwieście, trzysta, czterysta...
- OK. Dwieście trzysta, czterysta, pięć-czysta, sześć-czysta...
- Rybka, zagalopowałaś się! Czterysta, ale potem pięćset, sześćset...
- ... siedemset, osiemset, dziewięćset, dziesięćset....
- Tysiąc!
- No dobra, tysiąc.
A na zegarze dwudziesta druga z minutami, więc wygnałam Kozę spać.

Oparłam ręce o wylizany kuchenny blat i popadłam w przygnębienie. Po trzech miesiącach przerwy w lekcjach z polskiego wymowa głosek szczelinowych u Kozy (przy okazji i u Kozaka) samoistnie się polepszyła. Ale jak widać u Córki stało się to za cenę znajomości liczebników. Ech...

Odwróciłam się. Bezwiednie podeszłam do lodówki. Szarpnęłam ciężki drzwi, dostrzegłam napoczętą butelkę czerwonego wina. Z westchnieniem wyciągnęłam korek i szkło.

Bul... bul... bul... ból, że ta nauka polskiego ciągle powiela ten sam schemat: każdy krok do przodu następuje po przynajmniej jednym w tył... Hej! To zupełnie jak z zakupem kanapy! Przyjechała z magazynu nowiuśka, ale po zdarciu folii okazało się, że z dwoma czarnymi plamami na obiciu. Dzwonię z reklamacją i dowiaduję się, że właściwy pan od przyjmowania reklamacji może przyjechać „obejrzeć plamy i spisać protokół” dopiero za kilkanaście dni.

Wpatrzyłam się znów w łysy blat. Łyknęłam bordowy płyn. Łypnęłam na butelkę. Zostało niewiele, więc lepiej dokończyć, bo za chwilę pójdzie w ocet... A ja z torbami! Czy wiecie, że wóz, którym jeżdżę widnieje w dziesiątce najbardziej rozchwytywanych samochodów na części? Wymieniliśmy wczoraj jedną z nich, więc rozumiem, dlaczego ten dwunastolatek ma takie powodzenie u złodziei. Kiedy siada elektronika, buli się słono. Może następnym razem trzeba kupić model o mniejszej ilości przycisków, a większej ilości uchwytów, korbek i wejść na kluczyk. Tak jak to cacko poniżej z 1939-go roku. 






Tylko taki „niezelektronizowany” pojazd to zabawka na kolekcjonerską kieszeń. A ja kolecjonuję kwiatki, nie auta, więc o czym w ogóle mowa? Gdzie logika?

Odchyliłam głowę, spijając ostatnie krople wina. Odstawiając naczynie, dojrzałam kątem oka jakiś cień. 
Koza, przebrana w piżamę, stała oparta o ścianę.
- Przyszłam ci powiedzieć „dobranoc”.
- No... dobranoc, dobranoc...
Jeszcze koziny łeb przytulił się do mokrego fartucha. I oczywiście musiałam poczuć rogi.
- A czy przypadkiem – rzecze Córka po angielsku – lekarz cię nie ostrzegał, że nie masz przed snem jeść czekolady lub pić alkoholu, bo dostaniesz zgagi?
- Ej...
- Słyszałam, jak cioci mówiłaś. Żadna tajemnica.
Koza zawija się do odwrotu. Kiedy jest dostatecznie daleko, aby jej nie widzieć, dodaje:
- Ale nie przejmuj się, mamo! Masz jeszcze inną opcję. Czytałam, że ciepłe mleko też dobrze robi na zaśnięcie. Dobranoc!

niedziela, 1 września 2013

Przymiarka do powrotu

Sezon huraganowy trwa, ukrop równomiernie smaży grzbiety od miesięcy. Gdyby nie kalendarz, pobieżny rzut oka po okolicy mógłby posądzić czas o czerwiec, o maj.

Ale kiście lagerstroemii pod moją nieobecność zsypały się falbankami blaszek na spieczony trotuar. Po iglicach żółtych kwiatów w szuwarach też ślad zaginął. 
Żółcą się dla odmiany kolumny szkolnych autobusów na horyzoncie. 
Gdy jeden z nich zatrzymuje się przy osiedlowym basenie z ciepłą taflą, nieruchomą, nie targaną wrzaskami uciechy, definitywnie dociera do mnie, że jest po wakacjach.

Jestem w domu i cóż mogę robić po wstaniu, jeśli nie rozgrywać z czteroletnim Synem partyjki szachów? Zaproszenie nadchodzi, kiedy jeszcze śpię, ale odmawiać upartemu Kozakowi nie warto.

Przyglądam się ocalałym ze sprzątania figurom. Stają na przedartej środkiem papierowej planszy w dziwnym porządku. Jednego skoczka, jednego króla, gońce, „królówki”, wieżę o wyszczerbionych blankach i trzy piony rozdano według wzrostu: po stronie Kozaka – pionki wysokie; przede mną - niższe. Czarno-białe pomieszanie z poplątaniem.

Podobnie w moich myślach. Całkowity galimatias.

Borykam się, na przykład, z nową prośbą Córki. 
Koza chce żółwia. 
Pytanie zaś, czy żółw chce Kozę. 
Wiem z autopsji, że schylających się nad nim stworzeń żółw po prostu nie lubi. Słyszałam poza tym, że od nieczyszczonego co tydzień akwarium capi jak od starego kozła. I coś mi świta, że żółwie potrafią żyć tak długo, że trzeba je wziąć pod uwagę w testamencie.

Martwi mnie coraz bardziej kulejąca Toshiba. Odmawia nawet takich prostych zadań jak czytanie karty z aparatu. Muszę rozeznać komu komputer podwędzić, żeby zgrać zdjęcia. Pal licho, że w pracy ożywienie. I to od dzisiaj. Że potrzebuję komputera do sprawdzania prac, których pierwsza partia zeżre mi już cały przyszły weekend. I potem następny... I następny... Aż stuknie kilkanaście tygodni.

Powinnam się cieszyć, bo od kilku lat każdy nawrót do pracy to nadzieja, że owo drgnięcie tym razem jest stałe. Że wychodzimy z zapadłej gospodarki. 
Ale co z zapadłym przez lato blogiem? Kto ma go reanimować? 

Z innej beczki - nasza wysłużona kanapa przywitała mnie szerokim uśmiechem. Biała gąbka szczerzy się dwurzędowo z rozprutej tapicerki i zamiast przebierać w ofertach ultrabooków z Windowsem siódemką na które ewentualnie mnie już stać zrobiłam krok w tył. Zastanawiam się co kupić pierwsze – laptop czy siedzisko? Które bardziej potrzebne do pracy?

I ciąży nad nami inna chmura. Sygnalizuje, że letnie sprawy nie zostały jednak usunięte z walizkami na strych.

Żeby nie być gołosłowną, powiem, że przeszkadza mi rozmowa telefoniczna z piątkowego wieczora. Obawiam się, że szybciej niż przewidywałam znów rozgrzebię szafę i łazienkę, zatrzasnę torbę, przewiozę setki mil i jeśli ma się to stać jeszcze jesienią, trzeba śpieszyć się z lekcjami Kozy. Koniecznie ruszamy z polskim w przyszłym tygodniu. Koniecznie!
Nie ma na co czekać!

Kozak ciągnie mnie za rękaw. Zapomniałam o szachach, a mój ruch.
- Mama! Rzucaj!
Dostaję kostkę do gry. Rzucam i przesuwam wieżę o sześć pól do przodu, a ostatnie z nich okazuje się niewidzialnym kwadratem za postrzępionym brzegiem planszy. Co jest grane? Dlaczego ku szczerbatej baszcie zmierza czarny król? Po jednym rzucie kostką Kozak odliczył... siedem pól? Skandal! Ta runda to wolna amerykanka! 
Założę się, że wieża drży, o głowę niższa od przeciwnika.  

A ja?

Mam na nieprzewidywalne sytuacje broń tajemną. Nazywa się zaufanie.
Sięgnęłam po nią nie dalej niż wczoraj, ściskając przy uchu telefon.
Mam nadzieję, że zadziała we wszystkich dręczących przypadkach.

***

I kilka słów „od redakcji” - Witam Wszystkich Czytających po długiej przerwie! Zapowiada się na dzień dzisiejszy, że jeśli moje wpisy będą trzymały się kupy, to when the stars align – cudem jakimś. Częstotliwość wpisów nie będzie ta sama co w zeszłym roku, ale... wracam.

Jestem ciekawa zmian w Waszym życiu. Piszcie, co u Was w trzech zdaniach chociaż. 

Obiecuję, że gdy tylko zakupię nowy sprzęt z lepszą pamięcią operacyjną niż moja zaraz zajrzę w Wasze strony. 

czwartek, 30 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Siódma: Wiedziałam, że tak będzie!

Zaimponowałam Kozie posiadaniem kilku albumów z przednim humorem.

Z tytułu nadania im rangi pamiątek sprzed narzeczeństwa, a potem i z „lat miodowych”, w wielkiej estymie składowałam zebrane komiksy Billa Wattersona tam, gdzie światło nie sięga (na samym dole biblioteczki).
Na pewno jeden z nich podarowałam ileś lat wstecz „Anutkowi”, autorce bloga o mamie litościwie panującej nad bandą czworga chłopaków, lecz pozostałą część kolekcji po ostatniej przeprowadzce przygniotła waga encyklopedii, żeby zniechęcić do szperania nieproszone paluszki Kozy i Kozaka.

Mija sobie prawie 20 roczników odkąd pierwsze wydania Wattersona wpadły mi w ręce i proszę, upomniał się o nie Luby Mąż.
- Czy mamy jeszcze książki z serii Calvin i Hobbes?
- Oczywiście! Leżą na półce, za tobą.
I pytam, skąd nagłe zainteresowanie.
- W życiu nie myślałem, że będę miał syna, który będzie mi przypominał Calvina.






Czerwona koszulka (zamiast pasków plamy), ulubione czarne spodenki, jasna szopa sterczących włosów, szeroki uśmiech... Owszem, taki człowieczek biega mi po domu. Od rysunkowego, zadziornego „filozofa” z klasyki amerykańskiego komiksu wyglądem wiele nie odbiega, ale...

- ...przytniemy mu wreszcie te sterczki na głowie - mówię do Mężą - i znów będzie wyglądał jak ty, nie jak Calvin.
- Nie chodzi mi o sam wygląd. O podobieństwo wypowiedzi. Teksty ma powalające.

No, ma. Było o tym tutaj nie raz. A czy pisałam, że mnie bardziej powalają jego miny?






Bo czyny wolę przemilczeć.
Snać i Luby Mąż o nich pomyślał.
- Wyobrażasz sobie, co się będzie działo za kilka lat? – splata ręce za głową i rechocze, a rechot u Małżonka - ewenement.
Marszczę czoło na ten dowcip. Niby co ma przyjść za kilka lat?

Zasępioną zastaje mnie Koza. Nie widzi bruzd przy zmarszczkach, bo kartkuje właśnie któryś album z mojej muzealnej kolekcji.
- Ale fajne! Mogę poczytać?
Wolnego!
- Ile stron polskiej książki przeczytane?
- Trzy.
Oceny prawie wystawione, ostatni dzień szkoły za kilka dni. Odpowiadam sta-now-czo, że w tym układzie trzy strony to „stanowczo za mało”.
- Osiem!
- Osiem stron przeczytałaś? A może zero?
- Wczoraj zero, dzisiaj osiem.
I weź się kłóć!

Z Kozą nie miałam dotychczas tzw. poważnych problemów wychowawczych. Z Kozakiem mam jedną niespodziankę za drugą i nie znalazłam na nie sposobu ani u „radców” starej daty, ani u „dzisiejszego” Juul’a. Kozacze wybryki są jakieś futurystyczne, mimo że Syn podporządkowuje się znanej zasadzie badawczej - „poznać to zepsuć”. (Ta zaś idzie ramię w ramię z ważniejszą dewizą: „widzę, więc moje”).

Możliwe, że przemawia przeze mnie zmęczenie, bo na myśl, na co jeszcze stać Kozaka cierpnie poparzona słońcem skóra. Możliwe też, że przez ów niepokój cierpko zwracam się do Córki.
- Idź czytać po polsku.
- Czy muszę?
- Nie marudź, tylko zmykaj. A Calvina tu zostaw...

Przeglądam sobie ulubione subtelności kreski, słowa. Spomiędzy rysunków uwalniają się obrazy utrwalone tam przez własną pamięć.
Odkrywałam te książki między ludźmi, których kocham. W miejscach, na które wtedy psioczyłam, gdzie w końcu było mi dobrze, lecz kto o tym wiedział? Dzisiaj umiem już w miarę poprawnie wypowiedzieć ich nazwy, inne potrafię wskazać dzieciom na mapie, ale w dużej mierze jest po ptokach. W niektóre miejsca nie ma już do kogo wracać.

Odkładam sentymenta - ściąga mnie na ziemię śmiech Kozy.
Ależ zabawna zrobiła się znienacka polska lektura, że dziewczyna porykuje w regularnych odstępach! Znacie mnie w tej materii, prawda? Nie popuszczę. 
Lezę zerknąć, co w istocie bawi Pierworodną i cóż widzę? „Wilk pod pierzyną spokojnie chrapie, trzyma czerwoną czapeczkę w łapie”. No, prawie! „Koza na łóżku spokojnie czyta, komiks z Calvinem dzierży w kopytach.”
- Nie możesz się zdecydować, czy mnie ochrzanić czy nie? – rzecze Córka po polsku. - Chodź, usiądź koło mnie. Pomogę ci... No, chodź. Przybliż się, mamuśku.
Zwraca się do mnie dramatycznym tonem wieszcza narodowego. Dokładnie w ten sam sposób któregoś wieczora podczas lekcji języka polskiego wystąpiła w charakterze aktorki scenicznej, czytając mi do snu rozdzierającym stękaniem dziecięce rymowanki. Teraz odwrotnie – ja siadam przy niej. Z trudem utrzymuję kamienną twarz.
- Bliżej... Bliiiżej... Dobrze, marrrmolado, a teraz popatrz w głębokości moich oczu...

Luknęłam.

Zobaczyłam... tłuściutką Kózkę cudnie rozchwianą na niewyrobionych kończynach, wyzierającą spod żółtego wiaderka, które nie wiadomo jaką sztuczką utknęło na głowie. Pojawiła się smakująca deszcz i psie żarcie z podłogi. Szukająca lądującej biedronki na falbance. Elegancko siedząca na płocie, w bejsbolówce, z jednym klipsem. Łąka, las i laba. Zaraz przy Kózce moje ślady. Nieśpieszne. Bezpieczne na znajomych ścieżkach. Bez dzikiego lęku o jej samodzielność na szlaku.

Zamrugałam oczami.

Rozpoznałam stare, dobre... dzieje?
Też, ale głównie Stare Dobre Wakacje!
Ja chcę do Polski!!!       

                                                    
***

Nadchodzący pierwszy czerwca to nie tylko Dzień Dziecka (nieznane święto w USA), lecz także oficjalne rozpoczęcie atlantyckiego sezonu huraganowego. Z powodów bardziej i mniej „huraganowych” np. nie będę miała stałego dostępu do internetu w nachodzących miesiącach i blog idzie w odstawkę.

Jeszcze nie wiem z jakiego komputera będę zaglądać do pracy i w email, lecz - jak mawiają po tej stronie wody - something’s gotta give (z czegoś trzeba zrezygnować, żeby nie doszło do kraksy) i idą pod nóż sieciowe przyjemności.

Gdyby kto zapytywał, dotrzymałam obietnicy złożonej w pierwszym poście – w kończącym się roku szkolnym nie odpuszczałam Kozie, nie odpuszczałam sobie i w miarę regularnie relacjonowałam wybrane lekcje języka polskiego.

Wybierałam najśmieszniejsze, bo uważam za Jerzym Pilchem, iż „czego nie da się wykluczyć – to należy ośmieszyć”.

Koza przez ten rok nauki lepiej po polsku nie mówi, lecz brak widocznych postępów i minimalny regres są mi na wagę złota.

I nie dlatego, że wypada dziękuję Wam za doping. Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, dotarłam do mety z Kozą na postronku dzięki Waszemu aktywnemu towarzystwu. Wiem, że bywaliście, nawet jeśli przystanęliście w biegu.

Kłaniam się w podzięce.

wtorek, 28 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Szósta: Ucisk w Dni Wagarowicza

W październiku, z okazji polskiego Miesiąca Dobroci dla Zwierząt, poszłam Kozie na rękę, ograniczając lekcje języka polskiego do absolutnego minimum. Drugiego października, w Światowy Dzień Zwierząt Hodowlanych pokazałam Dziecku, że stać mnie na więcej: kompletnie odpuściłam lekcje na kilka dni i zajęłam się m.in. swoimi tarasowymi pomidorami. Ale w marcu dałam plamę. Tak się zapędziłam w obmyślaniu zadań z L2, że zapomniałam dać Kozie wolne w polskim Dniu Wagarowicza.

Zabyłam o tym „ważnym święcie”, ponieważ wagary w kozinej grupie wiekowej są w Stanach zjawiskiem prawie nieznanym. I w podstawówkach, w gimnazjach i liceach wszyscy uczniowie danej szkoły zaczynają i kończą lekcje o tej samej porze, toteż samodzielnie szwędający się „dzieć” w godzinach lekcyjnych od razu by podpadł społeczeństwu.

Zresztą co za przyjemność łazikować tam, gdzie nudno (np. między domami suburbii?). Licealiści, jeśli nie chcą iść do szkoły, po prostu zaciągają kołdry na głowy i zostają w domach, bo – znów – dokąd się udać i czym, jeśli nie ma się auta? (Szanujące się osiedla daleko od centrum linii autobusowych nie posiadają.)

Porządniejsze wagary przeżyć można w USA dopiero na uczelni wyższej, szczególnie, gdy uniwerki leżą poza granicami miast. Takie koledże mają tendencje ciągnąć się na mile w uroczych zespołach architektoniczno-krajobrazowych - jest gdzie pohasać i wtopić się w tłum.

Kiedy więc dotarło, że zapomniałam przekazać Dziecku wiedzę o polskim zjawisku kulturowym jakim jest kontrolowana ucieczka z lekcji pod hasłem „Topienia Marzanny”, musiałam Kozie tę stratę wynagrodzić i w tym tygodniu odwołuję część lekcji na rzecz rozpoczęcia intensywnego okresu koszenia (równoznacznego z nadejściem gorącego lata).

Inauguracja niechętnego odpalenia kosiarki miała miejsce w tym roku na początku kwietnia. I wdzięcznam Komu Trzeba za to, że kwiecień i maj pomimo mego niepokoju obeszły się z nami łagodnie. Nie padało tyle, co zwykle i koszenie nie odbywało się za często.

Ale już koniec maja. Grube pnącza szerokolistnej trawy zarastają teraz moje ukochane grządki w tempie adekwatnym do sprzyjających subtropikalnych warunków: dziko i zachłannie. Co tydzień, aż do końca października, ktoś będzie musiał w skwarze pchać kosiarkę, dźwigać kosę elektryczną z obrotowym, metalowym ostrzem (żyłkową „kłaki” trawy pod wdzięczną nazwą St. Augustine rozszarpują na strzępy). Wreszcie pozostanie temu komuś uprzątnięcie miotłą lub dmuchawą oderżniętych pnączy. Razem wychodzi ze dwie godziny harówki.

Po zszorowaniu z siebie potu, kremu z filtrem, zielonego pyłu, kurzu, po wypiciu litra wody, łyknięciu środka na tępy ból głowy – zawsze mnie nawiedzi po wysiłku fizycznym w Wielkim Słońcu - marzę, aby tym kimś od przycinania trawy byli panowie z zatrudnionej firmy ogrodniczej. Tacy rozprawiają się z trawnikiem mojej wielkości w kwadrans!

Hm... 
Korekta do poprzedniego akapitu: już kiedy przebieram się rano w podarte ciuchy, zakładam zdezelowane buciory i wywlekam kosiarkę z garażu, przekonuję samą siebie, że to nie robota dla jednej osoby. Ale jak nie wydać na serwis ogrodniczy i jednocześnie ujarzmić pnącą się we wszystkie strony gąbczastą murawę?

I doznałam w tym żarze olśnienia. 
Przecież do pielęgnacji trawnika mogę wziąć Kozę!

Dlatego w tym tygodniu oficjalnego sprawozdania z lekcji niet.
Koza zajęta.
Obskubuje trawę.

niedziela, 26 maja 2013

Jedne, jedyne

Chciałam złożyć życzenia wszystkim matkom, które mogą dziś czuć się nieswojo i stać nieco na uboczu, niezależnie skąd wypływa ich poczucie pustki:

z powodu utraty dziecka
z powodu nieobecności ojca dziecka 
z powodu braku dziecięcego zrozumienia dla podejmowanych przez nie decyzji
z braku bliższej czy dalszej rodziny, która wspomogłaby przy wychowywaniu dzieci
z braku środków do życia
z braku powodów do radości

Kobietom matkującym dzieciom specjalnej troski, chciałabym życzyć, aby miały wsparcie otoczenia.

Składam również życzenia tym matkom, które były nimi za krótko i nie zdążyły nawet poznać rysów twarzy swoich dzieci.

Najmocniej ściskam Was, które już wiedzą, nie możecie począć, urodzić, zaadoptować...

Żeby przynajmniej wspomnienie o własnej matce, w długim bilansie jej błędów i sukcesów, wychodziło dodatnio i żebyśmy się nie wstydzili o tym mówić. 

Jeszcze jako duży dzieciuch nie omieszkałam swojej mamie napisać tak:

jak się to stało
dawno temu zmieściłaś w sobie moją duszę i ciało
imię nazwisko dwadzieścia nut w skali gardła
tęczówki co jaśnieją po płaczu
kulturalne trąbki Eustachiusza bo bezgłośnie dudniące po uszach
mózg myśliciel nieruchomy z sercem wiercipiętą

jak to było
nie straszna mi wtedy woda dookoła ni ciemność
i w obu umiałam się huśtać jak chmura

jak ci nadziękować kochana
za to że mnie dla mnie wybrałaś
za to że przed moimi laty

zechciałaś być moim pierwszym wszechświatem

I wszystkim matkom "przyszywanym", które zechciały dla mnie zaistnieć - dziękuję. 

poniedziałek, 20 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Piąta: „Zwierz kocha”, czyli czas na zmiany

Czytałyśmy tekst o zoo i Kozie przypomniała się rozmowa z Bratem.
- Chciał, żebym mu pokazała fokę, co składa jajka. Mówię mu, że foki nie składają jajek, ale kłócił się ze mną, że widział taką, która składa. Na twoim laptopie.

Dla ścisłości: na moim laptopie niczego składać nie wolno!

Nie wolno nawet składać jego samego, bo jest tak zjechany, że się nie zamyka na skutek pęknięcia jednego z zawiasów (pokancerowanego – według Lubego Męża - na skutek mojego bezprecedensowanego obchodzenia się z urządzeniem, spowodowanego targaniem sprzętu z jednego kąta w drugi. Tu przyrzekam - odbywało się ono nie z mojej winy, gdyż nie mam w domu własnego biurka na skutek tego, że Kozak mi je zagracił, a zagarnął je bo, raz niedysponowana przeniosłam się na kanapę i Kozak uznał, że biurko mi niepotrzebne).

I tak od pół roku moja kochana Toshibka ze słabo kontaktującym podłączeniem do prądu oraz o wyrobionym akumulatorze służy na kanapie za komputer stacjonarny, którego – mimo niewielkich gabarytów - nie idzie zapakować do torby.

Wymiana zawiasu się nie opłaca, bo dycha kompcio rozgrzanym wiatrakiem na drugiej baterii, jadąc na trzecim z kolei kablu, a ten trzeci kabel łączy tylko wtedy, kiedy zwisa przewieszony przez monitor, opierając się najchętniej na trzecim rzędzie liter, powodując palcopląs, że o oczach nie wspomnę.

Ale zapędziłam się w dygresje. Miało być o foce, co składa jajka.

- I ponoć ta foka śpiewa - dodaje Koza.

Jeśli rzeczywiście śpiewała z mojego laptopa, to dobrze było ją słychać, bo mam odjazdowe, wbudowane głośniki pod przekrzywionym ekranem (uniesionym lekko w górę po prawej stronie - dokładnie nad feralnym zawiasem). A głośniczki są firmy harman/kardon! Unikacik takie co w laptopie, jeśli mogę czymś jeszcze komputer zrehabilitować.
- Mama, co to znaczy „miota”?
- Miotła?
- Nie! Nie broom tylko „miota”! Ba on mówił, że ta foka się "miota".

Ja też bym się miotała, gdybym zniosła jajko, ale teraz mam jednak ważnieszy problem: trzeba będzie zakupić nowy laptop. A ja nie chcę Windows 8.
„Niestetyk”, zakup kompa z Windows 7 oznacza transakcję online. Żaden szanujący się amerykański sklep z krwi i kości nie prowadzi sprzedaży nadal popularnej „siódemki”. „Niestetyk”, bo nie będę mogła wypróbować klawiatury. Muszę kupić kota w worku, a ten kot drogi. Kilkaset dolarów, żeby mi weń wlazły wszystkie zdjęcia.

Dumam nad tym, kiedy uzbieram znów taką kasę: w lipcu? w sierpniu? jesienią? A tu proszę: okazuje się, że Kozak lepiej nadążał za moją rozmową z Kozą niż ja. Umożliwiły mu podsłuch gipsowo-kartonowe ściany i otwarte drzwi.
- Mama, włąc mi piosenkę o fkoce na twoim laptopie!
- O jakiej fkoce? – Odwracam się do Syna stojącego w przedpokoju.
- O fkWoce! Co „złości się i miota”! Co mówi „a to świnia” i „a to klowa” „takich nikt jus nie wychowa”.
Aha! O „Kwokę” Brzechwy z Akademii Pana Kleksa prosi.
- Za moment, dobrze? Dokończymy tylko lekcję. Poczekaj grzecznie. Pięć minut!
I poszedł sobie. Przycupnął kulturalnie na kanapie i laptop spadł.

Urządzenie działa nadal, choć na kablu pożyczonym od komputera Lubego Męża i na rozdwojonym ekranie – brzeg obudowy po upadku odkleił się tuż nad rozkraczonym zawiasem, firmowy napis harman/kardon wygiął się wypukle...
Ech, szkoda słów!
Szykuj, matka, kilka stów.

- Psia kocha! – wzdychalam pół dnia nad niezadawalającym stanem konta bankowego. A wieczorem, przechodząc obok Kozy, podśpiewującej sobie cosik przy swych zajęciach, dobiegł mnie taki półgłosik:
- Psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha... psia kocha, kot kocha...

Nic, tylko trza brać tę odmianę za dobrą monetę! 

sobota, 18 maja 2013

O palmie, o której miało być później

Nazwałam blog „Kozą i Kozakiem pod palmą” i rozpisałam się o językowych wspinaczkach Córki, o „kozaczej sławie” Syna. Przeplatałam te relacje opisami Florydy, podpierałam zdjęciami, aczkolwiek palmowe liście ledwie kilka razy rozmazały się w tle cyfrowego zapisu.

Celowo na pierwszy plan palmy nie dawałam. Ani na zdjęciach, ani w zawiłościach słowotoku. 
Bo nie mogłam się zdecydować.

Jak osiołek Fredry, gdy mu w żłoby dano „w jeden owies, w drugi siano”, zastanawiałam się, co ugryźć wpierwej: rozpracować któreś z ponad dwóch tysięcy gatunków palm czy też może od razu górnolotnie porównać własną osobę do drzewa rzucającego na dzieci cień swej przeszłości, kultury, języka, a przez to raz chwalebnych, raz nieudolnych prób wypośrodkowania między byciem Polką a Amerykanką?

Miałam bujne plany opowiedzieć o tym, że za Jackiem Kaczmarskim życzyłam sobie kiedyś wychować dzieci na Kosmopolaków – na Polaków, którzy dobrze czują się w świecie nie rezygnując z polskości. (Przy czym Kaczmarski miał na myśli i tych rodaków, co nigdy żadnej części ciała poza ojczyznę nie wytknęli jak i nadwiślańskich obieżyświatów, a ja wyobrażałam sobie wyprowadzić na światowców czujących się Polakami nie do końca polskiego rodu dzieci i w dodatku zrodzone poza Polską.)

Utopijność mojego myślenia przysypał ostatecznie piaskiem huragan Sandy, kiedy siedziałam na wietrznej florydzkiej plaży zastanawiając się nad sensem przekazywania zamerykanizowanemu potomstwu słowiańskiej tożsamości.  

„Kosmopolskie” wychowanie Kozy i Kozaka nie uda się chociażby ze względów formalnych, lecz nie przeszkadza mi to gdzieś głęboko między wątrobą a wcięciem mostka czuć się Polką. Nadal „brzoza i wierzba są mi bliższe niż palma i cytrus, a Mickiewicz i Chopin drożsi, niż Szekspir i Beethoven. Drożsi dla powodów, których znowu żadną racją nie potrafię uzasadnić”.

W przeciwieństwie do cytowanego powyżej Tuwima umiałabym chyba wytłumaczyć przywiązanie do języka czy kraju w którym wyrosłam, ale chciałam dziś ugryźć temat od innej strony.

Palma, nawet gdy rosła, strzelista, w gronie kilku podobnych sobie lub wpięta w „pakiet” innych roślin, co na nią zerknę zachowuje narzucony jej przez naturę odstęp od reszty. Nie dano jej porządnie się zbratać i przytulić. Niby w grupie raźniej, a coś każe stronić od towarzystwa w którym się znajdzie. Żadne „kępą, mości panowie” nie wchodzi tu w grę.




Obawiam się, że nawet, gdy bardzo się staram, wyglądam jak ta palma powyżej - jakbym nie pasowała do całości. 

Do tego nierozgałęziona kłodzina nie ma czym innych pni „uchwycić”. I nie widać na zdjęciu, ale pod ziemią sytuacja ma się podobnie. Nie ma w co się zagłębiać, bo palmy mają płytki system korzeniowy.

Szkopuł w tym, że to w palmie-odludku tkwi imperatyw przeżycia największych huraganów. Jak żadne inne to drzewo posiada zdolność porzucenia wszystkich swych gałęzi, żeby w czasie sztormu wygiąć się prawie do ziemi i nie złamać.

Oto korona palmie z głowy spada, po wietrzysku zdarzy się, że drzewo leży jak kłoda, a ma siłę ponownie zacumować się w piasku i z czasem unieść nad sobą fontanny nowych liści. 

I o tym chciałam dzisiaj napisać: że na horyzoncie co chwila zawierucha, a ja, „po palmowemu” chciałabym być silna jak dąb.

Chciałabym umieć od nowa zapuszczać korzenie. 

środa, 15 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Czwarta: Alarm w czasie przerwy

Przerywamy lekcje, bo Koza musi wyjść do łazienki.
Czekam grzecznie na powrót Córki.
- Mama!!!
Wrzask Pierworodnej donośny. Mało drzwi nie wywali.
- Mama! Truuup!!!
Hm... Pewnikiem następna jaszczurka dostała się do domu, zaszyła się w zakamarku bez wyjścia i wyschła na wiór.
- Fuj, jaki wielki i jaki... gross! – biadoli Dziecko. - Jak się mówi gross po polsku? Ohydny? Chodź zobacz!
Prawdę rzekłszy, nie chce mi się, gdyż – mówiłam Wam już - Koza uwielbia przesadzać.
- Co mam teraz zrobić? Mama... No!
- Złap przez papier toaletowy i wyrzuć do śmietnika – odkrzykuję.
- Ale ja się brzydzę! Tam jest krew!
Cóż to w takim razie nam w łazience zdechło i kiedy, że nie przeistoczyło się z czasem w hitynową bibułkę?
Idę zaniepokojona formującym się w wyobraźni widokiem, jaki ma się za chwilę ukazać mym oczom. Mijam Kozę stojącą z miną nieszczęśnicy przed lustrem. Szukam nieboszczyka na podłodze.
- Gdzie ten trup?
- Tu! – Córka przytyka palec do czoła u nasady włosów. – I wcale go nie drapałam! Sam się oderwał od skóry, jak go zahaczyłam grzebieniem.