wtorek, 28 maja 2013

Lekcja Trzydziesta Szósta: Ucisk w Dni Wagarowicza

W październiku, z okazji polskiego Miesiąca Dobroci dla Zwierząt, poszłam Kozie na rękę, ograniczając lekcje języka polskiego do absolutnego minimum. Drugiego października, w Światowy Dzień Zwierząt Hodowlanych pokazałam Dziecku, że stać mnie na więcej: kompletnie odpuściłam lekcje na kilka dni i zajęłam się m.in. swoimi tarasowymi pomidorami. Ale w marcu dałam plamę. Tak się zapędziłam w obmyślaniu zadań z L2, że zapomniałam dać Kozie wolne w polskim Dniu Wagarowicza.

Zabyłam o tym „ważnym święcie”, ponieważ wagary w kozinej grupie wiekowej są w Stanach zjawiskiem prawie nieznanym. I w podstawówkach, w gimnazjach i liceach wszyscy uczniowie danej szkoły zaczynają i kończą lekcje o tej samej porze, toteż samodzielnie szwędający się „dzieć” w godzinach lekcyjnych od razu by podpadł społeczeństwu.

Zresztą co za przyjemność łazikować tam, gdzie nudno (np. między domami suburbii?). Licealiści, jeśli nie chcą iść do szkoły, po prostu zaciągają kołdry na głowy i zostają w domach, bo – znów – dokąd się udać i czym, jeśli nie ma się auta? (Szanujące się osiedla daleko od centrum linii autobusowych nie posiadają.)

Porządniejsze wagary przeżyć można w USA dopiero na uczelni wyższej, szczególnie, gdy uniwerki leżą poza granicami miast. Takie koledże mają tendencje ciągnąć się na mile w uroczych zespołach architektoniczno-krajobrazowych - jest gdzie pohasać i wtopić się w tłum.

Kiedy więc dotarło, że zapomniałam przekazać Dziecku wiedzę o polskim zjawisku kulturowym jakim jest kontrolowana ucieczka z lekcji pod hasłem „Topienia Marzanny”, musiałam Kozie tę stratę wynagrodzić i w tym tygodniu odwołuję część lekcji na rzecz rozpoczęcia intensywnego okresu koszenia (równoznacznego z nadejściem gorącego lata).

Inauguracja niechętnego odpalenia kosiarki miała miejsce w tym roku na początku kwietnia. I wdzięcznam Komu Trzeba za to, że kwiecień i maj pomimo mego niepokoju obeszły się z nami łagodnie. Nie padało tyle, co zwykle i koszenie nie odbywało się za często.

Ale już koniec maja. Grube pnącza szerokolistnej trawy zarastają teraz moje ukochane grządki w tempie adekwatnym do sprzyjających subtropikalnych warunków: dziko i zachłannie. Co tydzień, aż do końca października, ktoś będzie musiał w skwarze pchać kosiarkę, dźwigać kosę elektryczną z obrotowym, metalowym ostrzem (żyłkową „kłaki” trawy pod wdzięczną nazwą St. Augustine rozszarpują na strzępy). Wreszcie pozostanie temu komuś uprzątnięcie miotłą lub dmuchawą oderżniętych pnączy. Razem wychodzi ze dwie godziny harówki.

Po zszorowaniu z siebie potu, kremu z filtrem, zielonego pyłu, kurzu, po wypiciu litra wody, łyknięciu środka na tępy ból głowy – zawsze mnie nawiedzi po wysiłku fizycznym w Wielkim Słońcu - marzę, aby tym kimś od przycinania trawy byli panowie z zatrudnionej firmy ogrodniczej. Tacy rozprawiają się z trawnikiem mojej wielkości w kwadrans!

Hm... 
Korekta do poprzedniego akapitu: już kiedy przebieram się rano w podarte ciuchy, zakładam zdezelowane buciory i wywlekam kosiarkę z garażu, przekonuję samą siebie, że to nie robota dla jednej osoby. Ale jak nie wydać na serwis ogrodniczy i jednocześnie ujarzmić pnącą się we wszystkie strony gąbczastą murawę?

I doznałam w tym żarze olśnienia. 
Przecież do pielęgnacji trawnika mogę wziąć Kozę!

Dlatego w tym tygodniu oficjalnego sprawozdania z lekcji niet.
Koza zajęta.
Obskubuje trawę.

11 komentarzy:

  1. Na samą myśl o koszeniu trawy wszystko mnie swędzi..powiedz Kozie, że ciocia Ania musiała w młodości kosą łąki kosić, może będzie jej lżej :-)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z kosą na łąkę... to jest dopiero "wyzysk" ;-)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Zdarza się, ale nie w wersji "pogryzmolona dłoń" czy "zwinięty świstek", a "high tech" - telefony komórkowe, tablety. Dlatego m.in. jest zakaz ujawniania w czasie lekcji przydźwiganego do szkoły sprzętu elektronicznego - natychnmiast następuje konfiskata do końca dnia).

      Ściaganie jest o wiele rzadsze niż w Polsce, bo w Stanach jest inny system nauczania. Nie ma w nim "elementu zaskoczenia" (odpytywania przy tablicy na ocenę, nagłych kartkówek), źle napisane testy można poprawić. Stosuje się dużo testów "małego kalibru", a nie rozległych sprawdzianów np. z całego półrocza czy z materiału z dwóch m-cy wstecz. Nie ma wkuwania na trzy razy "z". Takie egzaminy o szerokim zakresie materiału są tylko na koniec roku; w podstawówkach/gimnazjach stanowią od 5 do 10 czy 15 procent oceny końcowej; na studiach od 10 do 20 procent (mniej więcej).

      Wracając do podstawówki: jeśli dziecko kuleje z jakiegoś przedmiotu, natychmiast są o tym informowani rodzice i nauczyciel przedkłada dodatkowe pomoce dydaktyczne do pracy z dzieckiem w domu (w tej chwili często są to ćwiczenia online).

      Jeśli naprawdę ktoś nie radzi sobie z przedmiotu, chodzi na zajęcia dodatkowe udostępniane przez szkołę. Po prostu proponuje się pomoc i monitoruje postępy na bieżąco. Wywiadówki są one-on-one (rodzic-nauczyciel).

      Nauka jest po prostu bardzo zindywidualizowana.

      Myślę, że nabywszy takich nawyków, gdzie ściąganie nie jawi się jako konieczność, później, w gimnazjum czy w liceum generalnie nie szuka się "oszukańczych" rozwiązań.

      Nawet w gimnazjum, przed klasówką, historyczka mówi wprost, co na niej będzie i czego nauczyć się na pamięć. I podobnie postępują inni nauczyciele. Nie ma "zasadzek" i uczeń wie, że jeśli mu się podwinie noga na sprawdzianie, to będzie mógł ocenę poprawić (tak samo, jak to było w podstawówce). Poza tym już w gimnazjum masz opcje wybierania przedmiotów (tzw. electives - np. plastyka, muzyka - w tym instrument lub chór, home economics - dawne ZPT, co to teraz po polsku - nie wiem; informatyka itp itd), a w przedmiotach głównych - math, language art, science etc. w zależności od umiejętnośći wybierasz klasę o wyższym lub niższym poziomie i to żaden wstyd, że z "polaka" (angielskiego) chodzisz do klasy o poziomie zwykłym, a na matmę, bo akurat jesteś mózg ścisły, chodzisz na zajęcia o poziomie wyższym.

      I to samo obowiązuje już w liceum. Jest to mini-college jeśli chodzi o opcje wybierania przedmiotów. I najważniejsze: programy szkolne do tej pory nie były przeładowane. Model "europejski", a przynajmniej jakiś "tympodobny" ma wejść do szkół od nowego roku szkolnego i rodzice są lekko poddenerwowani, ale to już za dużo do pisania... Może inną razą. Dzięki za pytanie. Ciekawe było!

      Usuń
    2. Odpowiedź jaka ciekawa! Obawiam się, że przeładowany program w europejskich- a przynajmniej w polskich- szkołach to mit. Króluje u nas dowcip o zadaniu z drwalem, nie przytoczę go dokładnie, ale w skrócie: w latach 60-tych treść zadania brzmiała: jeśli drwal pracuje w takim a takim tempie, to ile drzew zetnie w takim a takim czasie. Dziś treść tego zadania to: pokoloruj drwala.

      A ZPT to teraz "technika"

      Usuń
    3. A odpowiedz jeszcze ciekawsza! U nas w szkołach podobnie, ale UK ma w ogóle więcej wspólnego z Ameryką niż z Europą. Nawet mówi się z rezerwą, że coś dzieje się "na kontynencie". Wielu Polaków narzeka na brytyjski system szkolnictwa (na co oni nie narzekają), ale ja jak na razie jestem zadowolona. Oczywiście dokonałabym paru zmian, ale chyba nie w kierunku polskiego stylu edukacji. Cieszę się, że moje dzieci nie stosują słów takich jak: ściągać, kombinować, czy załatwić. Bo po co?

      Usuń
    4. Zgadzam się z Sylabą...nie wiem jak jest teraz ale za "moich" czasów testy w Polsce były po to żeby ucznia przyłapać na niewiedzy a tutaj testy są tak skonstruowane, żeby wiedzę, którą uczeń posiada - pokazać. Moja ESLowa uczennica z Arabii Saudyjskiej zawaliła ostatnio test z historii, trochę dlatego, że nie zrozumiała wszystkigo ale głównie dlatego, że uczyła się w systemie "a na czym mnie to przyłapią dzisiaj" i szukała podchwytów w pytaniach, których nie było.

      Usuń
    5. Amaranto, słyszałam ten dowcip o drwalu i zastanawiam się, czy na jakimś etapie polski program nauczania nie był faktycznie zbyt szeroki (ileś lat temu?), a teraz, w ramach "papugowania" zachodniego, nieznanego systemu, to co miało być prostsze do przyswojenia stało się karykaturalną łatwizną. Nie wiem... Nie mogę się wypowiedzieć, bo dawno wypadłam z tematu.

      Mnie bardzo irytuje, niezależnie od dziedziny, polskie ślepe kopiowanie niesprawdzonych programów nauczania; zawsze znajdzie się w nich jakieś "kwiatki". Nie proponowałabym np. amerykańskiego curriculum, jakie obowiązywało jeszcze niedawno nauczycieli matematyki. Gdy Koza była w szkole podstawowej (pierwsza, druga, trzecia klasa na pewno), panował w szkołach publicznych na Florydzie dziwaczny model wykładania matmy, "Spiral Curriculum" zwany. Nauka polegała na tym, że przez te trzy klasy powtarzano ten sam materiał, w każdej klasie nieco z niego liznąwszy. Nie zatrzymywano się dłużej na żadnym zagadnieniu, tylko omawiano je krótko, kilka dni, z grubsza, a co spamiętałeś, to twoje, a nie spamiętałeś - nie szkodzi, bo przecież w następnym roku do tego wrócimy. Dzieci uczyły się zagadnień matematycznych nie składając ich w całość i jedno nie wypływało z drugiego. I tu rodzice narzekali (a propos narzekań, o jakich piszesz, Aneto) i myślę, że mieli dużo racji. Teraz już tą metodą się nie uczy i dobrze, bo ja, "noga ze ścisłologii" (matmy, fizy itp) musiałam się nieźle nagłówkować, żeby zrozumieć, o co w zadaniach chodzi przede wszystkim dlatego, że 2+2=4 wykładano drogą okrężną (np. 1+1+2-2=4) - ja tu przesadzam dla przykładu, ale nie przesadzę, mówiąc, że najprostsze równanie było odpowiedzią niepoprawną.

      Do tej pory, poza tym "pomysłowym" rozdrabnianiem algebry nie miałam większych zastrzeżeń do programu nauczania w podstawówce, ale ten nowy, który wchodzi od połowy sierpnia b.r.... nie wiem, słyszę o nim różne rzeczy. Będę musiała go przestudiować.

      Usuń
    6. Amaranto, dzięki! (Technika! Słyszałam tę nazwę, ale nie zaskoczyła.)

      Aniu, coś jest w tym, co piszesz (szukanie podchwytliwych pytań, tam, gdzie ich nie ma). Sama przeżyłam ogromne zdzwiwienie porównując bezlitosne lub niekonsekwentne metody nauczania na polskim uniwersytecie do metod obowiązujących na amerykańskiej uczelni. Pierwszy semestr nauki w Stanach siedziałam na zajęciach w przerażeniu, bo przywalona żywym językiem i do tego w pięknym, akademickim wydaniu, wyobrażałam sobie, że oprócz tego, co jest na wykładach i w podręcznikach bedą wymagać ode mnie czegoś więcej i tego czegoś nie umiałam sprecyzować. Sama sobie w ten sposób dodałam do nauki frustracji.

      Amerykańscy wykładowcy, jak się wkrótce okazało, nie chodzili do roboty po to, żeby mnie "zdoić", "zdławić", pokazać, że nic nie umiem itp. (nie mówię, że wszyscy polscy wykładowcy tacy byli, ale wystarczyło kilku, którzy tak się zachowywali, żeby na studiach językowych przez kilka lat nauki student zaledwie kilka razy odważył się otworzyć gębę). A gdy jeden pan z amerykańskiego ciała wykładowczego na "mojej" uczelni postanowił jednak zastosować na zajęciach nie-amerykańskie metody (np. kartkówka z innego materiału niż ten, z którego miał być sprawdzian, nie informowanie ucznia, że jego wypowiedź w czasie zajęć została oceniona itp), gdy tylko skończyło się nauczycielowi "tenure" (akademicka posada wykładowcy na 10 lat), wyrzucono go z uczelni.

      Nic, rozgadałam się... lecę...

      Usuń