niedziela, 1 września 2013

Przymiarka do powrotu

Sezon huraganowy trwa, ukrop równomiernie smaży grzbiety od miesięcy. Gdyby nie kalendarz, pobieżny rzut oka po okolicy mógłby posądzić czas o czerwiec, o maj.

Ale kiście lagerstroemii pod moją nieobecność zsypały się falbankami blaszek na spieczony trotuar. Po iglicach żółtych kwiatów w szuwarach też ślad zaginął. 
Żółcą się dla odmiany kolumny szkolnych autobusów na horyzoncie. 
Gdy jeden z nich zatrzymuje się przy osiedlowym basenie z ciepłą taflą, nieruchomą, nie targaną wrzaskami uciechy, definitywnie dociera do mnie, że jest po wakacjach.

Jestem w domu i cóż mogę robić po wstaniu, jeśli nie rozgrywać z czteroletnim Synem partyjki szachów? Zaproszenie nadchodzi, kiedy jeszcze śpię, ale odmawiać upartemu Kozakowi nie warto.

Przyglądam się ocalałym ze sprzątania figurom. Stają na przedartej środkiem papierowej planszy w dziwnym porządku. Jednego skoczka, jednego króla, gońce, „królówki”, wieżę o wyszczerbionych blankach i trzy piony rozdano według wzrostu: po stronie Kozaka – pionki wysokie; przede mną - niższe. Czarno-białe pomieszanie z poplątaniem.

Podobnie w moich myślach. Całkowity galimatias.

Borykam się, na przykład, z nową prośbą Córki. 
Koza chce żółwia. 
Pytanie zaś, czy żółw chce Kozę. 
Wiem z autopsji, że schylających się nad nim stworzeń żółw po prostu nie lubi. Słyszałam poza tym, że od nieczyszczonego co tydzień akwarium capi jak od starego kozła. I coś mi świta, że żółwie potrafią żyć tak długo, że trzeba je wziąć pod uwagę w testamencie.

Martwi mnie coraz bardziej kulejąca Toshiba. Odmawia nawet takich prostych zadań jak czytanie karty z aparatu. Muszę rozeznać komu komputer podwędzić, żeby zgrać zdjęcia. Pal licho, że w pracy ożywienie. I to od dzisiaj. Że potrzebuję komputera do sprawdzania prac, których pierwsza partia zeżre mi już cały przyszły weekend. I potem następny... I następny... Aż stuknie kilkanaście tygodni.

Powinnam się cieszyć, bo od kilku lat każdy nawrót do pracy to nadzieja, że owo drgnięcie tym razem jest stałe. Że wychodzimy z zapadłej gospodarki. 
Ale co z zapadłym przez lato blogiem? Kto ma go reanimować? 

Z innej beczki - nasza wysłużona kanapa przywitała mnie szerokim uśmiechem. Biała gąbka szczerzy się dwurzędowo z rozprutej tapicerki i zamiast przebierać w ofertach ultrabooków z Windowsem siódemką na które ewentualnie mnie już stać zrobiłam krok w tył. Zastanawiam się co kupić pierwsze – laptop czy siedzisko? Które bardziej potrzebne do pracy?

I ciąży nad nami inna chmura. Sygnalizuje, że letnie sprawy nie zostały jednak usunięte z walizkami na strych.

Żeby nie być gołosłowną, powiem, że przeszkadza mi rozmowa telefoniczna z piątkowego wieczora. Obawiam się, że szybciej niż przewidywałam znów rozgrzebię szafę i łazienkę, zatrzasnę torbę, przewiozę setki mil i jeśli ma się to stać jeszcze jesienią, trzeba śpieszyć się z lekcjami Kozy. Koniecznie ruszamy z polskim w przyszłym tygodniu. Koniecznie!
Nie ma na co czekać!

Kozak ciągnie mnie za rękaw. Zapomniałam o szachach, a mój ruch.
- Mama! Rzucaj!
Dostaję kostkę do gry. Rzucam i przesuwam wieżę o sześć pól do przodu, a ostatnie z nich okazuje się niewidzialnym kwadratem za postrzępionym brzegiem planszy. Co jest grane? Dlaczego ku szczerbatej baszcie zmierza czarny król? Po jednym rzucie kostką Kozak odliczył... siedem pól? Skandal! Ta runda to wolna amerykanka! 
Założę się, że wieża drży, o głowę niższa od przeciwnika.  

A ja?

Mam na nieprzewidywalne sytuacje broń tajemną. Nazywa się zaufanie.
Sięgnęłam po nią nie dalej niż wczoraj, ściskając przy uchu telefon.
Mam nadzieję, że zadziała we wszystkich dręczących przypadkach.

***

I kilka słów „od redakcji” - Witam Wszystkich Czytających po długiej przerwie! Zapowiada się na dzień dzisiejszy, że jeśli moje wpisy będą trzymały się kupy, to when the stars align – cudem jakimś. Częstotliwość wpisów nie będzie ta sama co w zeszłym roku, ale... wracam.

Jestem ciekawa zmian w Waszym życiu. Piszcie, co u Was w trzech zdaniach chociaż. 

Obiecuję, że gdy tylko zakupię nowy sprzęt z lepszą pamięcią operacyjną niż moja zaraz zajrzę w Wasze strony. 

20 komentarzy:

  1. Witaj kochana :-) Nie pozegnalam sie z Toba przed wakacjami.. To choc przywitam sie jesiennie, prawie ;-)

    Jak udaly sie Wasze wojaze? My w nasze jeszcze nie ruszylismy.. ale juz za miesiac bedziemy na Zielonej wyspie :-D

    Zolwii nie polecam :p Sama mialam :p Rosna szybciej niz by czlowiek myslal, a wraz z nimi zapaszki :p Jedno czyszczenie zolwiego mieszkanka na tydzien to zdecywoanie za malo, no chyba ze komus nie przeszkadza.. hipopotami zapach :p

    Pozdrowienia gorace sle.. :-) i zycze by wszystko sie poukladalo... by czas sie znalazl na wszystko i pieniazki tez :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agato, już tylko miesiąc Wam został do wyjazdu? Jak ten czas zleciał. Wojaże udały się okropnie cudownie! Pisałam niedawno "psiapsióle", że nie włączyło mi się po powrocie takie tęsknienie za minionym latem, że trudno mi się pozbierać.

      Przeczytałam Kozie o Twoich doświadczeniach z żółwiami. Wzdycha tylko dziewczyna, bo czuje, co się święci. Żółwia pewno nie będzie...

      Dziękuję za wszelakie życzenia i życzę Wam, żeby po przeprowadzce było lepiej niż przypuszczaliście!

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Prawda? :-) Powiem Ci, że jeszcze jeden miesiąc i domu bym nie poznała. Nie tylko dlatego, że długo mnie tu nie było. Mąż po prostu zawsze lubi "zrobić mi niespodziankę". Nauczyłam się już, że zawsze wtedy należy okazać entuzjazm i wdzięczność, a potem sprytnie popracować nad tym, żeby sam dostrzegł mankamenty tych "prezentów" i zechciał je zlikwidować zanim się autentycznie wkurzę... ;-)

      Usuń
    2. Koniecznie entuzjazm, koniecznie wdzięczność!!! ;D

      Usuń
  3. Żółw byłby świetny, ale może, by nie utrudniał cywilizowanego funkcjonowania rodziny powinien przebywać w jakimś odizolowanym pomieszczeniu, najlepiej za szklaną ścianą? Albo za ścianą z duuużą szybą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szklana ściana przydałaby się czasem nie tylko dla żółwia ;-)

      Usuń
  4. No nareszcie! No przecież nie da się dłużej ciągnąć tego kramu bez Ciebie. Co do kanapy i klawiaturowca już niedługo się pojawią nowe u Ciebie. Jeszcze nie wiem skąd i jak, ale będą! Rozglądaj się w każdym razie...
    Co do zmian w mieszkaniu - moja znajoma, po powrocie zastała cały dom w... porożu...
    Cieszę się na Twój powrót - to był bardzo dobry znak dzisiejszego dnia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kanapa zamówiona, komputer jeszcze nie. A te rogi na ścianach u koleżanki, to tylko dosłownie przyprawiono i tylko do ścian, prawda? ;-)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. :-) Uśmiecham się szeroko na takie ciepłe powitanie. Dziękuję bardzo za wiwaty.

      Usuń
  6. Sylabo, alez sie ciesze, ze wrocilas! Ja tez sie juz przymierzam do powrotow :-)Do zobaczenia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, bo kompletnie nie wiem, co u Ciebie. Wracaj również. Do rychłego!

      Usuń
  7. Dość nieregularnie ale mimo wszystko co jakiś czas "koukałam" tutaj.
    Dobrze, że wróciliście. Pozdrawiam - tm razem spod Krakowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! W Polsce jesteś? To na jakim etapie ciąży? Na samiutkim ogonie?

      Usuń
  8. Miałam żółwia, a nawet dwa. Nie popełniaj tego błędu. Śmierdzi bardziej niż od kozła!
    Poza tym pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha! Jednak śmierdzi! Tak sądziłam. Dziękuję za ostrzeżenie. Pozdrawiam również!

      Usuń
  9. O rany, ale ja się spóźniłam z powitaniem ... aż mi głupio ... sorki. Cieszę się, że wróciłaś na blogowe łamy i życzę sobie i innym czytelnikom by wpisy pokazywały się często i gęsto.
    U nas dom postawiony na głowie i nie wiem czy kiedykolwiek uda mu się znowu stanąć na nogach, ale ... nie narzekam. Widoki z innej perspektywy są równie ciekawe.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, widoki z Twojej perspektywy są wyjątkowe. Jestem tego pewna. Myślę, że Twój dom stoi mocno na ziemi ;-) Przetrwa nawet do góry nogami.

      Usuń