niedziela, 27 listopada 2016

Dodatek poświąteczny - poszłam ci ja do sąsiada.

Pukanie do drzwi to pierwsza oznaka świąt. Witam je z otwartymi ramionami. I cień za drzwiami i nadchodzące dni wolne. Na werandzie stoi sąsiad. Niech mu będzie Pete, Pioter po naszemu. Czy będziemy mogli zająć się kotami? Pewnie! Nawet gdy sami gdzieś na krócej jedziemy. Sąsiedzi mają rodzinę bliżej, wyjeżdżają przed nami i wracają po nas.

Biorę przyniesiony klucz, obiecuję, że obie kotki będą pod najlepszą opieką. Sąsiad przeprasza za kłopot. Jaki kłopot! Panie Piotrze, gdybyśmy zostawiali zwierzę w domu, tak samo by nam pan z małżonką pomógł, czyż nie? Tekst zawsze działa. My co prawda zabieramy Kozę z nami, ale gdyby nie, wiem, że mogę liczyć na pomoc. Sąsiad i tak wygląda na nieszczęśnika. Mina - co najmniej jakby chciał zapaść się pod ziemię. (Nie trzeba, naprawdę!)

Ten zwyczaj przekazywania klucza trwa od lat i dialog otwierający okres wypoczynkowy wiele się nie zmienia. I tak, proszę wycieczki, co święta odwiedzamy dom sąsiadów. Chodniczek, dąb, hondzia, schodki, podcień. Daleko nie ma.

Kota można mi powierzyć. Przećwiczyła mnie kocia jednostka specjalna teściowej i miałczki obok to dla mnie pikuś. Ktoś nawet ostatnio chciał mi dawać rady w sprawie opieki nad futrzakiem. Kto to był? Nie pamiętam, ale pamiętam, jak go zbyłam - nie ucz ojca dzieci robić.

Koty sąsiada zaopatrzone są w dozownik na karmę i wodę, więc luzik. Nie umrą z głodu lub pragnienia. Ale kto koty w amerykańskim standardzie posiada, ten wie, że problem leży w czym innym. Kot plus brudna kuweta plus wykładziny nie tworzą zgodnego trio. Trzeba codziennie żwirek łopatką elegancko przegrzebać. Od biedy co półtora. Szczególnie że charakterny, młodszy kocurek sąsiada lubi świeżość, zgodnie z obietnicą z pudełka. Fresh to musz. Miałczy kotek i ma. Tak nauczony.




Badaj czytelniku, że żwirek oporowo wchłania nawet olej silnikowy. Capi przy tem chemicznymi aromatami Febreze jak za cara. Słoń by się w nie zesrał i nikt by nie poczuł, a charakternemu nawet zeschnięta bryłka moczu przeszkadza.

Kuweta jest otwarta, bez wysokich ścianek, bez daszku. Dwudniowe spóźnienie z czyszczeniem i żwirek wita już pod stopami w kuchni, nie tylko w przejściu do pralni i na jej całej długości. Charakterny nie żartuje. W dodatku zrobi kupę przed lodówką Whirlpoola, natomiast krąglejsze fekalia teleportują się w krainę exotique, aż za zmywarkę w wyspie kuchennej, na matę w palmy przy szklanych drzwiach na patio. A gdzie zrobi siku, to raczej pomińmy. Dość rzec, że w miejsce asymilujące się z płynami, włókniste à la Dynasty typu shaggy, kolor jasny brąz, przymocowane listwami przypodłogowymi do ścian.

Dotąd raz dałam ciała, zapominając o kotach na równe trzy dni. Teraz oto. Na usprawiedliwienie powiem, że klucz słabo pasował. Koza musiała szarpać się z zamkiem, podczas gdy ja sprintem leciałam alarm wyłączać na przeciwnej ścianie domu. Wychodząc zaś (w zeszły wtorek?), wyszarpałyśmy klucz w siedemdziesiątej piątej sekundzie, na pięć przed sprowadzeniem straży i policji. I śmietnika na kupy nie było, co rutynę zamotało. Sąsiedzi zapomnieli go chyba w przejściu do pralni ustawić. Po trzecie miotła się zamiotła. W tej przydługiej pralni. Po czwartek nas nie było. A z wyjazdem świątecznym nastąpiła kocia amnezja.

Dzisiaj w porze popołudniowej wróciła mi pamięć. Dawaj po Kozę, bo w pojedynkę do domu sąsiadów przecież nie wejdę! Ten pewnie wygląda już jak u psa wychodek. Biegiem lecim na Szczecin: chodniczek, dąb, podcień, Koza walczy z zamkiem dłużej niż zwykle. Pruję do środka. Dobiegam do manipulatora. Wpykam rok urodzin sąsiada. Myk do pralni, sięgam po żwirek, jak prognozuje pudełko - czeka mnie sytuacja ekstremalna. I... Ej... Dociera, że stoję w ciemnościach. Charakterny! A to małpiszon! Aportuje, odkręca wodę w zlewie, a teraz za pstryczki się zabrał. Olrajt. Ale zobaczymy, kto tu rządzi. Włączam jarzeniówkę, luk w kuwetę, dezorientacja mnie nie opuszcza. Przechodzę nierównym krokiem do kuchni. Ani bobków, ani drobinek żwirku. Ale wtedy zerkam w kąt, gdzie składałam przed wyjazdem zawinięte w reklamówki stolce z uryną. Zdematerializowały się! Wydaję z siebie obcy dźwięk.
- Co się stało? - krzyczy Koza z proga.
- Nie ma kup!
- To chyba dobrze?
Gówno prawda! - myślę wściekła. Co on z nimi zrobił? Zabiję kota! Mam na to całą godzinę i jak babcię kocham, utłukę. Szukam najpierw rozprutych worków i kocich gówien. Po kuchni. W jadalni. W salonie. Znowu w kuchni. Jestem bliska płaczu, gdy mój wzrok pada na miskę charakternego. W wodzie pływa lód. Tak jak lubi. Przeszły mnie ciarki. Trzy dni nikogo nie było i skubaniec nauczył się kostkarkę obsługiwać?
- Mama?
Patrzę na Kozę i widzę za nią otwarte drzwi wejściowe.
- Nie mogę wyjąć klucza z zamka.
Za Kozą zaś jasna plama przy krawężniku. Honda! Ja chromolę! Hondy nie ma! Nie ma żwirku na podłogach, kału w kuchni, worków...
- W nogi! Szybko! Spadamy stąd! - Szarpię Kozę za mankiet i ciągnę do wyjścia.
- Ale co z kotami?
- Koty... w porządku! Szybko!
Wyskoczyłam od sąsiadów jak oparzona. Koza za mną. Zamek puścił. Bieg do domu.
- Co się stało? Mama! No, powiedz mi!
- Wcześniej przyjechali! Nie ma ich akurat w domu, ale już wrócili.
Opadłam na kanapę, nie wiedząc, co gorsze: stajnia Augiasza, jaką z pewnością zastali sąsiady czy nieproszone wejście pod ich nieobecność. Przeanalizowałam wszystko od początku. No tak! Oprócz braku hondy przeoczyłam pozbierane kocie zabawki i torbę przy zlewie. Ale trudno. Stało się. Nic już na to nie poradzę. Było minęło i nikt się nie domyśli, że przyszłyśmy po ptokach.
Mogłam gorzej nabroić. Wbiegając do środka, mogłam wpaść na sąsiada w negliżu. Dopiero byłby obciach!
- Mamo? - pyta Koza.
- Słucham cię, kochana...
- Jak wychodziłyśmy od sąsiadów...
- No?
- Czy włączyłaś z powrotem alarm?

8 komentarzy:

  1. o rany, ale przezycia! ...i tak to zostaw sasiadowi pod opieke kochanego zwierzaka... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Serce mi wali do tej pory. A kochany zwierzak pewnie śmieje się ze mnie w kułak ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kwile! Na bank to kocia ustawka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wykluczam! Kot gładko czarny, a na imię mu Malificent, po czarnym charakterze królowej-czarownicy z Disney'owskiej "Śpiącej Królewny".

      Usuń
  4. Sylabo, nie dam Ci kluczy, nie powierzę kotów,
    chociaż uwielbiam, jak piszesz, i cieszę się, że wróciłaś do formy! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahaha... naprawdę? Ale to był ten jeden, jedyny poślizg na tyle lat! Poprawię się już następnym razem!

      Usuń
  5. jezu jakie horrory :-)))) super , ze jestescie , a opis kup i zwirkow genialny - pisalas jakby o naszych kotach ;-) - tylko nasze maja zwirek bio , wiec trzeba czesciej zmieniac .pozdrowiska

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bio? To tutaj droższa rzecz! To trzeba kupę kasy, żeby regularnie go tu używać. Pozdrawiam i ściskam Mamę T. :-)

      Usuń