piątek, 22 marca 2013

Lekcja Dwudziesta Szósta: „Ambitna” czyli jak podnieść sobie naukową poprzeczkę

Wychodzi, że chwilę mnie tu nie było. Ano, wsiąkłam... Przyczepiła się do mnie proza Anity Shreve. Czytałam w każdej wolniejszej chwili, bo człowiek lubi od czasu od czasu się zakochać, a było w czym.

(I prośba do tłumaczy jej książek: błagam, nie zamieńcie ich w beznadziejną papkę, gdzie liczy się tylko fabuła.)

Ale do rzeczy... W ramach ćwiczeń gramatycznych Koza wypełniała ostatnio tabelkę z rzeczownikami w liczbie pojednynczej i mnogiej i sprawdzając zadanie ucieszyłam się, że Córka pokonała swą awersję do czworonożnych drapieżników (więcej TUTAJ) i bezbłędnie rozpisała „lew – lwy” i „tygrys” – „tygrysy”.

Lecz sobą by nie była, gdyby nie omieszkała też pojechać po bandzie w innych częściach tabeli: dwie „żarówki”, ale w liczbie pojedynczej wpisała żarówa,
dwie „kucharki”, ale jedna kucharz...  „Bagaż” w kozinej liczbie mnogiej został przechrzczony na bagażnik, a co się porobiło z „planetami”, to wstyd mówić! W liczbie pojedynczej podzieliły los „kucharek” (stały się rodzaju męskiego) i dodatkowo wykazały się niskim ilorazem inteligencji. Dość rzec, że jedna planeta według rozpiski Kozy to palant.

- Rybcia, aleś powypisywała! Nie zastanawiałaś się zbytnio nad tym, co robisz, dobrze mówię? –zagadnęłam przeczytawszy odpowiedzi.
- Nie za bardzo – szczerzy się Córka.
- A dlaczego?
- Bo się śmiałam.
- Co w tym zadaniu było takiego śmiesznego?
- Nic. Po prostu przypomniało mi się jak nie lubiłam w pierwszej klasie zadań domowych...
- No, ba... kto je lubił...
- Ale ja, kiedy miałam pisać jakieś ćwiczenia, kładłam zeszyt na stół i zamykałam oczy. Z całej siły! I myślałam, że jak je otworzę, to od tego zaciskania zeszyt zniknie.
Ryczę ze śmiechu. Koza mi wtóruje.
- Szybko dotarło, że tą metodą nigdzie nie zajedziesz, co?
- Tak! Jak zauważyłam, że to nie działa, to wyobrażałam sobie, że znika cały stół razem z zeszytem!

11 komentarzy:

  1. Ta Twoja Koza poczucie humoru ma po mamusi! Moja Talkusia kiedyś wydawało się, że na poważnie spierała się ze mną, że mówi się i pisze "rencami", a ja jej uwierzyłam i pociłam się przez kilka minut, by jej sprawę wytłumaczyć. Jak wydało się, że to tylko żart, to chciałam się gniewać, ale histeryczny śmiech skutecznie mi przeszkadzał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod włos brać własną matkę ;-) Dowcipnisia...

      Usuń
  2. :DDD
    Spróbuję tej metody w pracy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że nastąpi taki wzrost wydajności, że podwyżkę masz murowaną!

      Usuń
  3. No u mnie też nic nie działa...powieki tylko bolą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patrz... to całkiem jak u mojej Kozy!

      Usuń
  4. Ja też próbuję tej metody - wyobrażam sobie, że znikają naczynia w zlewie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ej! Kompletnie zapomniałam, żeby spróbować tej metody przy sprzątaniu... ;-)

      Usuń
  5. Wspanialy pomysl! Gdyby tylko to dzialalo :p Ja jak bylam mala to w ten sposob probowalam sie przenisc w inne miejsce.. takze bez skutku :p
    Co do cwiczen gramatycznych - brawo dla Kozy za kreatywnosc :p Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki! Pozdrawiam również :-)

      Usuń
  6. Kiedy s pisałam Ci o ćwiczeniu gramatyki jakby poza zadaniami na kartce - rodzic wie co chce ćwiczyć i trochę to wciela w życie, w trakcie normalnych rozmów. Przypominam Ci o tym...żeby Koza wszystkiego nie zaczarowała...

    OdpowiedzUsuń