Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thanksgiving w Stanach Zjednoczonych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thanksgiving w Stanach Zjednoczonych. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 listopada 2016

Święto Dziękczynienia z dodawaniem

Pojechałam na próbę chóru. Zmęczenie materiału po wygranej Trumpa sięgało zenitu, bo jeszcze wtedy mało kto otrząsnął był się z szoku. Jednymi targała dzika złość, drugimi dzika radość. Zagorzali, co mieli wygrać, musieli zacząć godzić się z klęską. W innym świetle wyników nie widzieli i nie widzą. A ci, którzy wygrali, musieli zacząć godzić się z faktem, że pierwszy raz w tym stuleciu nie da cieszyć się publicznie victorią we własnym kraju. Gdzie amerykańska wolność słowa?

Jechałam zniesmaczona społecznościową wrzawą. Chciałam po prostu znaleźć miejsce w protestanckiej kościelnej ławie i pośpiewać o nie-wyborach. (Chór ćwiczy w kościołach, które go pomieszczą i użyczą do akompaniamentu pianina; nawiasem mówiąc, równo parkującego przy ołtarzu obok flagi państwowej.)

Ale kiedy wyściskałam znajomych i rozpakowałam nuty, zapomniałam o bolączkach. Boczną nawą nadszedł wreszcie dyrygent. Kocham faceta. Mówię to otwarcie. Joshua to typ spod jasnej gwiazdy. Wiecznie uśmiechnięty, zawsze wynajdzie powód do radości. Wyrobił sobie cholernie wysoki współczynnik inteligencji emocjonalnej i nadzwyczajną pamięć. W kontaktach bezpośrednich zaskakuje, bo zwraca się do każdego po imieniu, a samych osób pod batutą ma trzysta z czymś, nie liczę orkiestry.

Krótka rozgrzewka, zabraliśmy się za kolędy. W połowie próby zaczęło rypać mnie w krzyżu. Protestancka bozia wybaczy, ale na poduszce z pianki długo kręgosłup nie lubi. Akurat wybierałam pod tyłek kościelny śpiewnik o twardych okładkach, gdy Joshua przystanął w wąskim transepcie i zapukał w nauszny mikrofon.
- Czy wiecie, że... - zaczął dyrygent, pomajstrował chwilę w kieszeni przy baterii i wrócił do przerwanej myśli. - Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że obok was może właśnie siedzi ktoś, kto nie głosował na tę samą osobę, co wy?
Opadłam na gruby wolumin, aż zabolało.       
Zapadła grobowa cisza.
- Obserwowałem was przed próbą i nie zauważyłem ani jednej kłótni - ciągnął Josh. - Ktoś wygrał, ktoś przegrał, ale ja w tych wyborach na pewno zyskałem. Upewniłem się, że jesteście chórem, o jakim zawsze marzyłem. Ponad podziałami. Bardzo wam dziękuję.

Przedwczoraj, na rodzinnym obiedzie z okazji Święta Dziękczynienia zabrakło gremialnych podziękowań. Owszem, znalazł się na dzień dobry szczery entuzjazm, że znów się widzimy, że benzyna po wyborach staniała, że dojechano bezpiecznie, że nowa fryzura, że Kozak najwyższy w klasie, że Fred, samotny znajomy, dał się jednak zaprosić (tak jak w polską Wigilię - nikt nie powinien tych świąt obchodzić tu sam). Obgadaliśmy plany bratanki ciotecznej, Lizzy, i jej męża, bo przeprowadzają się do Baltimore, ale stamtąd przecież trzy godziny autostradą do kuzyna, więc nie będą tak całkiem sami. Przyklepano okrągłe plery wuja. Czaszka goi mu się całkiem nieźle po wycięciu guza mózgu. Zaczyna widzieć na lewe oko, ale popłakał się równo obydwoma oczami pod uściskami rodziny.

Po pierwszym rozdaniu, po zwyczajowej grace (modlitwa przed jedzeniem) rozmowa przeszła znane sobie etapy od pogody przez chwalenie potraw po dolegliwości. A potem gips. Zagadnęłam, kto pamięta świętodziękczynne wymienianie rzeczy, za jakie chciałoby się podziękować, to rozmowa się nie kleiła. Jedynie wuj wybąkał, że cieszy się, że znów zaczyna widzieć. I znów się popłakał, bo nie wie, czy przejdzie pozytywnie kontrolne badanie wzroku. Mąż Lizzy w samą porę odkorkował wino i polał pijącym-nieprowadzącym. W tym wujowi, co znów przyprawiło o łzy w oku zdrowym i zdrowiejącym. Wznieśliśmy toast. Za zdrowie oczu, przysmaków i kucharek. Gobble! Gobble! (Jak gulgoczą amerykańskie indyki. )




A po winie zaczęły się rozplątywać z poprawności politycznej języki. Zcięły się głosy nad galaretką z żurawiny i tartą z dyni i uznałam, że pora myć naczynia. Nadsłuchiwałam, jak w rodzinne święto, pierwszy raz od lat, łamie się zasady, poruszając tematy tabu i tworząc nowe podziały. Nikt się nie wszejczył. Pyskówek w amerykańskim klanie męża nigdy nie odnotowałam. To nie polska, szlachecka krew. Ale przekonałam się ponownie, że wywody podane na zimno są o wiele gorsze. Nie można później zwalić winy na rausz, co się wywinął spod kontroli. Chciałabym rzec, że może gdyby przyjaciółka Lizzy nie wdała się w opowieść o marnym rynku pracy w Pensylwanii - przecież koleżance ganc egal, nie jej krewni przy stole - to dyskusja nie potoczyłaby się w niebezpiecznym kierunku. Ale byłaby to nieprawda. To nie przyjaciółka Lizzy, a ciotka E. (imię zmienione) wyklęła swych powinowatych za głosowanie na innego kandydata niż ona sama.

W efekcie część gości wyszła wcześniej, bez swojej porcji resztek w menuboxach, stąd na zdjęciu pamiątkowym, pstrykanym późnym popołudniem, pozuje tylko jedna frakcja polityczna. Wuj też dotarł przed obiektyw, chociaż graśla się teraz, gdy niedowidzi. Jeśli się przyjrzeć, widać, że choć już nie płacze, to jest wystraszony. Nie zaliczy badania na wzrok, nie odnowią mu prawa jazdy.

Czyli świąteczny obiad się skwasił. W sumie do przewidzenia. Nie da się zalać robaka krzywd wyborczych u najbliższych tanim winem. Bo w tym cały jest ambaras, by rodzina chciała na raz zmienić tor i ton konwersacji. Mogła porozwodzić się nad dziewięćdziesiątą, nowojorską paradą z okazji Dnia Dziękczynienia, co w tym roku przemaszerowała ulicami przy zaostrzonych antyterrorystycznych środkach bezpieczeństwa. Albo przełączyć kanał telewizyjny na mecz futbolowy. Albo od biedy zdradzić, który odważny pojedzie na zakupy o świcie dnia następnego, w Black Friday, Czarny Piątek, po iPhone 7.

Ja jestem z tych, co nie lubią, gdy rodzina się od siebie odsuwa. Nie cieszy naprawiony odkurzacz. Nie irytują bałwanki z dykty w szuwarach - ostatni wymysł nadgorliwych dizajnerów na moim osiedlu, klapnie wizja projekcji Elfa z Willem Farrellem. Za miesiąc Boże Narodzenie i przykro mi, że ktoś po Stanach rozsianej rodzinie już okolicznościowych życzeń nie przyśle lub doń nie zadzwoni, bo krzywo głosowała. "Nie mamy sobie nic więcej do powiedzenia." WTH? What the heck? Kiego diabła?

WWJD? What Would Jesus Do? Sprzątałam i dokładnie tak myślałam. Co by zrobił, gdyby wiedział, że jego urodziny będą najlepszą okazją dla człowieka, żeby wypiąć się na własną familię? Uważam, że powinien przyjść i jasno się wypowiedzieć także w wielu innych sprawach. Np. broni palnej. Szóste przykazanie katolickiego dekalogu głosi nie zabijaj. Lecz ten, kto zna oryginał, wie, że stoi tam "nie morduj". Czy stolarz z Nazaretu kupiłby więc kieszonkowy Kel-Tec dla samoobrony? Jeśli tak, to podchodziłby pod republikanina. Jeśli nie, mógłby być demokratą. I co z aborcją? Przedłużenie ciała i woli matki - wedle demokratów, czy zabójstwo, przychylając się wizji republikańskiej. A co powiedziałby o prawach gejów? Czy byłby za, jak demokraci? Do tego globalne ocieplenie, w które nie wierzą republikanie...

Wyolbrzymiam, ale przez podobne rozróżnienia Amerykanie sami zagonili się w dwa obozy i nie potrafią zrozumieć czemu ktoś głosował, jak głosował. Jeśliś nie z nami, to przeciw nam. Leszcz z leszczyną, granat w kołysce. A tu nic bardziej mylnego! Moja koleżanka, mówiąca o sobie liberalna demokratka, walcząca feministka, wcale nie sprawia wrażenia osoby mającej nierówno pod sufitem. Dyskusji o prawach gejów nie trawi, bo sądzi, że tym się akurat nie należy i już. Głosowała na Clinton, cierpiąc, że ta jednak w końcu postanowiła ich wesprzeć. Przyjaciółka Lizzy przyznała przy świątecznym stole, że miała dosyć rządów Obamy i liczy na nowe miejsca pracy. Głosowała na Trumpa, rasistka po prostu. Nietypowa, bo rasiści ponoć zasilają formację republikańską, a przyjaciółka jest demokratką, ale zawsze. Mąż Lizzy dostał w Maryland rządową pracę. Dlaczego więc głosował na Donalda? Czyż to nie republikanie trąbią o zmniejszeniu biurokracji?

Wyzwiska nie pomagają niesprawiedliwych łatek ludziom odklejać. Z góry fundujemy jednym szambo, drugim szansę. Nie chcę tak. Marzy mi się, ściętej głowie, żeby zaprzestano klasyfikacji wyborców na podstawie własnych uprzedzeń i sloganów telewizyjnych. Przydałoby się trochę spokoju. I chciałabym, żeby wuj przewidział do końca na lewe oko i zasiadł za kierownicą, bo auta to całe jego życie.

I co to za obiad na Thanksgiving, kiedy zimą powiało. A młodzież niegłupia. Widzi, że biesiadujący słabo mają się ku sobie, wyciąga wniosek, że głosowanie to kuper w banię i wypisanie się z testamentu ciotki E.

O dziwo, najmniej krytycznym obywatelem całego spotkania okazał się mój młodszy dzieć. Nie wytrzymał. Odłożył widelec i na cały głos podsumował towarzystwo:
- Siedemdziesiąt dwa dodać trzy równa się siedemdziesiąt pięć!

I żesz kurde! 
Coś w tym musi być. 
Takie powinny być opinie.
Konkretne.
Odważne.
Racjonalne.
Przejrzyste.
Nie do podważenia. 

środa, 21 listopada 2012

Zabawy przedświąteczne

Kozak ze Swoim Tatą demolują garaż.
Przynajmniej takie można odnieść wrażenie, bo walą młoty, tną piły i świszczą wiertarki. Uporawszy się z sałatką z ananasa, orzechów i żurawiny i korzystając z tego, że Męska Część Rodziny naprawia rozchybotaną szafkę Kozy, postanawiam upiec ciasto. (Dla przypomnienia - jutro wypada w tym roku Święto Dziękczynienia, czyli Największa Amerykańska Wyżerka.)
Bezszelestnie odmierzam produkty, mieszam mąkę z sodą, rozpuszczam tłuszcz i wyciągam mikser z szafki, gdy zza łokcia wyłania się łepek Syna.
- O! Piecemy! Pomogę ci!
„Piece-MY?” „My” to raczej nie.
- Nie dzisiaj, synu...
- Ale ja jestem dobly do pomagania.
- Wiem, wiem... Tylko bardzo mi się śpieszy, kochanie.
- Ale tseba się dzielić!
- A! On jest z tobą? – W kuchni pojawia się Mąż. - To świetnie.
Uśmiecham się krzywo. Zależy mi, aby móc dziś popiec bez zapalonych pomagierów... 
- Mama mówi, ze nie mam pomagać – skarży się po angielsku Syn na widok Ojca. - A ja umiem!
- Pewnie, że umie! – rzecze chytrze Mąż i dowcipkuje:
– Mogę ci go z czystym sumieniem zarekomendować jako summienego pracownika. Chcesz zobaczyć, jak mi „pomógł” w garażu? Czy wolisz, aby dosłać ci potem pisemne referencje?
Wybieram pisemne referencje i wciskam w ręczny mikser końcówki do mieszania. Błagalnie patrzę na Męża, żeby ten jednak zabrał mi spod nóg Naszą Pociechę. Ta akurat sięga po mój mikser.
- Mama, ja nie chce jus pomagać tacie! Ja chce się telas bawić twoją wieltalką!







środa, 14 listopada 2012

Wyprawa po Złote Runo


Trzeba wiedzieć, gdzie je zdobyć. (Nie leży na popularnych sklepowych stoiskach.)
Trzeba wiedzieć, kiedy się pojawi.
Zaznaczyć zawczasu miesiąc, dzień w kalendarzu.

Wybrać się z rana.
Długo podążać na zachód.
Przy korzystnych wiatrach przejechać na zielonym świetle większość ulicznych krzyżówek.

U celu podróży zacumować „okręt” na ostatnim wolnym, wąskim miejscu parkingowym.
Pokonać wojowniczy tłum gawiedzi...

Szczęściem w mojej nowożytnej bajce nie usypia się pieśnią strażnika. Wystarczy machnąć mu odliczoną gotówką przed nosem i osobiście wypcha skarbem siatę po same uchwyty.

Ale droga powrotna z wymarzonym balastem nie jest łatwa.

Chcąc wrócić cało z wyprawy nie szarżuję ze szczęścia. Ostrożnie drepczę na parking (ciężar torby kaleczy bark). Ostrożnie poruszam się po wilgotnych ulicach ściganych przelotną burzą (pojazd mógłby wpaść w poślizg).

Trzeba jeszcze zdobyć koper. Niejodowaną, nie morską sól. W domu wyparzyć słoiki.

Podobnych „trzeba” znalazłoby się więcej, lecz nic mnie nie powstrzyma.
Ani głodne harpie, ani ziejące ogniem woły, ani rozśpiewane syreny.
Dlatego dzięki absolutnej determinacji pod zakrętkami do słojów typu Twist-off zachodzi w mojej spiżarce cud fermentacji.

Naprawdę nie kojarzę, abym dokonała ostatnio bardziej heroicznej przeprawy w błogostan.
Poza tym, czy można zrobić pod palmą coś równie patriotycznego w okolicy jedenastego listopada, niż posmakować chrupiących małosolnych?




Ps. Jeśli ponownie zdobędę się na tę ekspedycję, na przykład za kilka dni, ogórki zajmą honorowe miejsce wśród talerzy w Święto Dziękczynienia. (Amerykańskie Thanksgiving wypada w tym roku 22-go listopada. Jak nietrudno się domyślić z tego wpisu, będzie wtedy wyjątkowo za co dziękować...)