Pamiętacie, jak postawiono kreskę na moje ostatnie
pomidory w donicach i chciano się ich pozbyć? (Więcej TUTAJ) A one, wytargane przez huragan Sandy, wylizały się z ran i chociaż
miejscami przybrały wygląd iście jesienny (zesychające listki, zbrązowiałe
łodygi), nadal owocują. Skromniej niż na początku tropikalnego lata, ale pną się wzwyż. Ciągle walczą o swój kawałek nieba.
A propos pomidorów, taka historyjka mi się przypomniała:
Syn protestuje widząc,
co będzie na obiad.
- Nie sce lasagni,
mama!
- Naprawdę? Sam pomagałeś mi robić i teraz nie chcesz?
(Proszę nie doczytywać
się za wiele w słowie „pomagałeś”. Kozak po prostu stał na krześle obok i
wyskubywał z miski masę serową.)
- Nie sce.
- Mogę ci zrobić
kanapkę.
- Nie lubię kanapki.
- Niczego innego nie
mam... Chyba, że zostały jeszcze mrożone pierogi. Mogą być?
- Nie, dziękuję.
Kucam przy Dziecku.
Czuję, że należy wrócić do punktu wyjścia. Niech mi Kozak wyjaśni, dlaczego
nagle dzisiejsze danie mu nie odpowiada.
- Synku, lasagne są pyszne. Jest w nich wszystko, co lubisz: makaron, ser i sos pomidorowy.
Dlaczego nie chcesz ich jeść?
- Bo ja sce coś
baldzo, baldzo innego, mama!
Masz ci babo placek!
Czegoś „baldzo innego” się Dziecku zachciało.
- Czyli co takiego?
- Spaghetti!
