piątek, 23 grudnia 2016

Podnieść na duchu

Jako dziecko wierzyłam, że wszystko posiada duszę. Stołek, na którym siadam, dziurawe rajstopy czy kubek z kożuchem. Skąd ta wiara, nie wiem. Pewnie z jakiejś własnej, nieprzymuszonej woli.

Uwierzyłam też w duchy. Milczały, gdy się do nich zwracałam, ale nie to mi przeszkadzało. Raczej fakt, że młodsze siostry zbyt beztrosko negowały ich obecność. I ponieważ uważałam, że cel uświęca środki, w zmowie z koleżanką Wilmą spreparowałyśmy nie raz seans ezoteryczny. Ja pochylałam się nad pentagramem, Wilma wyła zza zasłony, a młodsze siostry pierzchały w panice „do mamy”.

Mama. W co wierzy mama czasem mnie zadziwia. Na przykład, że jeśli się poroni, to dziecko wróci, aby jeszcze raz spróbować się urodzić.
Po pierwszej stracie nawet trochę chciałam, żeby w tej materii mama miała rację.

Potem urodziła się Koza, a ja długo nie mogłam usiedzieć w miejscu. Zostawiałam robotę, podchodziłam ostrożnie, żeby nie zbudzić niemowlaka. Dotykałam śpiącej palcem-niedowiarkiem. Jest, dotyk słał mózgowi dowód rzeczowy, aż w końcu, po iluś tygodniach mózgownica poszła którędyś po rozum do głowy. Przestała się bać, że nie ma.

O ile po pierwszej nieudanej ciąży uprzejmie przyjęłam matczyne wierzenia, po drugiej uczepiłam się ich jak rzep. Ale co miałam pomyśleć po trzeciej? Wierzyć w gusła czy nie wierzyć? Matematyka nie kłamie, a matczyny rozrachunek się nie zgadza. Pięć ciąż - dwójka dzieci. Gdzie to trzecie?

Nawet jako stara baba rozglądałam się za trójką. Była przy mnie, tyle wiem. Przynajmniej do dnia, kiedy zostałam zmuszona odprawić ją z kwitkiem. Do tej pory frapuje mnie dokąd ją poniosło. Podążyła skąd przyszła czy poszła spróbować się urodzić komuś innemu? Czy jednak ciągle czeka na szansę w mojej rodzinie?

W dzieciństwie bałam się tylko duchów atakujących nocą spod łóżka i tylko jeśli wystawiłam z niego podrapaną nogę. Przyznaję, ten durny lęk pozostał ze mną do dziś, ale gdy trzeba, przysłaniają go inne. Jeden prześladuje równo od kilku miesięcy po urodzeniu Kozy i raz, właśnie w Boże Narodzenie, mało nie dobił.

Miało to miejsce na zaśnieżonym Midweście w nie tak znów oddalonej przeszłości. 
Wyobraźcie sobie wielki, biały jak dziewiczy śnieg, amerykański dom z gwiazdkowych romansideł lub filmów familijnych, otoczony zadaszoną werandą, z zielonymi wieńcami na oknach. Dom ma sto dzieści lat i to, że nie opowiada o sobie w ten sposób, co ja tylko pobudzało wyobraźnię. Szczególnie wiekowe detale: reprezentacyjne kity sznurów u kotar, wygasłe kominki pokoi, przebarwienia na kloszach. Żyłki w lustrach nad kominkami w świątecznych girlandach. Krocie użytkowych i niefunkcjonalnych antyków. Pęknięcia na tralkach potężnych schodów. Łuszcząca się farba z żaluzji, zacinające zasuwki, odklejające rogi oryginalnych tapet... Lista jest spora, lecz utnę ją tutaj. Zmierzam bowiem do tego, że choć pod warstwami emulsji i kurzu zagruntowano dziewiętnastowieczne odciski palców, według relacji żyjących, któreś z rąk czasem wracały, przenikając przez ściany wypełnione gipsową zaprawą i końskim włosiem. Podobno przekręcały mosiężne i porcelanowe gałki masywnych drzwi. Albo przekładały czyjś grzebień, portfel, spinkę do włosów. I klucze. Te ręce miały hyzia na punkcie teleportowania kluczy. Niektóre wędrowały naprawdę daleko. Nigdy się nie odnajdywały. Przezornie dorabiano je pękami.

Posiadałam tylko strzępki informacji o pierwszych i następnych właścicielach domu, więc zżerała mnie ciekawość, czy chcieli dzieci, które się w nim urodziły, czy mieli dosyć tych, którzy w nim zmarli.

Przyjęłam za normę, że moje ręce mijały się na balustradach z niewidzialnymi dłońmi. I że mimo różnicy wieków, idąc po wygłaskanych od krynolin stopniach schodów, szłam w ślady nieznanych mi pokoleń myślą, mową, uczynkiem...

Wracając do tamtego Bożego Narodzenia - było pełne wrażeń, przede wszystkim spotkań i prezentów. Możliwe, że wybrałam się na pasterkę i dlatego zasnęłam bardzo późno i niestety na moment zaledwie.

Obudziły mnie szmery. Nie w przydzielonej sypialni. Tam górne partie żaluzji zostały niedomknięte, najbliższa latarnia uliczna była dostatecznie blisko, żeby pokojowy mrok zamienić w półmrok. Dostrzegłabym w nim każdy cień, a poza mną, Lubym Mężem i Kozakiem nikogo nie było.

Kiedy niejasny dźwięk się powtórzył, jedyne, co mogłam stwierdzić z pewnością, to że dochodził z piętra, nie z amfilady dolnych pomieszczeń. Przez chwilę naśladował szuranie nogami. Gdyby był z nami był teść, uznałabym, że gna swym stępem swobodnym do „wodopoju”. Albo że właśnie wraca, napiwszy się mrożonej wody z kranu w łazience. Przekręciłabym się na drugi bok i tyle. Lecz skoro teścia nie było...

Patrząc na potężne drzwi, a miałam je na wyciągnięcie ręki, dosłownie za stoliczkiem nocnym, zaczęłam nasłuchiwać kroków na korytarzu. Mimo lekkiego buczenia przenośnego grzejnika dogrzewającego pokój, spokojnie usłyszałabym stąpanie na klepkach inkrustowanych podłóg. Nikt nie przechodził żadnego pokoju niezauważony. Każda skrzypiała złowieszczo niezależnie od pory roku. Nawet pod ślizgającymi się dywanikami. Słuchałam odgłosów z korytarza, ale ktoś gdzieś zakasłał, a podejrzane szmery ustały. Odczekałam jeszcze chwilę i znów zapadła cisza.

Zastanawiałam się, czy aby na pewno chciałabym porozmawiać z kimś z zaświatów. Nie z podstawioną Wilmą, ale kimś jak się patrzy! Duszą „z krwi i kości”!

Poprawiłam poduszkę. Położyłam się na wznak, przez co stare łóżko jęknęło. Przeliczyliłam godziny do rannego wstawania pod komendą Kozaka. I wtedy wyraźnie usłyszałam, jak ktoś chwyta za gałkę w drzwiach. Spojrzałam w jej stronę i zamarłam.

Biała kulka zaczęła się obracać. Tak, jak należy w amerykańskim horrorze. Powoluśku, powolusieńku. Wbiłam w nią wzrok, czekając, aż drzwi się uchylą, ale wówczas przystopowała, po czym wróciła do pozycji wyjściowej.
Nie ruszałam się, zastanawiając, czy mam zwidy i doszłam do wniosku, że tak. Potwierdziła to dłuższa cisza. Głęboki wdech i wydech i... gałka znów poszła w ruch. Znów niemrawo. Kiedy przystanęła w półobrocie, zjeżyły mi się włosy na głowie. Ktoś się ze mną bawił.

Po trzeciej próbie klamka zapadła. Nie będę biernie leżeć i czekać na nie wiadomo co, pomyślałam. Postanowiłam wyjść z łóżka, szarpnąć drzwiami i zaskoczyć intruza. I to raz, a dobrze. Tylko że ze strachu miałam nogi jak z waty.

Kiedy kalkulowałam, czy opłaca się wzywać posiłki (czyt. obudzić męża), usłyszałam ściszony płacz. Cieniutki, zrezygnowany. Skonsternowana wyślizgnęłam się spod kołdry. Narzuciłam sweter. Włożyłam kapcie i podeszłam do drzwi. Przekręciłam porcelanową gałkę i pociągnęłam do siebie. Wrota ani drgnęły. Mocowałam się z nimi dobrą minutę. Kiedy byłam gotowa dać za wygraną, same puściły. Wyszłam na korytarz i rwane pochlipywanie zdecydowanie się nasiliło. Idąc jego tropem wzdłuż rzeźbionej balustrady doszłam do pokoju, gdzie nocowała Koza. Nie przymknięto tu skrzydeł nawet dolnych żaluzji. Światło latarni kładło się wydłużonymi prostokątami po całym pomieszczeniu. Ciemne obwarzanki świątecznych wieńców okupowały akurat tylne wezgłowie, a za nim, w bladej poświacie, na porozrzucanych poduszkach między zmiętymi chusteczkami leżała Koza. Obok niej - opakowania po lekach wziewnych i maska od nebulizatora.

Na mój widok córka lekko się poruszyła. Wypatrzyłam po ruchu warg, że coś mówi, ale słowa zagłuszał grzejnik elektryczny. Wyłączyłam go i usłyszałam świst z rzężeniem.
- Hej! Co jest? Co się dzieje? - spytałam, tknięta złym przeczuciem.
- Nie... mo...  oddy... chać!

Nigdy szybciej nie zmaterializowały mi się w tamtym domu kluczyki od samochodu. Znoszenie Kozy po trzydziestu stopniach zostawiłam jednak Lubemu Mężowi. Zostawiłam też ich na pogotowiu, pragnąc się rozdwoić, bo musiałam śpieszyć do domu. Nikogo nie budząc, zostawiliśmy Kozaka samego. Kładłam się przy nim potem, w swetrze i grubych skarpetach, szczękając zębami, ale sen już tamtej nocy nie przyszedł.

Tamte święta przypomniały, czego Kozie nie wolno, poza długą listą zabójczego jedzenia: nagłych zmian ciśnienia, powietrza z ciepłego na mroźne, prehistorycznego kurzu, roztoczy, ekstremalnych emocji, świeczek zapachowych, nieekologicznych perfum i dezodorantów... Zbyt mocne środki czyszczące plus łupież czworonogów też zrobiły swoje.

Wycieczka skończyła się przeprowadzką do motelu. Na krótko, bo za drogo. Nie było nas też stać na przebukowanie w święta biletów lotniczych. Uciekliśmy na Florydę wynajętym samochodem.

W tym roku ustaliliśmy, że święta mają być low key, jak to mawiają tutejsi. Żadnych ekscesów. I wszelkie znaki głoszą, że to już. Zakwitły wigilijna petunia z pelargonią. Miejscami nawet przybieliło.




Przede wszystkim pojawili się sąsiedzi po prośbie. Z zapytaniem, czy zaopiekujemy się kotami. Ekhem... Co mamy się nie zaopiekować? Jak tradycja, to musi stać się zadość. Tyle jestem jej winna.

Miałam w planie też inne. Mały świąteczny wypad tu i tam. Ostrożny, pod Kozę. Chciałam własnymi kotami się zająć, tymi pod meblami, samochód umyć, bo po warstwie brudu domniemać można, że terenowy. „Terenowo” straszy wnętrze lodówki. Chciałam coś upiec. Ugotować. Choinkę postawić. I kupa. Kozę znów „upalikowało”.

Tydzień dzieciak leży uziemniony. Najpierw niewinie, niby, że przeziębienie. Ale kilka dni zbijamy czterdzieści stopni. Raz bardziej, raz mniej skutecznie. Albo nie zbijamy. Jak lekarzom czapka stoi.

Co się Koza poruszy to kaszle, kaszle to walczy z wydechem. Nie może swobodnie oddychać, a ja nie umiem w takich chwilach za nic się zabrać. Albo stoję jak głupia, albo chodzę z brudnego kąta w kąt. 

Nie będzie dwunastu potraw, nawet sześciu przystawek, ale do kotów pójdę. Do pomocy zatrudnię Lubego Męża. Nie w okolicach nocy wigilijnej. Mniejszy zwierz sąsiada pewnie już czeka, żeby mi nawygarniać za popis listopadowy. Pisałam kiedyś i tego się trzymam: nic co kocie nie jest mi obce. I chociaż wierzę w rzeczy, których gołym okiem nie widać i duchów generalnie się nie boję, wolałabym jednak uniknąć konfrontacji z potępieńcem. Lub szamanem. 

Nie teraz, gdy Koza łapie powietrze jak ryba, a ja nie wiem, na kogo się zdać: alergologa, pediatrę czy speca z nocnego dyżuru, który wyśmiał dwóch poprzednich? Każdy radzi co innego. Poza oklepanym: obserwować i czekać. 

Jakby czas leczył rany. Nie czarujmy się. Nic takiego nie istnieje. 
Kiedy Koza miała pół roku, przestałam się bać, że ją poronię nie dlatego, że zrozumiałam, że takie myślenie jest irracjonalne. Przykra diagnoza napatoczyła się dziecku i tyle. Musiałam wziąć cholerę za bary. Klin klinem.

A skorośmy doszli do prozy życia, a world peace jest w tej chwili poza moim zasięgiem, zawężę egoistyczne życzenia świąteczne. Rodzina jest razem, mam opłatek, pierogi i papier toaletowy, czyli potrzeby na święta zamykają się aktualnie w dwóch punktach:

1. żeby Koza przestała do mnie pisać ze swojego pokoju sms-y (mówienie wywołuje kaszel, kaszel pogarsza wydech itp.), tj. żeby mogła zagadać normalnie.

2. prezenty gwiazdkowe. Heloł? Wesołych Świąt! Tak, do ciebie mówię, paczko z Polski, ukryta przed dziećmi. Trzy tygodnie zabawy w ciuciubabkę może jednak wystarczy? Byś się już odnalazła. Z łaski swojej.

OK. W duszę prezenty.
Pyskowanie matce bez zadyszki, ludzkim głosem, byłoby jak znalazł na jutrzejszą noc.




4 komentarze:

  1. To odkrajam na konto tego zyczenia spory plaster dobrych mocy!
    Kozo! Przemow!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kaczko, rozumiesz Ty pragnienia Kóz i ich matek. Niech Ci również w wigilijną moc języka nie zabraknie. Ani w żadną inną :-)

      Usuń
  2. z Tymi duszami i strachem - TAK BARDZO DOBRZE Cie rozumiem - i ja mam stracha , ze mlodego po tylu latach poronie.
    Historia niesamowita , takie dziwne rzeczy w ekstremalnych przypadkach sie zdarzaja, sa niesamowite(podwojna niesamowitosc ;-).Zycze Wam zdrowia, bo reszta sie sama zalatwi :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, kto jak kto, ale Ty wiesz, co to znaczy zdrowie. W niejednej odsłonie :-) ściskam i pozdrawiam, jak zawsze.

      Usuń