czwartek, 30 kwietnia 2015

Bajki tysiąca i jednej Polki - Przed tysięczną i tysiąc pierwszą podróżą


Ten wpis nie jest wpisem o Kozie i Kozaku, ale o innej dwójce rodzeństwa: Ali i Karinie. Wyjątkowo rzadka i trudna choroba genetyczna Kariny, fibrodysplasia ossificans progressiva (FOP) dyktuje limity jakie człowiek zdoła przekroczyć fizycznie, ale beztroska wyobraźnia i zdrowe słowo pisane nie powinny mieć granic. Dlatego życząc, aby jak najszybciej opracowano lek, na który czeka rodzina Kariny i kilka tysięcy innych chorych na FOP Klub Polek na obczyźnie zadedykował Ali i Karinie serię bajek. Moja bajka poniżej jest ostatnią z cyklu. Karinko, Alu, mamo i tato dziewczynek, pozostali Drodzy Czytelnicy - pozdrawiam i zapraszam!




Istnieje mapa bez krańców świata - są na niej wszystkie kontytenty, miasteczka i wsie, ale jako że zawieruszyła się w bibliotecznym dziale baśni, nabyła magicznych cech: jeśli się na niej stanie, potrafi porwać ze sobą w najbardziej odległe miejsce.
Byli tacy, którzy próbowali przedostać się mapą na skróty na Wielką Rafę Koralową u brzegów Australii, na szczyty Himalajów, a nawet do sklepu obuwniczego dwie przecznice dalej. Te próby jednak kończyły się fiaskiem, bo żaden ze śmiałków nie odkrył, że na wyprawę mogą wybrać się tylko dzieci. Czternastoletnia Ala i jej ośmioletnia siostra Karina poznały także inny sekret mapy - nie da się nią podróżować w pojedynkę. Dziewczynki dobrze wiedzą, że trzeba razem usiąść na wygniecionym papierze i mocno złapać się za ręce i dopiero wtedy otworzy się przed nimi droga. Dokąd tym razem? Jak zwykle tam, gdzie ktoś na tę dwójkę będzie czekał. 
Tak jak tutaj.


Tym razem siostry znalazły się w rozgrzanym słońcem powietrzu i zanim spód mapy dotknął czubków szerokolistnej trawy, dziewczynki uchwyciły odgłos przetaczającej się w oddali burzy. Zaparkowały na obrzeżach opustoszałego skwerku, lecz nie zdążyły się dobrze rozejrzeć, bo z ozdobnych krzewów wyjrzał żółw.






Zwierz w powitaniu skłonił głowę. Przemówił powoli.
- Witajcie! Witajcie w mieście błyskawic.
- Dzień dobry! - odkłoniły się dziewczynki.
- Przepraszam żółwia, ale gdzie jesteśmy? - zapytała Ala schodząc za siostrą z mapy.
- W Orlando na Florydzie.
- Floryda! Byłyśmy tu kiedyś!
- Ej! Tu jest Myszka Miki! - zawołała Karina.
- I Orlando Magic! - dodała siostra. - Ale... to chyba nie w tym miejscu?
- No, nie. Do Disney Worldu macie kawał w tamtą stronę. - Żółw wskazł łapką. - Zaś hala sportowa jest w centrum, a wy wylądowałyście na wschodniej stronie miasta. My natomiast, drogie panie, my stoimi w pełnym słońcu. Mnie nie przeszkadza, ze względu na was przejdźmy jednak w cień. I pozwólcie, że się przedstawię, Alu, Karinko - Tom Żółtobrzuchy.
- Bardzo nam miło!
Ala schyliła się po mapę i cała trójka przeniosła się pod żywopłot osłonięty drobnym listowiem młodziutkiego dębu z gatunku wieczno zielonych.
- Jaki ten papier zniszczony! - Ala delikatnie wsunęła mapę do plecaka. - Niedługo całkiem się rozleci.
- W rzeczy samej! Podróże kształcą, ale potrafią być męczące - westchnął żółw. - Ile zrobiłyście kursów? Ze czterdzieści, prawda? Plus setki tras, jakie mapa odbyła w pojedynkę i niestety! Magia - magią, a nawet najlepszym kondycja wysiada. 
- Mapa latała bez nas? Setki razy? Kiedy? - zdumiała się Karinka.
- Teraz, będąc w waszym posiadaniu, przy czym zawsze zjawiała się na czas wyczuwając, że macie zamiar z niej skorzystać.
- A dokąd latała? - zapytała znów Karina.
- Odwiedzała przyjaciół...
- Jakich przyjaciół?
- Tych, którzy nadali jej magiczne właściwości.
Dziewczynki popatrzyły po sobie marszcząc czoła.
- Wiem, z kim się spotykała! - wykrzyknęła Karina klasnąwszy w ręce. - Z Meili! Z córką Bogów z Taiwanu!
- Ty! Masz rację! I pewnie ze Starym Niedźwiedziem z Berlina!
- Czemu z nim?
- Bo... bo spełnia życzenia? I zakład, że widziała się z kamienną księżniczką z Naumburga? I z Królem Śniegu? I z Babą Martą?

- I pewnie latała do naszych poznańskich koziołków.
- Czy ja wiem? Koziołki wcale nie są tak oddalone od domu!
- Ale są śliczne!
- No, są... są... I śmieszne. Jak foki! Je też pewno odwiedzała. I pandy! I słonie! I trolle i krasnoludy! I owcę Siję!
- Niezupełnie... - wtrącił żółw. - Te postaci nie nadały mapie nadzwyczajnych cech. One je już w pewnym stopniu posiadały, a często wręcz same korzystały z umiejętności mapy.  
- To kto ją przemienił?
- Nie kto, a co: inskrypcje starych ksiąg między którymi leżała wiele lat.
- Naprawdę?
- Spróbujcie kiedyś pomieszkać parę wieków w zamkniętych metrach kwadratowych, spotykając się ciągle z tymi samymi, fascynującymi ludźmi. Murowane, że z niejednym z nich byście się zaprzyjaźniły, a nawet nabrały ich cech...
- Ja się zaprzyjaźniam o wiele szybciej - zauważyła Karinka.
Żółw uśmiechnął się tajemniczo w odpowiedzi.
- A owszem! - dodał spoglądając za siostry. - Doszły mnie słuchy...
- Tu jesteście! - odezwał się zza pleców dziewczynek czyjś głos. - Nie widać was za tymi krzakami!
Dziewczynki odwróciły się i zobaczyły... Niemożliwe! Mały Książę? Serio? Nad jego czupryną zataczały koła wróbel z Ulm i ptak Turul z Budy. Obok chłopca podskakiwał inny - Björn ze Szwecji. Obu prowadził Pan Groszek. Za nimi kroczyli Juan i Smutna Księżniczka (dzięki siostrom-podróżniczkom już nie taka smutna!), Król Atlantyk z Królową Afryką i całkiem wyrośnięte pisklę dropa. Chomik-globtrotter podskubywał czekoladowego Józka, który się o to nie gniewał, bo uważał, że kawałek czekolady należy się każdemu, a dalej, po lwich grzbietach kicał zając Tadek... Wokół niego... O rety! Czyżby zebrali się wszyscy bajkowi współbohaterowie poprzednich wypraw dziewczynek?
- Co wy tu robicie? - wydukała Ala, a Karina zaczęła się rzucać gościom na szyję.
Radosne poszturchiwania, piski i okrzyki uciszyło wkrótce ponaglenie żółwia.
- Pogoda nam dzisiaj nie sprzyja, kochani! Musimy się śpieszyć. Zbierzcie się bliżej i pozwólcie, że wyjaśnię dziewczynkom, dlaczego znalazły się w Orlando.
Bajkowi goście przysiedli na trawie, kierując wzrok na żółwia. Gdy przygasły ostatnie rozmowy, Żółtobrzuchy zwrócił się bezpośrednio do dziewczynek.
- Alu i Karino, rozgryzłyście niejeden sekret mapy. Wiecie, że przywołuje postaci książkowe, jest na ty z autorami najbardziej niewiarygodnych historii, oswaja zjawy, ożywia legendy, zna każdy język i pozwala wam je rozumieć. Odkryłyście, w jaki sposób z jej pomocą wędrować po świecie...
- I w czasie! - Karina weszła żółwiowi w słowo, pomna niedawnej wyprawy na ławeczce spod opactwa w Notre Dame de l'Ouye. 
- Otóż to! Mapa potrafi poruszać się i w snach, i w czasie, i w przestrzeni, jeśli kojarzycie Krzywy Las, Dolinę Aosty czy niedoszłego pasażera Titanica. Ale chciałem zwrócić waszą uwagę na to, że punkty docelowe waszych wizyt nie były przypadkowe. Nie bez przyczyny wylądowałyście w baśniowym Hogwarcie, ale przede wszystkim w miejscach autentycznych: w Windsorze, Crowborough, Heilderbergu, a nawet w murach biblioteki we włoskim Urbs Salvia. To nie wy zapraszałyście mapę na wyprawy, a ona was. Widok z najwyższego budynku świata w Dubaju, jaki, nota bene, oglądałyście dwa razy, też miał odwrócić waszą uwagę od poszukiwań mapy. Bo widzicie... - ciągnął żółw - biblioteka, w której mapa zaczerpnęła mocy od starych ksiąg, manuskryptów, pergaminów, kamiennych tablic... ta biblioteka już nie istnieje. Jej kolekcja została rozproszona po świecie, niekoniecznie po innych bibliotekach, muzeach czy prywatnych kolekcjach. Mapa latała śladem swoich przyjaciół - gdy tylko chowałyście ją do plecaka - bo nawet dzisiaj potrafią udzielić jej magicznej mocy. Tak się składa, że najmłodsza z ksiąg, w towarzystwie której spoczywała kiedyś mapa, znajduje się tutaj. - Żółw zniżył głos unosząc głowę, wskazując noskiem miniaturową budkę na jednym z rogów skweru. - Jest tam, w punkcie wymiany książek.





Wszystkie pary oczu skierowały się na niepozorny, niebieski domek zamocowany na dwóch drewnianych słupach, ale tylko Ala i Karina wyglądały na zdziwione.
- OK. I mapa tam się teraz przedostanie? - wysnuła logiczny wniosek Karina.
- Nie, nie da już rady. Musicie książkę wyjąć. We dwie.
Na te słowa na środku wybetowanego ryneczku wiatr poderwał w górę suche dębowe listki i sypnął nimi w biblioteczkę, a w oddali znów zadudnił piorun.
- Plan działania jest prosty: Ala z Kariną podejdą do budki... Sokole Oko? - Żółtobrzuchy odwrócił się do indiańskiego chłopca stojącego na uboczu. - Pamiętałeś o kluczu?
Chłopiec wyciągnął z kieszeni liść, podobny do tego, o którym opowiadał, że potrafi uszczęśliwiać.
Żółw spojrzał na starszą siostrę. 
- Alu, otworzysz nim drugie dno biblioteczki i wyjmiesz stamtąd dużą książkę. Ostrzegam, jest bardzo ciężka. Nie upuść jej. Zabrał pan egzemplarz jakiejś swojej książki, panie Dickens? - żółw zwrócił się nagle do brodatego mężczyzny. I on sam i jego frak zdał się dziewczynkom o wiele starszy od ich poprzedniego spotkania.
- Mam!
- Świetnie. Może go pan dać Karinie? Kiedy wyjmą księgę, włożą na wymianę pana książkę. I to chyba tyle. Dacie radę, dziewczyny? Wiecie, co macie robić?
- Tak jest! To żadna filozofia - odparła Ala, wstając.
W tym samym momencie pojawiła się na skwerze pani z bardzo znudzoną miną i z psem na smyczy. Ponaglając szczeniaka, przeprowadzała go od drzewa do drzewa w kierunku, gdzie odbywało się tajne zebranie. Dziewczynki zamarły zaniepokojone.
- Ojej! I co teraz? - pisnęła Karina.
- Nic... Pies, owszem, czuje nas i widzi, ale dla jego właścicielki jesteśmy niewidzialni. Oprócz was, dziewczynki.
- Wskakujmy na mapę! - Ala odruchowo szarpnęła za plecak, ale przypomniała sobie, że mapa może nie ruszyć...
- Nie macie wyjścia. Śmigajcie do budki. Kiedy miniecie panią z psem, uśmiechnijcie się tylko i powiedzcie Hi! How are you? Powtórzcie: Hi! How are you?
- Hi! How are you?
- Bardzo ładnie! A teraz biegiem! - Smutna Księżniczka popchnęła lekko dziewczynki na chodnik, skąd wyraźnie było widać granatowe niebo tam, gdzie jeszcze niedawno świeciło słońce.
Na widok sióstr szczeniak rozpiszczał się na dobre.
Ala z Kariną wydusiły z siebie grzecznościowe dzień dobry i nie czekając na odpowiedź ruszyły truchtem przed siebie. Podbiegły do biblioteczki w tym samym momencie, gdy pani z psem wsiadła do stojącego przy skwerze samochodu. Znów zerwał się wiatr i znów zawirowało suchymi listkami dębu. Samochód odjechał. Kolejny podmuch wiatru z trzaskiem otworzył niedomknięte drzwiczki budki.





Ala dobiegła pierwsza i sięgnęła drzwiczek.
- Przytrzymasz?
Młodsza siostra złapała za uchwyt, a starsza zaczęła szybko wybierać książki, odkładając na chodnik tanie kryminały, przedruki klasyki, wyciągając przetarte grzbiety, powyginane uszy wydań cieniutkich i sztywne, kartonowe oglądajki dla najmłodszych. Wreszcie spodnie wieko ukazało się w całej okazałości. Ala wsunęła liść w podłużną szparę i klapa samoczynnie się uniosła.
- O matko! Przecież to jakaś wielka ceglicha... Łomem tego nie wyjmiesz! - jęknęła dziewczynka mocując się ze starym, szytym woluminem o skórzanej okładce i pożółkłych kartkach. Aż ugięła się pod jego ciężarem.
- Karina! Zatrzaśnij klapę, zabierz liść i powkładaj książki z powrotem!
Karinie nie trzeba było dwa razy powtarzać! Uprzątnęła jak należy, dokładając pierwsze zbiorowe wydanie opowieści Oliwiera Twista i porządnie zamknęła drzwiczki.
Wreszcie Ala z ulgą położyła starą księgę na trawie pod dębem.
- I co teraz? - zapytała żółwia, łapiąc oddech.
- Wyjmijcie mapę i zróbcie z niej okładkę dla książki.
- A jeśli papier się porwie?
- Nie porwie się. Nie w waszych rękach.
Dziewczynki niepewnie zagięły do środka górny i dolny brzeg mapy. Ułożyły na niej księgę.
- O czym to jest? - spytała Karinka, zaglądając na stronę tytułową. Zaczęła sylabizować. - O Cia-łach As-tral-nych i...
- Potem poczytacie to magnus opus, teraz włóżcie okładki w rękawy z mapy, bo nadchodzi nawałnica! Naprawdę nie mamy wiele czasu - przerwał żółw.
- OK! - odkrzyknęła za moment Ala. - Gotowe. Teraz co?
- Odczekajmy kilka minut - odparł.
- I potem mapa będzie jak nowa, prawda? - zapytała Karina.
- Lepiej tego ująć nie mogłaś... - wyszeptała księga, ale nikt jej nie usłyszał.
- I polecimy sobie na plażę! - ucieszyła się Karinka.
Błysnęło. Burzowe chmury kłębiły się zaledwie kilka mil od skweru. Żółw wyciągnął szyję i zastygł na chwilkę.
- Niedobrze... Niedobrze... O czym wy...? Dokąd chcecie lecieć? Na plażę? Nie dzisiaj, dziewczynki! Musicie wracać do domu.
- Myślałam, że skoro już tu jesteśmy, to podskoczymy chociaż do Kennedy Space Center! Czytałam, że można zobaczyć na wystawie wahadłowiec Atlantis!
- Można! - potwierdził entuzjastycznie Mały Książę wyciągając smartfona. - I to jak można! Zobaczcie same...
































Ćwir, ćwir! Poszybować takim! - zaświergotały ptaki.
- Mapa jest za słaba - wtrącił znów żółw. - W tym stanie już dużo nie wytrzyma. A poza tym, to nasze spotkanie jest 999-tą wyprawą mapy. Posłuchajcie uważnie: tysięczna będzie się liczyła podwójnie - jako tysięczna i tysiąc pierwsza. I w tę trasę, jeśli się zdecydujecie, wybierzecie się osobno.
Ala z Karinką popatrzyły zaskoczone na żółwia.
- Nie rozumiem - wyszeptała starsza siostra.
- Usiądziecie na mapie razem, jak zwykle trzymając się za ręce, jednak nie będziecie miały wpływu na to, dokąd mapa was zabierze, jak dotąd czasem bywało i, jak wspomniałem, wylądujecie osobno, każda w innym zakątku świata.
Zapadła cisza, w której znów zagrało podwójne uderzenie pioruna.
Na pewno nigdzie się nie ruszam bez Kariny! Gdzie jest powiedziane, że musimy dalej bawić się w wycieczki po globie? Możemy wrócić do domu, schować mapę i nigdy już z niej nie korzystać...
- Możecie - odezwał się żółw, który najwidoczniej usłyszał myśl Alicji. - Oczywiście, że możecie, ale w ten sposób wiele stracicie. Po tej podwójnej podróży mapa nabierze nowych właściwości, a wy przeżyjecie przygodę nieporównywalną do dotychczasowych. Pod warunkiem, że podejmiecie ryzyko tysiąc i tysiąc pierwszej drogi...
- Tylko jak wrócimy bez trzymania się za ręce? A mapa? Rozdwoi się?
Dziewczynki popatrzyły po przybyłych, szukając rozwiązania.
- Tego nie wiem - odrzekł żółw. - Liczę po cichu, że kiedyś mi o tym opowiecie.
- Rozumiemy, że następna wyprawa jawi się jako wielka niewiadoma i dlatego właśnie wszyscy przybyliśmy, żeby was zdopingować, pomóc podjąć wam właściwą decyzję, tak jak wy pomogliście niektórym z nas - odrzekła Królowa Afryka.
- Zaufałyście mapie nie raz. Czy macie do niej jakieś zastrzeżenia? - dodał Król Atlantyk.
- Nie... Oczywiście, że nie... - zaczęła niepewnie starsza siostra.
- A właśnie, że tak! Jeden lot wcale nie był przyjemny! Wiatr wiał tak mocno, że Ala musiała użyć hamulca bezpieczeństwa i nie dość, że zostałyśmy oblane sokami z warzyw, to obsypały nas trociny! Ładna mi magia! - zauważyła Karina i wytknęła zaczepnie język.
- Zgadza się. Było tak! Ale czy wyprawa okazała się nieudana? - spytał jeden z trolli.
- No... nie...
- Czyli nie podważacie intencji przewodniczki? - dodał inny.
- Nie...
- Mapa wie, co robi - dodał Król Śniegu.
Ala z Kariną nadal nie były przekonane. Czyżby plany powrotu do Acapulco, do parku wodnego Alton Towers i wyjazd do parku Playmobil po prostu wzięły w łeb? Poza tym Karina tak bardzo chciała odwiedzić znów Lenę i Nini i pozostałych nowopoznanych towarzyszy zabaw.
Za radą żółwia przygotowały się jednak do drogi powrotnej. Usiadły po turecku, Karinka na kolanach Ali, na księdze opatulonej mapą. Mimo słów otuchy, wciąż były pewne wątpliwości.
- Ale dlaczego mamy zostać rozdzielone? - wyrwało się Ali.
- Bo nie każdą podróż w życiu da się przejść razem... w to samo miejsce - odparła z trudem księga.
 Wszyscy wstrzymali oddech.
- I kolejna wyprawa... ma przygotować was na taką... ewentualność - głos księgi łamał się jak stukot błyskawic.
Palce sióstr splotły się ciaśniej.
Dziewczynki poczuły znajomy, delikatny ruch w górę.
- Ale w jaki sposób wrócimy z tej podwójnej podróży? Która z nas będzie miała mapę?
- Nie martwcie się zawczasu o szczegóły - dodał gromko opasły tom.
- Ale ja nie chcę być sama i już! - zaprotestowała Karina, tęskniąc nagle za Śpioszkiem, swoją przytulanka.
- Nie będziesz. Żadnej niewiadomej nie przekracza się samemu... nawet, jeśli jest się o tym... stuprocentowo przekonanym... Tyle wam gwarantuję.
- To się jeszcze zobaczy, co Karina?
- Się zobaczy! - Karina przytuliła się do Ali i pomachała malejącym postaciom w dole. - Do widzenia! 
Odmachał dziewczynkom las rąk.
Zaczęły padać ciepłe, ciężkie krople deszczu.
- Czy możemy polecieć ociupinkę szybciej? - spytała Karinka.
- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? - rozjaśniła się księga, otulona rozpędzającą się mapą. - Proszę bardzo! Powrót do domu po każdej przejażdżce macie jak w banku! Tego możecie być pewne nawet na tysiąc... tysiąc jeden procent!

17 komentarzy:

  1. Cudownie! Bajecznie, kolorowo i jak na moje Bergen przystało deszczowo:) wspaniała całość! Zebrać wszystko w jedną całość i czytać dzieciakom aż do znudzenia:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, Justa! Zebrać w całość... To poważne zadanie. Bez edytora się nie odbędzie... :-)

      Usuń
  2. Rewelacja, czytałam z zapartym tchem!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Ciekawe, co na to poznańskie dziewuszki ;-)

      Usuń
  3. Cudownie zakończyłaś! Piękna bajka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ostatnią najłatwiej napisać... jak widzisz "żerowałam" na poprzednich odcinkach ;-)

      Usuń
  4. Cudowne "spięcie" ;-) Sylabo!
    Serdecznie pozdrawiam DZIEWCZYNKI!!!! Całusy!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrowię, Elu! :-) Ciebie też pozdrawiam!

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! :-) Wystarałam się :-)

      Usuń
  6. Ślicznie zebrane w całość suuuuper. Przenieś tylko mojego chlopca Björna vel. Miśka czarodziejska mapa spowrotem do Szwecji z tej Norwegii hehe i będzie idealnie. Buzka.

    OdpowiedzUsuń
  7. o, jesteś :-) jak to dobrze :-)
    ściskam serdecznie
    ivonesca

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurtka, Twój entuzjazm zawsze mnie zawstydza :-) Pozdrawiam!

      Usuń
    2. e, tam....dlaczego zawstydza??
      cieszę się po prostu że jesteś :)
      lubię tu zaglądać ;-)
      pozdrawiam
      ivonesca

      Usuń
    3. Bardzo mi miło po prostu :-) Trzym się! Ściskam, Sylaba

      Usuń
    4. Bardzo mi miło po prostu :-) Trzym się! Ściskam, Sylaba

      Usuń