Nie wiem, ale od trzech dni wieczory
są bardzo przyjemne i zabrałam wczoraj po 19-tej Kozaka na spacer: błogi
wietrzyk, ja, Kozak i przymusowy język polski. Przymusowy w zasadzie tylko w
jednym miejscu w całym mieście, na kilka metrów przed przedszkolem, gdzie Syn
ściska mi rękę i mówi „mama, nie mów tu do mnie po polsku”.
Skąd mu się to wzięło, skoro wokół każdy
mówi, jak chce? Wychowawczyni rozmawia przy nas z częścią rodziców po
hiszpańsku, sąsiadka z mojej ulicy do swojej córeczki zwraca się w jednym z
narzeczy filipińskich, sąsiad uczy swoje dziecko podstaw niemieckiego, a
angielski, w którym się obracamy, nie jest tylko amerykański. Jedna z babć w
przedszkolnym holu wita nas pięknym Queen's
English.
- Mama - zwraca się do mnie Kozak - a język jest przyczepiony do
buzi.
- To prawda.
- Inaczej by wypadł. I wtedy nie
można mówić.
Sęk w tym, że język polski za bardzo się u synka „poluzował”, kiedy mnie latem nie było w
domu. I stąd ten spacer. Żeby z daleka od przedszkola, z daleka od taty i
siostry wrzucić Syna na głęboką wodę i spróbować skorygować letnie
naleciałości: „dwa wieże”, „dobry kolegi”, odpowiedź „nie
są” na pytanie „czy są tam gdzieś...”.
Grunt, żeby maluch znów się osłuchał.
Idziem sobie, gawarim, słońce zaczyna zachodzić, Kozak znosi ździebełka,
łodyżki. Na niektórych kwiecie.
- Tego nie sięgnę - pokazuje na
nieznaną mi roślinę w szuwarach. - Możesz sobie go sama zerwać.
Zamiast zerwać, biegnę do domu po
aparat i robię zdjęcie.
I oczywiście wylewnie dziękuję za
chęć sprezentowania mi kwiatów ze stawu. Za bukiecik w dłoniach też.
Wracamy do domu. Ja zadowolona po
dobrze spełnionym językowym obowiązku, bo nasłuchał się ode mnie Kozak
polskiego, aż miło. I co na koniec do Syna powiedziałam, nie wiem, ale bez
namysłu odparł z entuzjazmem:
- Ach, jak mnie ucieszyłEś! Jestem
wzruszonA.
Ja też.
Aż mi opadają „oba” ręce.
Aż mi opadają „oba” ręce.
Ty się nie czepiaj formy tylko pokaż mi w Polsce kozaczego rówieśnika, który potrafi nazwać po imieniu to uczucie- wzruszenie.
OdpowiedzUsuńNo i jestem ucieszony, żeś post napisała :)
Zbiłaś mnie z pantałyku. Kompletnie. Nie przyszło mi do głowy, że nazywanie przez czterolatka wzruszenia wzruszeniem to sukces sam w sobie.
Usuń:))))
UsuńPięknie nazwane uczucia, językiem matki!!! i w języku matki ;-) Cudo!
OdpowiedzUsuńNad formą przyjdzie czas pracować...
:-) Dziękuję "piknie". Pracujemy, pracujemy...
UsuńPrzed chwilą gościłam u Matki Kwiatka, która opisuje jak to właśnie kończy się dwutygodniowa jesień na Islandii a zaczyna zima. Teraz Ty piszesz, że u Was lato sobie powoli odpuszcza. Niesamowicie różnorodny jest ten świat mam blogerek :-)
OdpowiedzUsuńRozbawionY jestem zawsze, gdy czytam jak Twoje dzieci migają się od nauki polskiego. Ale męcz je dalej! Kiedyś podziękują ;)
Prawda? A ja na blogu "asimarysi" czytałam o tym ostatnio, jak sobie dzieci z pierwszego śniegu fort zbudowały. Szok!
UsuńWyluzowana Matko, dzięki za budujące słowa. Podzięki się raczej nie spodziewam (chociaż, kto wie), ale mam nadzieję, że kiedyś chociaż zrozumie jeden z drugim, że nacisk na polski był po prostu złem koniecznym ;-)
Cudownie, nie tylko opisuje uczucia, mówi po polsku, a jeszcze kwiatki przynosi. Przesłodki!
OdpowiedzUsuńTo się nazywa "zasłona dymna" ;-)
Usuń